| A A A |
<
 
>  

Zofia Korbońska

Rocznik 1915

Wywiad Romana Rybickiego, prezesa Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Warszawie, z Zofią Korbońską przeprowadzony 17 i 20 listopada 2006 roku. Tematem rozmowy jest tworzenie i funkcjonowanie Polskiego Państwa Podziemnego, a także sytuacja jego działaczy po upadku Powstania Warszawskiego.




Jest pani niezwykle istotnym świadkiem historii, gdyż przez cały okres okupacji niemieckiej była pani współpracownicą swojego męża Stefana Korbońskiego – współtwórcy Polskiego Państwa Podziemnego . Czy może Pani powiedzieć, jakiego typu zadania wykonywali państwo – pani i pani mąż w konspiracji w latach 1939 – 1944, do Powstania Warszawskiego?

Zadania moje i mojego męża, chociaż tego samego charakteru, były absolutnie różne, co wynikało z funkcji męża. Podczas kiedy on był jednym z założycieli Państwa Podziemnego, ja wyspecjalizowałam się w jednej dziedzinie, w której specjalnie pomagałam i byłam jej współorganizatorką - w dziedzinie łączności radiowej. Zadania założycieli PPP były bardzo rozległe. Wynikało to oczywiście z funkcji i sytuacji. Chodziło  o to, że wojsko, które było zorganizowane przed wojną w sposób określony i było specjalnie przygotowane do wojny, było łatwiejsze do zorganizowania. Łatwiej przyswoiło sobie ideę walki. Czym innym było zorganizowanie i zaopiekowanie się ludnością, która znalazła się pod okupacją, była ofiarą agresji i wymagała specjalnych instrukcji co z tym fantem zrobić. Jak się zachować w tej nowej, nieznanej sytuacji po 20 latach niepodległości. Do zadań mojego męża należały oczywiście, ponieważ jako jeden ze współtwórców podziemia był w KG AK, te najważniejsze zadania, tzn. udział w planowaniu  operacji wojskowych. Był również mianowany szefem walki cywilnej. Najpierw przez Komendanta Głównego Armii Krajowej, później przez pierwszego Delegata Rządu na kraj – Ratajskiego. Oznaczało to, że musiał wziąć w swoje ręce roztoczenie opieki nad społeczeństwem i przystosowaniem go do nowego życia. To życie musiało się w jakiś sposób unormować. Było czymś zupełnie, ale to zupełnie innym niż normalna wojna. Może podobne tylko w kwestii operacji wojskowych. (…) Najbardziej charakterystyczną i, moim zdaniem, najwspanialszą cechą podziemia było to, że było powszechne. Powszechne i szalenie spontaniczne. Mogę powiedzieć, że wszyscy, bo była to olbrzymia większość,  ale to wszyscy rzucili się do walki i wszyscy zajęli postawę, którą właściwie należy określić jako główną siłę Polski wobec bez porównania mocniejszych od niej sąsiadów, zawsze czyhających na jej byt państwowy.

Proszę Pani, czy zechciałaby Pani nam opowiedzieć o zadaniach, jakie Państwo wykonywali, szczególnie Pani mąż i Pani od 1939 roku, kiedy mąż w październiku zdołał uciec z niewoli sowieckiej i przedostał się do Warszawy. Natychmiast skontaktował się ze znakomitym przedwojennym mężem stanu, jakim był niewątpliwie marszałek Maciej Rataj, z  którym państwo byli zaprzyjaźnieni. I Maciej Rataj wciągnął małżonka natychmiast do organizowania struktur Polskiego  Państwa Podziemnego. Jakie były zadania, które stanęły przed państwem już w ‘39 roku?

Od samego początku chodziło o zorganizowanie takiego czy innego, konspiracyjnego działania w zależności od ustaleń powziętych przez małą grupę założycieli. Jeżeli chodzi o wojsko, to operacje wojskowe były stosunkowo łatwe do zdefiniowania , bo wojsko było dobrze zorganizowane z natury rzeczy. Natomiast jeśli chodzi o społeczeństwo, to trzeba było przede wszystkim wymyślić system, który by działał w warunkach okupacji. W warunkach nienormalnych, niezwykłych, niespotykanych jak dotąd,  po 20 latach niepodległości. Trzeba było społeczeństwo trzymać w ryzach, bo w każdym społeczeństwie znajdują się różne elementy - tak zwane pożądane i niepożądane. Pożyteczne albo szkodliwe. Chodziło o to żeby to funkcjonowało  zgodnie z wartościami, o które walczyliśmy. (…) Przede wszystkim trzeba było stworzyć kodeks postępowania Polaka pod okupacją. To była rzecz najważniejsza. Trudna z uwagi na terror jaki wprowadził okupant i okrucieństwo jakim się cechował. Łatwa, bo ludzie byli skłonni takiego kodeksu słuchać. Byli go spragnieni. Kodeks taki został spisany bardzo ostrożnie, z uwzględnieniem konieczności normalizacji życia, prowadzenia życia pod okupacją tak jakby nigdy nic, w tym dwuplanowym wymiarze – na wierzchu i pod ziemią. Pierwszym punktem nastręczającym największe trudności samym swoim sformułowaniem była kolaboracja. Sprawa kolaboracji została krótko ujęta w pierwszym paragrafie. Kolaborantem pod okupacją był ten, kto dobrowolnie, bez przymusu współpracował z najeźdźcą, współpracował z wrogiem  na szkodę państwa polskiego i jego obywateli, a swoich rodaków. Było to sformułowane bardzo krótko i bardzo ostrożnie, dlatego, że przecież masę ludzi musiało pracować, musiało zarabiać na życie, musiało jeść, mieszkać i udawać że wiedzie normalny żywot. Tak właśnie powstał ten kodeks i to było pierwszym z zadań walki cywilnej. Trzeba zawsze pamiętać o jednym -  podziemie polskie składało się z dwóch członów: z członu wojskowego i członu cywilnego. Oczywiście człon wojskowy był najważniejszy w tym okresie, bo trwała wojna . To bardzo proste - jak jest wojna, to najważniejsze jest wojsko. Ale to wojsko nie istniałoby, w ogóle nie mogłoby zaistnieć w tych warunkach, gdyby nie zdecydowana postawa społeczeństwa. Ciągle nie docenia się tego faktu, tego cudownego fenomenu, że w warunkach takiego okrutnego terroru niemieckiego i sowieckiego powstało państwo. Państwo, w którym władzą rozstrzygającą w kwestii przetrwania narodu była władza cywilna. Ale wracam do Pana pytania, o moje zadanie. Mój mąż musiał rano biegać przez miasto na zebrania KG , gdzie toczyły się wszystkie obrady, dotyczące operacji wojskowych. Musiał wysłuchiwać referatów, musiał sam przygotowywać rozmaite wnioski. Jednym słowem - brał udział w rządzeniu tym państwem podziemnym. Jednak jego pasją była praca łączności radiowej z wolnym światem - z Londynem. Wychodził z założenia, że nie sposób będzie  rządzić tym państwem jeśli nie dostaniemy pomocy z zewnątrz, ani też nie będziemy mogli odpowiednio informować świata. Oczywiście istniała wtedy już, przed naszą, wojskowa łączność z Londynem, ale dotyczyła ona tylko operacji wojskowych [dywersji na tyłach wrogach] (…) a nasza radiostacja poświęcona była głównie informowaniu o losach polskiej i żydowskiej ludności. O tym, co robili z Polską okupanci.

Proszę Pani, wydaje mi się, że te zadanie tworzenia struktur cywilnych Polskiego Państwa Podziemnego, mając na zapleczu już od 27 września 1939 roku zawiązki organizacji wojskowej Służby Zwycięstwu Polski, było szalenie skomplikowane i niesłychanie ważne.  W każdym państwie demokratycznym wojsko podlega władzom cywilnym, w warunkach tak szalenie opresyjnej  okupacji, jaką w tym czasie była okupacja niemiecka ziem polskich, stworzenie takich struktur mogło być trudne do realizacji. Proszę Pani, jak to naprawdę wyglądało w końcu 1939 roku i w latach następnych 1940-41, zanim zaczęła się zawierucha ze Związkiem Sowieckim, kiedy struktury Polskiego Państwa Podziemnego musiały przybrać już bardzo konkretny obraz.  Chociażby z tego powodu, że wiadomo było, iż włączenie Związku Sowieckiego do wojny, to jest zupełna zmiana całej konfiguracji europejskiej. Co Państwo przez ten pierwszy okres 1939-41 robili w zakresie cywilnych struktur Polskiego Państwa Podziemnego? Co Pani sobie z tego okresu przypomina?


1939-41 - wtedy jeszcze te struktury dopiero powstawały, ale jeżeli chodzi o walkę cywilną to już tworzyły się takie sekcje, które były odpowiednikami przedwojennych ministerstw, a więc ,na przykład, sekcja wymiaru sprawiedliwości, która gwarantowała, że instrukcje wydane będą wykonywane. Wszystkie sądy i tym podobne. Najważniejsze było to, żeby utrzymać wszystko w ryzach. Następnie załatwienie jakiejś pomocy dla ludzi, którzy musieli pracować w konspiracji bez ujawniania się, czyli musieli mieć dostarczoną jakąś podstawę bytu, bo nie mogli zarabiać normalnie. Poza tym były sekcje kobiet, sekcje księży, sekcja pomocy dla Żydów, sekcja nauki i oświaty [kultury i dziedzictwa narodowego]. (…)

Proszę Pani, jednym z zadań Pani męża i Pani było zorganizowanie i utrzymanie łączności radiowej z Londynem. W książce Pani męża W imieniu Rzeczypospolitej  kilkakrotnie pojawiają się miejscowości podwarszawskie, takie jak: Podkowa Leśna, Milanówek, Brwinów i okolice,  w których mieliście Państwo lokale konspiracyjne. Proszę powiedzieć, dlaczego wybieraliście do pracy konspiracyjnej, na przykład Podkowę Leśną czy Milanówek, czy może przypomina Pani sobie domy,  z których Państwo nadawali do Londynu? Przy jakiej ulicy stały, kto był ich właścicielem? (…)


To jest najważniejszy temat, bo bez łączności radiowej, wojskowej, a szczególnie cywilnej, w ogóle nie mieliby na Zachodzie zielonego pojęcia, co się działo. Przecież nasza radiostacja zawiadomiła Londyn o pocisku V2. Pierwsza depesza o likwidacji getta warszawskiego poszła przez naszą radiostację, czego nam później nie przyznali, bo były różne na ten temat spory. Ja myślę, że to jest temat który, gdybym ja była teraz młodzieżą, a nie staruszką, by mnie i mojego męża nie mniej pasjonował niż w okresie okupacji. Niech sobie ktoś z młodzieży wyobrazi: jest para, on adwokat, ona jego żona i starają się zorganizować radiostacje podziemną, która będzie miała łączność z Londynem. Pojęcia zielonego o tym nie miałam [nie mając żadnych warunków technicznych.], Miałam trochę przygotowania, bo byłam zawsze zainteresowana krótkofalówkami. Nawet mam do dzisiaj książkę, jeszcze przedwojenna, o Towarzystwie Krótkofalowców. Zaczęliśmy szukać specjalistów. Mój mąż się tym zajął i znalazł odpowiednich ludzi, którzy należeli do tego towarzystwa i gotowi byli w każdej chwili do podjęcia pracy. Przy tej okazji, proszę pamiętać, że to były początki – 40, 41 rok, same początki okupacji. Poznaliśmy młodego chłopca, siedemnastoletniego wówczas Ziutka Stankiewicza, którego polecił nam ktoś z krótkofalowców jako znakomitego specjalistę. Nie dawaliśmy temu większej wiary, jednakże postanowiliśmy się z nim spotkać. Bo siedemnaście lat? Jaki to mógł być wielki specjalista? A to był geniusz. Zupełny geniusz i  właściwie dzięki niemu powstała pierwsza radiostacja, bo własnymi siłami, przy środkach zdobywanych dzięki kontaktom jego z krótkofalowcami, między innymi z krótkofalowcami z fabryki Philipsa, udało się nabyć cały sprzęt. On nie miał oczywiście pieniędzy, ale myśmy mu dostarczyli z własnych, dość wtedy marnych, funduszy. Marnych dlatego , że wszystko prawie oddaliśmy na fundusz obrony narodowej w 1939 roku. Przy pomocy tych pieniędzy, a przede wszystkim tego Ziutka, powstała pierwsza radiostacja, którą ukrywaliśmy w jakimś kuble z podwójnym dnem. Transformator do tego nadajnika ważył 10 kg . Taszczyłam te 10 kg z jednego miejsca w drugie, więc wiem o czym mówię. I teraz wyobraźcie sobie: musimy nawiązać łączność – co to znaczy nawiązać łączność? Nawiązać łączność to znaczy mieć elementy ruchu, mieć kwarce, które są potrzebne,  żeby wiadomo było na jakich falach się łączymy, mieć odpowiedni sprzęt podstawowy, to wiadomo i mieć lokale, zorganizować ochronę, w tym sensie obserwację i w sensie transportu – przewożenia tej radiostacji z miejsca na miejsce – to było olbrzymie zadanie. (…) W rezultacie dostaliśmy szyfr, przypadkowo, bo jeden ze skoczków, Czesław Raczkowski, [cichociemny] Stronnictwa Ludowego, przywiózł nam szyfr, przywiózł nam trochę pieniędzy i różne potrzebne elementy ruchu. Jak żeśmy już rozkręcili pomogło nam wojsko, przyjaciele nasi w wojsku, którzy mieli już doświadczenie w nawiązywaniu łączności, pomogli nam nawiązać łączność z Londynem Zarembowie – on był faktycznym szefem łączności wojskowej, pseudonim  Wacek Zaremba, a prawdziwe nazwisko Konrad Bogacki, jego żona – Halina, z którymi szalenie żeśmy się zaprzyjaźnili. Po nawiązaniu tej łączności i rozkręceniu wszystkiego. Łączność nawiązaliśmy w 41 roku na samym początku 41 roku. Radość była nieopisana, ale równocześnie oczywiście znaleźliśmy się natychmiast w eterze i na cynglu Niemców, którzy również nie marnowali czasu i przygotowali odpowiednie środki do wykrywania naszej stacji. To się nazywało GONIA. Z początku te środki ograniczały się do samolotu i samochodu. Wyobraźcie sobie, że zaczynaliśmy – przeniosłam aparat. Było nas wtedy kilka osób, które były, pracowały i zajmowały się wszystkim.
(…)

Jakie były Państwa, Pani i małżonka związki z Podkową Leśną?   
  

Należy to podzielić na dwa okresy. Przede wszystkim wykorzystywaliśmy Podkowę Leśną do działalności konspiracyjnej za czasów okupacji niemieckiej i później po Powstaniu w czasie naszego pobytu u państwa Regulskich, kiedy już był po tym przełomowym momencie, już weszli Sowieci i to były już czasy [kolejnej okupacji], kiedy mąż został mianowany p.o. Delegata Rządu na Kraj przez Londyn. Cele były zawsze te same, ale inne były zadania, kompletnie inna sytuacja polityczna i trzeba się było do tego dostosować. Przede wszystkim, jeśli chodzi o czasy okupacji niemieckiej, Podkowę Leśną wybraliśmy na teren bardzo dogodny do zainstalowania tam naszych radiostacji, nadajników. I mieliśmy tam kilka miejsc. Jeżeli chodzi o dokładne adresy, to niektóre są wymienione w książce mego męża, może Państwo sobie odnajdą, nie pamiętam dokładnie. To były lokale ludzi prostych - takie chatki młodych, którzy nie mieszkali tam wcale, ale mieli po prostu [letniskowe domki] - letniskowe domki - to nie będzie pasowało, takie bieda domki na lato. Chętnie nam to wynajmowali. Więc to były czasy okupacji niemieckiej i tam żeśmy przeżyli cały szereg bardzo dramatycznych i bardzo niebezpiecznych chwil, a jednocześnie stamtąd poszło masę naszej pracy, naszych depesz  do Londynu. Po Powstaniu w październiku myśmy się znaleźli w Podkowie Leśnej w tym przełomowym momencie nastania nowej okupacji – sowieckiej. To był czas  przejścia wojsk sowieckich również przez Podkowę, przez cały ten odcinek, jak myśmy to nazywali „linia EKD”. I tam mieliśmy jeszcze radiostację. Zaproszeni przez p. Regulskich, mieszkaliśmy u nich, w dalszym ciągu łącząc się z Londynem. Stamtąd też mój mąż wyruszał codziennie na spotkania z wszystkimi władzami podziemnymi, które się rozlokowały na tak zwanej „linii” [od Pruszkowa przez Komorów, Otrębusy i Podkowę Leśną, Milanówek, Grodzisk, Brwinów]. Tak, wszędzie dosłownie ktoś mieszkał, gdzieś się ukrywał i wszędzie się rozgrywały dalsze losy Polski. Narady, co robić wobec procesu szesnastu, który się tak tragicznie zakończył, jakie mają być w danej sytuacji obowiązki Delegata Rządu itd. To było jedno miejsce, w którym żeśmy przebywali dłuższy czas, drugim miejscem było nasze mieszkanie u pani Olechowskiej. Pani Olechowska miała piękną wille w Podkowie Wschodniej i tam mieliśmy taki duży salon, sypialnię z olbrzymim tarasem wychodzącym na las. Na tym tarasie zwykle z biciem serca wyczekiwałam na męża, który po spędzeniu dnia w Warszawie w lokalu PSL (był posłem na Sejm). [Ale to już później po 1946 roku] Tak, po 1946 roku, ale właśnie mówię pod okupacją sowiecką, to był ten okres. (…) Jak żeśmy już ostatnie rzeczy załatwiali w Polsce przed ucieczką Mikołajczyka, to wtedy właśnie mieszkaliśmy u p. Olechowskiej. A jeszcze w między czasie mieszkaliśmy też w Podkowie Leśnej Wschodniej - u pani Limanowskiej, żony znanego socjalisty. Znała ona trochę Amerykę, bo tu miała kogoś i w jakiś sposób się jeszcze tutaj dostała i opowiadała nam takie krew w żyłach mrożące historie, jak jest brudno, jak na ulicę śmiecie wyrzucają i jak wszystko inaczej smakuje. Osoba bardzo miła, raczej dość prosta, ale bardzo patriotyczna. Do nas tam przyjeżdżał m.in. szef pomocy UNRRA dla Polski - generał kanadyjski Drulli z Warszawy i zaprzyjaźniony z nami doktor-neurolug Choróbski oraz inni przyjaciele i toczyły się te rozmowy, zasilane dobrą kolacją czy obiadem i zakrapiane troszkę nalewkami. To był jeszcze bardzo ciekawy czas, bo Drulli nam opowiadał szalenie ciekawe rzeczy o stosunku państw zachodnich do Powstania i do całej sytuacji w Polsce, a myśmy wylewali wszystkie swoje żale, pretensje i przekleństwa czasem nawet pod adresem [zachodnich sprzymierzeńców]. Tak też bywało, aczkolwiek do samego końca uważaliśmy, a ja w dalszym ciągu tak sądzę, że nie należy nigdy, przy żadnej okazji zapominać o tym, że głównym sprawcą tej wielkiej tragedii polskiej był Stalin i była Rosja.

Stefan i Zofia Korbońscy w Podkowie Leśnej w czasie okupacji


Proszę Pani wiemy z książek, wiemy z opowiadań Pani przy różnych innych okazjach, że Państwo mieli bardzo serdeczne kontakty z rodziną państwa Regulskich, których syn, którego państwo znali, do dzisiejszego dnia w Polsce żyje i pracuje.
   

U Państwa Regulskich było fantastycznie. Zgromadzili oni całą polityczną grupę działaczy konspiracyjnych, tych niepodległościowych, najwybitniejszych. I w każdym pokoju siedział ktoś, kto mógł spędzić resztę życia na opisywaniu tego w książkach. Był jeden socjalista, był ktoś z wojska, była Zakrzewska, żona Bernarda – szefa kontrwywiadu. (…) I pamiętam dosłownie, jak w kuchni panował zawsze potworny tłok, bo przygarniali wszystkich jak leci. Poza tymi stałymi mieszkańcami, gdy ktoś z Powstania się ratował i musiał się jakoś pożywić i na parę dni czy na parę godzin mieć dach nad głową, to zawsze znajdował schronienie. I kiedyś pamiętam, tak jak dzisiaj, widok Haliny Regulskiej, która stanęła w drzwiach kuchni z pogrzebaczem w ręku i mówiła: (…)
- Proszę Państwa ja chciałabym zrobić sobie grzankę, jeszcze nic nie jadłam dzisiaj. (śmiech) Jakoś tłum dopuścił ją do pieca. Tam też zdarzyły się różne nasze historyjki związane z przechodzeniem, z pościgiem wojsk niemieckich przez oddziały sowieckie już nadciągające. Sowieciarze w ogóle nie liczyli się z życiem swoim ani niczyim. Przeważnie byli pijani muszę powiedzieć, w kilku się zapuszczali, nie wiadomo jak głęboko, jeżeli to był jakiś mały oddziałek, to można było do nich strzelać jak do kaczek. Oni się pytali gdzie są Niemcy, i oczywiście otrzymywali odpowiedź. To był ten przejściowy okres, kiedy Niemcy zostali już rozgromieni, a przychodzili nowi okupanci. To byli prości żołnierze z Rosji i tak też ich traktowaliśmy. Natomiast kiedyś, któregoś popołudnia gruchnęła wiadomość, że nadciąga cały oddział wojsk sowieckich. Janusz Regulski i Halina byli wtedy obecni w pałacu, a wraz z nimi jeszcze kilka osób, choć większość gdzieś się porozjeżdżała. Natomiast ja siedziałam w naszym pokoiku i szyfrowałam depeszę, a mój mąż obok mnie pisał sprawozdanie, komponował jakąś nowa korespondencje z Londynem. Więc popłoch powstał, włącznie z naszym kotem, który siedział mi na kolanach i zeskoczył, gdy wrzasnęłam:
- Boże! Co tu robić?!
Radiostację czym prędzej złożyliśmy, i schowałam ją za okno, zwyczajnie wystawiłam w pelargonie za oknem, bo nic lepszego nie przychodziło mi wtedy do głowy. I myślałam tylko o tym, jakby Stefana gdzieś wyprawić. Tylko on nie chciał, powiedział:
- Ja zostanę. Zobaczymy, co będzie dalej, bo jeszcze gorzej jak mnie w lesie znajdą. Tak tutaj przynajmniej mam jakieś szanse.
- OK.
Przyszedł ten cały oddział na czele z pułkownikiem. Janusz Regulski, który mówił świetnie po rosyjsku, zaprosił ich na dole do stołowego. Na dole była kuchnia, stołowy pokój. Wtedy już tych tłumów nie było, bo to było dosyć długo po Powstaniu. Już te tłumy się rozeszły, zostali lokatorzy, których, jak już wspomniałam, nie było. Zaproponowano temu pułkownikowi, czy podpułkownikowi – już nie pamiętam – że może im przynieść podłoże jakieś, słomę czy coś takiego, sienniki, żeby mogli się żołnierze przespać. Ale oni przyzwyczajeni do niewygody stwierdzili, że nie trzeba, że podłożą sobie buty pod głowę i płaszcze i tak się prześpią. Oczywiście spytali o coś do zjedzenia, ale na zasadzie: jeżeli jest to jest, jak nie ma to trudno. Wnieśli do stołowego radiostację swoją. I mój mąż nie mógł wytrzymać, powiedział:
- Ja muszę to zobaczyć.
I zwyczajnie, bezczelnie zszedł tam do stołowego pokoju, a akurat się tak złożyło, że mówił po rosyjsku i po niemiecku. Zaczął się przyglądać radiostacji i trochę o nią podpytał . Regulski wyciągnął wódkę, też wdał się w rozmowy. I właściwie zapowiadało się takie bardzo niewinne spotkanie. Ja tym czasem siedzę w pokoju, myślę sobie, jak tutaj mnie przydybią, wejdą w pelargonie, to będzie niedobrze. Na szczęście zamiast mężczyzn przyszły 2 czy 3 kobiety, fryzury miały zrobione w Kowlu czy gdzieś, z lokami, ubrane były w  takie nędzne strasznie perkale w kwiatki. Rozejrzały się po pokoju i chciały zobaczyć łazienkę. Więc zaprosiłam je do łazienki, pokazałam, jak się spuszcza wodę, z przeproszeniem, i pokazałam im bidet. Nie wiedziały co to jest, nie wiedziały, co się z tym fantem robi. W każdym razie miałam z nimi ubaw. Wyjęłam ciastka, które mam zawsze pod ręką, bo jestem stary łakomczuch, poczęstowałam je. One były  pod wrażeniem, szalenie były pod wrażeniem  urządzenia pokoju i wszystkiego. W końcu poszły sobie. Rano, raniutko Regulski ich zaprosił na śniadanie, na co ten pułkownik powiedział:
- Nie potrzeba, dajcie im po stakańczyku, czy jak to się nazywało, wódki i tego chleba doskonałego, który tutaj macie.
Wiec on tam dołożył sera, Halina masło wyciągnęła, trochę ich podkarmili. I oni sobie poszli, ale na wychodnym ten pułkownik powiedział:
- Wy się tu pilnujcie, jak przyjdzie NKWD.
To były jego słowa. Po tej jednak historii doszliśmy do wniosku,  że musimy się stamtąd wynieść, bo będą tam częste wizyty – niewizyty i rzeczywiście były. Postanowiliśmy wyjść. Był też z nami wtedy Jerzy Michalewski – jeden z najbliższych współpracowników Stefana, on był z wojska, jeden z pierwszych wysłanników z Londynu, którzy [dotarli jako tzw. cichociemni do Polski] pomagali nam organizować państwo podziemne. I tak we trójkę z nadajnikiem na wózeczku i jakimiś uratowanymi szmatami i rzeczami, poszliśmy przez lasek szukać lokum. Myśmy poszli w kierunku wschodnim. I szliśmy przez las i podśpiewywaliśmy sobie we troje piosenkę, którą zawsze strasznie lubiliśmy: „Idzie żołnierz borem lasem, podśpiewując sobie czasem, To bieda, to bieda…” Tak żeśmy sobie maszerowali, aż doszliśmy do bardzo ciekawego lokalu, do takiej willi, na której było wywieszone, że jest mieszkanie do wynajęcia. Tam wstąpiliśmy i, o dziwo, od razu nam wynajęto pokój. Powiedzieliśmy, że jesteśmy bierzeńcy. Tam był mąż i żona, przy czym po wyglądzie tego pana widać było, że jest Żydem z pochodzenia. Bardzo ładny więc komplet się tam zebrał: radiostacja i wszystko. Nie narzekaliśmy, bo nie mieliśmy, gdzie głowy przyłożyć. Wszystko się dobrze skończyło, ale to już innym razem opowiem.

Proszę pani, proszę opowiedzieć mieszkańcom Małego Londynu, o uruchomieniu pierwszej stacji fonicznej. Jaka była różnica w zorganizowaniu stacji fonicznej w porównaniu ze zwykłą? W którym domu w Podkowie Leśnej odbyła się próba uruchomienia tej stacji i jak się powiodła?
   

To jest dosyć długa opowieść, ale warta przypomnienia. Stacja foniczna to było krótko mówiąc szaleństwo. To był jeden z pomysłów mojego męża, który uważał, że będzie to miało bardzo duże znacznie polityczne dla czasów wojny, jeżeli odezwiemy się bezpośrednio do zachodniego świata. Bez żadnych kodów, szyfrów, tylko tak jakbyśmy rozmawiali ze sobą [pełnym głosem]. Ale to naprawdę było prawie że niemożliwe z uwagi na bezpieczeństwo. O ile przy komunikacji radiowej, tajnej radiostacji, mieliśmy wszystko zaszyfrowane, mieliśmy zorganizowaną obronę i oni [Niemcy] musieli włożyć dużo wysiłku, aby wytropić każde nasze posunięcie, każdą naszą audycję. O tyle, jeśli chodzi o radiostację foniczną, to tak było jakby pan siedział obok w pokoju, wziął nas i poprowadził na szubienicę. Oczywiście zwykle wszystkie projekty związane z dużym zaangażowaniem, z dużym ryzykiem, były dyskutowane z całą nasza załogą. Tym razem mój mąż naradzał się ze wszystkimi telegrafistami, z Ziutkiem – naszym ukochanym dziewiętnastoletnim konstruktorem Ziutkiem Stankiewiczem. Ziutek się do tego szalenie zapalił. Chodziło o to, żeby nadać do Londynu apel o udzielenie pomocy – broni i w paru słowach uświadomić zachód o tym, co się dzieje w naszym kraju. Przygotował te apele mój mąż, przetłumaczone zostały na język angielski również. Aparat był gotowy dość szybko, bo Ziutek wziął się z wielkim zapałem do jego budowy. Muszę powiedzieć, że dotychczasowe aparaty, te, którymi posługiwaliśmy się w naszej tajnej działalności, były niczym w porównaniu z tym nowym, wielkim aparatem, który został wytoczony na powierzchnię, umieszczony w lokalu tak jak normalny aparat, nie wymagający żadnego ukrywania. Ten lokal wynaleźliśmy w Podkowie Leśnej głównej, na ul. Orlej, nie pamiętam dokładnie, który to był numer. Wydaje mi się, że 6. I tam była pierwsza próba. Jak to się odbywało po kolei? Przede wszystkim najpierw próby wstępne musiały wypaść dobrze. Potem zawiadomiliśmy Londyn, że mamy gotową stację foniczną o mocy 300W (to było dużo) i zaproponowaliśmy nadanie z niej audycji wigilijnej dla armii polskiej i rodaków na emigracji, którą brytyjskie radio BBC mogłoby nagrać na płyty i transmitować, tak żeby rozeszła się po całym świecie. Oferta została przyjęta, nawet trochę ku naszemu zdziwieniu, choć niedowierzali nam, że coś podobnego może się udać. Termin ustalono na jeden z dni przedwigilijnych, na późną godzinę wieczorną, a drugi termin - rezerwowy, w razie niepowodzenia, na wczesne godziny ranne następnego dnia – to była taka normalna procedura. Zaczęliśmy od tego, że za kilkoma nawrotami przewiozłam całą zasadniczą aparaturę do Podkowy Leśnej, a resztę tych rzeczy przewieźli Janek – telegrafista i Ziutek – konstruktor.

Janek telegrafista to był kto? Nazwisko?
   

Janek Kępiński.

Jak Pani to przewoziła? Bo to jest szalenie ciekawe. Kolejka EKD? Przecież to było widać. Jak Pani to robiła?
   

To jest cały osobny temat. Kolejka EKD była rewidowana bardzo często w poszukiwaniu szmuglu żywności. Ale trzeba przyznać, że cały teren Podkowy Leśnej był przez Niemców raczej zapomniany. I dlatego wybraliśmy sobie ten teren do naszej pracy. Ponadto łatwiej było znaleźć tam lokale. Trzeba było jednak dużego doświadczenia, żeby zdobyć orientację w rozkładzie kolejki i na wyczucie wskakiwać z całym ładunkiem, który nie był wcale mały ani lekki. Ja zwykle miałam swoją metodę – przede wszystkim nigdy się nie przebierałam. W żadne stroje specjalne, chusteczki na głowę, pod brodę i tak dalej. Byłam zawsze ubrana zwyczajnie, przyzwoicie, a nawet powiedziałabym - na swój sposób elegancko. Wiedzieliśmy, że Niemcy inaczej traktują ludzi, którzy przyzwoicie wyglądają, a nie jak oberwańcy. Czekało się na kolejkę, na stacji. Walizki na ogół stały z boku i dopiero w ostatniej chwili się je podrywało. W jedną stronę - do Podkowy Leśnej - to było łatwiejsze, bo w Warszawie, na stacji na Nowogrodzkiej skąd odjeżdżała kolejka, było bardzo dużo ludzi z walizkami, z tobołami, ze wszystkim, tłok czasem większy, czasem mniejszy, ale łatwiej było się przemycić. Natomiast stamtąd, z Podkowy, jak się przewoziło coś, to trzeba było ciągle zmieniać ukrycie tych aparatów i to już była bardzo trudna rzecz. Jak się człowiek dostał do tej kolejki, to trzeba było wybrać „na nos” miejsce, które wydawało się bezpieczne. Konduktorzy często mieli lepsze wyczucie niż my. Obserwowali bardzo uważnie i w wielu przypadkach potrafili ostrzec.
Tak cały sprzęt został przewieziony do Podkowy Leśnej i zbliżał się umówiony termin. Aparatura była wypróbowana, kwarc oscylował, przyrządy rozmaite, pomiarowe wskazywały, że wszystko jest w porządku, działało dobrze. Myśmy oczywiście zdenerwowani, ale staraliśmy się nie okazywać tego, żeby się jeszcze bardziej nie denerwować. Wreszcie nadszedł wyznaczony dzień i telegrafista zaczął wołać Londyn, który natychmiast odpowiedział, że jest gotowy do próby fonii. Nastąpiło przestawienie aparatury  na głos i Ziutek odezwał się do mikrofonu:
- Jak mnie słyszycie?
Londyn odpowiedział niestety, że nie słyszy nas wcale. Konsternacja. Ziutek ponowił próbę, otrzymał tę samą odpowiedź i stało się jasne, że niestety warunki są złe, co przy wewnętrznej, pokojowej antenie (nie mogliśmy anteny wywieszać na zewnątrz), odbierało aparatowi normalną moc. Daliśmy znać, że ponowimy próbę za dwie godziny i bardzo przygnębieni  położyliśmy się gdzie kto mógł, żeby się trochę przespać. (…) Ta sama historia powtórzyła się za dwie godziny. Wobec czego odroczyliśmy audycję do rana - do terminu rezerwowego, który żeśmy zastrzegli, w przekonaniu, że warunki się może polepszą. O świcie wstajemy niewyspani, kości bolą jak sto diabłów. (…) Czas się jednak zbliżał, aparatura znów została włączona, bo była zmontowana i z zegarkiem w ręku ten telegrafista zawołał Londyn. Ziutek z jednej strony starał się, jak najlepiej zestroić aparat i uzyskać najwyższą moc, z drugiej strony następowała stopniowo poprawa warunków w eterze. Tak że sytuacja się poprawiała. Poszliśmy na bardzo duże ryzyko i telegrafista już w biały dzień wyprowadził antenę przez okno, na zewnątrz, na ogród. Przywiązał drugi koniec do pobliskiej szopy, był taki pień. I wreszcie Londyn dał sygnały:
- OK, rozpoczynajcie audycję, jesteśmy gotowi do odbioru.
 Z wielką tremą Stefan złapał za mikrofon i głęboko wzruszony odczytał przygotowane przemówienie. Ziutek – czujny skupiony, kontrolował działanie aparatu i jednocześnie podsłuchiwał Stefana na maleńkim aparaciku odbiorczym. Wszystko było w porządku. Skończył przemówienie Stefan i telegrafista zasiadł do odbiornika, by usłyszeć informację, jak audycja została odebrana. Gdy założył słuchawki na uszy, twarz mu się zmieniła momentalnie. Przywołał nas ręką i oddał Stefanowi słuchawki. I co Stefan usłyszał w nim… I myśmy  zresztą to też usłyszeli, mimo że nie mieliśmy tych słuchawek. Usłyszeliśmy w nim monotonny, falujący ryk. Ryk! Telegrafista szepnął, ale właściwie krzyknął nam do ucha:
- Z niewielkiej odległości zagłusza nas stacja nadawcza niemiecka. Wiejmy natychmiast!
Ziutek posłuchał, również był tego samego zdania. Stacja nadawcza, a więc Niemcy oczywiście. Musieli być bardzo blisko, nie było czasu na chowanie stacji, więc wyłączyliśmy aparaturę, przykryliśmy ją kocem i dwiema partiami czym prędzej opuściliśmy Orlą. Każda z tych grupek szła inną drogą na dworzec w Leśnej Podkowie. Dostaliśmy się bez przeszkód, a potem spokojnie dojechaliśmy do Warszawy. Poszliśmy natychmiast na ulicę Rycerską, gdzie był warsztat Ziutka, i tam o umówionej na stały nasłuch porze telegrafista połączył się z Londynem i już po kilku minutach otrzymał depeszę, która brzmiała:
- Natychmiast po rozpoczęciu audycji zagłuszyła was silna stacja niemiecka. Jednak słyszeliśmy pojedyncze zdania. Dziękujemy.
Zanalizowaliśmy na gorąco nasze całe postępowanie. Doszliśmy do wniosku, że Niemcy musieli słyszeć próby fonii, zorientowali się, o co chodzi i przygotowali się z zupełną łatwością do zagłuszenia audycji, po prostu zagłuszenia. Na drugi dzień mieliśmy już wiadomość, że po naszym wyjeździe z Leśnej Podkowy trwały przez cały dzień rewizje na EKD i w Podkowie, co wskazywało na dość dokładne umiejscowienie stacji. Toteż telegrafista przez parę dni obserwował tylko z daleka swój domek na Orlej, w którym się to wszystko działo. I dopiero kiedy nabraliśmy pewności, że nic nie grozi wszedł tam z powrotem. Stefan, mój mąż, zebrał całą ekipę i spytał, czy czują się na siłach powtórzyć audycję przed Sylwestrem, z innego już lokalu. Nie na Orlej, tylko w Międzylesiu. Przeprowadził zmiany w przemówieniu i mieliśmy powtórzyć je jako noworoczne. (…) wszyscy bez wyjątku zgodzili się na nową próbę. Londyn też przyjął tę propozycję. Wobec czego ja i Franek – taki nasz pomocnik, Ziutka pomocnik – przerzuciliśmy kolejką w walizkach i paczkach cały sprzęt do Międzylesia, do tego nowego miejsca, lawirując szczęśliwie wśród żandarmów i bahnschutzów. Bardzo to był trudny powrót. Naprawdę, trudniejszy niż wszystko inne. Przebieg przygotowań i audycji był mniej więcej taki sam jak w Podkowie Leśnej, tyle że rezultat był gorszy, bo były gorsze warunki i Londyn nas nie słyszał, więc na jakiś czas zrezygnowaliśmy z dalszych wysiłków i całą aparaturę przerzuciłam z powrotem do Warszawy, na Rycerską. Mówię, że przerzuciłam, dlatego, że to było moim obowiązkiem przede wszystkim. Jechaliśmy całą gromadą, trochę na wariata. Bardzo przemęczeni i bardzo zawiedzeni. Pewną dla nas pociechą była wieczorna audycja BBC z dnia 10 stycznia 1942 roku. W wygłoszonym w tym dniu przemówieniu ówczesny wicepremier rządu generała Sikorskiego – Mikołajczyk – przemawiając do kraju, podziękował za ten pierwszy głos jaki z Polski doszedł do Anglii. A impreza była otoczona ścisłą tajemnicą, toteż przemówienie Mikołajczyka wzbudziło w kołach konspiracyjnych ogólne zaciekawienie. Pułkownik Rzepecki - szef Biura Informacji i Propagandy, czyli BIPu, pokazał później nam nasłuch audycji i zapytał, czy wiemy coś o tej sprawie. Na marginesie nasłuchu Stefan dostrzegł adnotację uczynioną ręką Rzepeckiego: „to jakaś mistyfikacja”.
(…)

Proszę Pani, może  zechciałaby Pani powiedzieć coś na temat atmosfery podróży kolejką EKD, ale może też Pani powiedzieć, jak w ogóle przemieszczano się w Warszawie. Tramwajami. Szczególnie nam oczywiście zależy na kolejce EKD – tej bardzo wyjątkowej linii podwarszawskiej kolei elektrycznej.

Tramwaje to był bardzo specyficzny sposób podróżowania ze względu na tak zwane „winogrona”.  Tramwaje były oblepione ludźmi i dostać się do nich było trudno, ale zdarzało się mnie i moim pomocnicom, że  naszą walizkę czy koszyk, w którym żeśmy przewozili stację, nadajnik i transformatory, pomagali nam wepchnąć do środka ludzie. A raz jak wsiadałam do tramwaju, to zrobił to pewien Niemiec. Bardzo uprzejmie podał mi całą walizkę, a Ziutek, który ze mną jechał, zaczął się tak dziko śmiać, że bałam się, że nas zdekonspiruje. Kopnęłam go w nogę, żeby się uspokoił, ale on nie mógł się powstrzymać od śmiechu. To taki zabawny incydent.
 Kolejka elektryczna była także często przepełniona i zwykle panowało w niej napięcie, z uwagi na ciągły przemyt, szmugiel rozmaitych produktów żywnościowych. Z początku  nie było to tak nasilone, ale później Niemcy się bardzo wprawili i niespodziewanie wypadali zza krzaków na którejś ze stacji, wpadali do wagonu i robili rewizję, która kończyła się zwykle aresztowaniem kilku osób. Tak więc wszyscy byli w ciągłym strachu. Ja osobiście nie miałam obaw. Starałam się nie myśleć o tym. Co będzie, to będzie, trzeba przejechać i wykonać zadanie, ale raz mieliśmy wpadkę w Warszawie kogoś, kto znał adres lokalu naszego w Podkowie wschodniej. Trzeba było ewakuować ten lokal i przewieźć wszystko z powrotem do Warszawy. Byłam wtedy sama, poszłam do lokalu naszego telegrafisty – Władka. Tam parę razy już mnie widzieli, więc nie miałam trudności z wejściem. Jego nie było oczywiście, bo już był uprzedzony o tej wpadce i nie przyjechał. A właściciele tego domu, jak powiedziałam, że jestem siostrą, to się uśmiechnęli bardzo domyślnie i wpuścili mnie. Nie robili żadnej trudności. Zabrałam co mogłam to znaczy nadajnik, kwarce, itd. i wyruszyłam pieszo na stację. Było bardzo gorąco. Przezornie nie wyszłam na samą stację, tylko schowałam się za drzewami i czymś  w rodzaju budki –  małej poczekalni chroniącej od deszczu. Schowałam się tam i czekałam aż przyjedzie pociąg. W końcu przyjechał. Patrzę, a od razu jak wjechał pierwszy wagon, to zrobiło się czarno od mundurów – rewizja w pociągu! Oczywiście w dalszym ciągu siedziałam za krzakiem. Pociąg się zatrzymał bardzo krótko i nikt z niego nie wysiadł. Przejechał dalej. Przejechał drugi pociąg, w którym również była rewizja, bo widziałam przez okna wielki ruch w środku. Przeczekałam tak trzy czy cztery pociągi, co zabrało mi masę czasu. Już słabłam z tego wszystkiego i ze zmęczenia, i z przejęcia, ze zdenerwowania, że będę musiała pieszo. Na szczęście nadjechał pusty pociąg. Wydawało się, że zupełnie nikogo w nim nie ma. Pomyślałam, że zaryzykuję. Wyszłam na peron i wsiadłam do pierwszego wagonu, który blisko podjechał. Byłam sama jedna w tym wagonie, nie wiem czy byli gdzie indziej ludzie. Wszedł do wagonu konduktor, spojrzał na mnie, spojrzał na mój bagaż. Przypuszczam, że nie wyglądałam na szmuglerkę żywności, nie miałam gdzie schować prowiantów. Oczywiste było, że mogłam mieć coś w walizce. I wziął moją walizkę bardzo spokojnie, inaczej ustawił tak, że była zupełnie niewidoczna. Wychodząc uśmiechnął się bardzo miło i powiedział:
-Wszystko w porządku.
Takie to było EKD. Dojechałam szczęśliwie do Warszawy i wszystko przywiozłam.

Aż do narożnika Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej.

Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej, tak. Tam już odniosłam nadajnik, stację gdzie trzeba. Muszę w związku z tym powiedzieć  ciekawą rzecz, że jak jechałam do Podkowy właśnie wtedy, żeby ewakuować ten lokal, to odprowadzał mnie mój mąż. Przechodząc przez jezdnię w Al. Jerozolimskich, tam gdzie było wejście do kolejki, spojrzałam pod nogi i spostrzegła, że coś leży. Schyliłam się – różaniec, stary różaniec. Ten różaniec mam do dziś dnia. Nie rozstaję się z nim nigdy. Uważałam, że to bardzo dobry znak. Dlatego pełna otuchy wsiadłam w ten pociąg. A dzisiaj siedzę w Ameryce.

Czyli nie tylko łut szczęścia, ale Opatrzność działała.

Opatrzność działała absolutnie.

Dziękuję bardzo.

Bardzo proszę.

Zofia Korbońska w Stanach Zjednoczonych, 1948 rok

Wywiad został przeprowadzony w ramach projektu "Opowiedzcie Nam" – www.otwarteogrody.pl

Zdjęcia: archiwum Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Warszawie.   



odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl