| A A A |
<
 
>  

Janusz Brochwicz-Lewiński "Gryf"

Rocznik 1920

Legendarny obrońca pałacu Michla podczas Powstania Warszawskiego, wspomina początek wojny, swoją działalność konspiracyjną, powstanie i losy powojenne.
Bardzo dobra robota*

Na przełomie 1940 i 1941 roku zaczęliśmy intensywnie szkolić członków ZWZ w musztrze, terenoznawstwie, broni, którą mieliśmy do dyspozycji. Grupy były prowadzone przez tych z nas, którzy mieli dobre wyszkolenie z wojska przed rokiem 1939. Nie było takich osób wiele, pięć, sześć w Puławach i okolicy. Moim zadaniem było przygotowanie grupy w sile plutonu, około 30 ludzi, których szkoliłem w małych grupach po pięć, sześć osób. Miałem tam młodego żołnierza, który w 1942 roku został schwytany przez gestapo w łapance w Puławach. Zawieziono go do zamku w Lublinie. Tam torturowano i wyciągnięto z niego informacje. To była katastrofa. Znał m.in. mój adres i wiedział, gdzie pracuję. Zostałem powiadomiony przez nasz wywiad, który dokładnie wiedział, co on zeznał. Współpracowało z nami paru oficerów granatowej policji, którzy mieli znajomości w niemieckiej policji kryminalnej (Kripo) i w gestapo. W ten sposób dotarła do mnie informacja, żebym uciekał, bo niedługo będą chcieli mnie aresztować. I tak się stało. Buda przyjechała do mnie na stację, ale ja uciekłem, jak stałem, bez wracania do mieszkania po rzeczy. Było lato 1942 roku. Trwała wojna niemiecko-radziecka. Moje biuro na stacji w Puławach, gdzie pracowałem, stanowiło bardzo dobry punkt obserwacyjny. Przesyłałem informacje o transportach idących z frontu albo na front, do Lublina, a stamtąd do Warszawy. Miały one dużą wartość dla AK. Ale musiałem porzucić Puławy. Uciekłem do Lublina, a następnie do Janowa Lubelskiego. Tam nawiązałem kontakty z partyzantką. Jeden z moich znajomych był leśnikiem koło Janowa i czekałem w jego leśniczówce tydzień na spotkanie z oddziałem partyzanckim działającym niedaleko. Skontaktowałem się z nimi i wstąpiłem do ich oddziału. Byłem początkowo u „Babinicza”, „Gacka” i „Zapory”. To byli skoczkowie z Anglii. Najpierw pełniłem funkcję zastępcy dowódcy patrolu, później objąłem dowództwo jednego oddziału. Brałem udział w wielu akcjach na tych terenach. Napadaliśmy na majątki będące pod niemiecką kontrolą, które produkowały żywność dla Niemców. Podczas okupacji Niemcy zaopatrywali się za pomocą systemu kontyngentów - obowiązkowych dostaw produktów żywnościowych nałożonych na gospodarstwa rolne. Mięso, masło, kury, jaja – wszystko to było ściągane i wysyłane do Rzeszy. We wsiach istniały spółdzielnie rolne zobowiązane do spłaty kontyngentów – w zamian ludzie dostawali cukier, sól, naftę, zapałki. Napadaliśmy często na furmanki wiozące przeważnie pod słabą eskortą własowców zapasy żywności z wiosek do miasteczek. Zdobytym w ten sposób jedzeniem żywiliśmy oddziały partyzanckie oraz pomagaliśmy ludności cywilnej. Niemcom zabieraliśmy także papierosy i gotówkę, której potrzebowaliśmy. Rodziny moich partyzantów były bez środków do życia. Banki rolnicze odwiedzaliśmy od czasu do czasu – za wiedzą komendanta okręgu. Te pieniądze były rejestrowane i wypłacane partyzantom, żołnierzom ukrywającym się w terenie lub ich rodzinom. Za zdobyte pieniądze kupowaliśmy również towary oraz żywność od chłopów, których nie chcieliśmy okradać ani dawać im kwitów bez pokrycia. Nie chciałem grasować na czyjeś konto. Chłopom dawałem albo towar, jaki udało się nam zdobyć (buty, kożuchy, konie – które zabierałem z majątków), albo gotówkę.

Janusz z matką Jadwigą, rok 1930.

Napadaliśmy na mniejsze miejscowości, gdzie byli tylko policjanci granatowi. Na widok patrolu partyzanckiego zamykali się zazwyczaj na swoim posterunku i w ogóle się nie pokazywali, nie mówiąc już o podjęciu walki. Byli uzbrojeni przeważnie w karabiny mauzery, takie jakie miało Wojsko Polskie w 1939 roku. Mieli też sporo radomskich visów. Stacjonowali w miasteczkach i większych wioskach na umocnionych posterunkach. Nigdy nie widziałem u nich broni maszynowej. W swoich budynkach posiadali też często telefony łączące ich z żandarmerią niemiecką.

 

Rycerski dowódca

Napadałem na konwoje niemieckie. Koło Szczebrzeszyna wykonałem bardzo dobrą robotę. Założyłem materiał wybuchowy (plastik ze zrzutów angielskich), który nie był tak silny, aby rozerwać pojazdy pancerne, ale na tyle mocny, żeby je przewrócić. Chciałem zachować ładunek, który wiozły w dobrym stanie. Dostałem informację, że będą przejeżdżać tą trasą dwa niemieckie pojazdy opancerzone, w których miało być około 20 żołnierzy zmierzających do stacji kolejowej. Jechali na urlop do Niemiec. Wysadziłem ładunek w powietrze. Oba pojazdy przewróciły się, ale nie rozbiły - zrobiły parę koziołków w powietrzu. Ich załoga była całkiem oszołomiona. Wyłaziła na czworakach jak w transie. Długo nie mogła do siebie dojść. Składała się z porucznika, kilku podoficerów i szeregowych. Mieli dobrą broń, w tym dwa kaemy wmontowane w otwory wozów, kilka skrzynek amunicji, dużo plecaków z wałówką – szynkę, wódkę – bo do Niemiec wieźli. Dobre buty i mundury. Oczyściłem to wszystko, zostawiając ich w spodniach i swetrach. Kazałem moim żołnierzom zdjąć buty, które im się rozlatywały, dać je Niemcom, a założyć buty niemieckie. Mieli nowe, bo ich przebierali w jakimś punkcie zbornym, zanim wyjechali na urlop. Wziąłem niemieckiego porucznika na bok i powiedziałem:

- Nie będziemy was zabijać. Ustawcie się w kolumnę.

Wytłumaczyłem, że będą pod konwojem odprowadzeni do następnego punktu, dostaną przepustkę ode mnie, żeby kolejny dowódca, który będzie w punkcie 12 kilometrów dalej, odebrał ich i popędził w okolice takiego miejsca, gdzie są Niemcy. Ostatnie cztery, pięć kilometrów pójdą sami. Oczywiście nie mogłem narażać swoich ludzi, aby ich podprowadzali pod niemieckie posterunki, mimo że starałem się być rycerskim dowódcą. Tak powiedział ten porucznik – że byłem bardzo rycerskim oficerem. Nie spodziewali się, że partyzanci robią takie rzeczy. Byli przekonani, że jeśli dostaną się w nasze ręce, to zginą. Ustawili się w kolumnę i pomaszerowali. Ten mój połów był bardzo dobry. Po pierwsze, nikogo nie zabiłem, a to oznaczało, że nie było późniejszych represji ze strony Niemców na okolicznej ludności. Zdobyłem, co chciałem. Transportery podpaliłem – co miałem z nimi robić w lesie? Nie mogłem nimi jeździć, bo by zostawiały ślady. To była dobra robota.

Następny atak przeprowadziłem na mały posterunek niemiecki w okolicach Biłgoraja. Było tam około 20 żołnierzy, w tym trzech Niemców (dowódca, zastępca i sierżant), natomiast resztę stanowili własowcy i kilku Azerbejdżan (Azerów). Niemcy sformowali z Azerów, byłych żołnierzy Armii Czerwonej, którzy przeszli na stronę niemiecką, parę pułków stacjonujących wówczas w Puławach i Lublinie. Używali tych oddziałów do pacyfikacji terenu. Azerowie mieli naszywki narodowe na rękawach i czasami własnych oficerów, do stopnia porucznika bądź kapitana. Ale oficerowie starsi byli Niemcami bałtyckimi (Baltendeutscheami) mówiącymi przeważnie po rosyjsku. Posiadali na ogół rosyjską broń – pepesze. Oprócz tego byli kozacy - dońscy i kubańscy. Biłem się z nimi wiele razy. Bardzo nam szkodzili, ponieważ napadali na wioski, grabili je, gwałcili kobiety, mordowali jeńców w potworny sposób. To byli ludzie bez skrupułów. Taka sama była RONA (brygada Kamińskiego), która pacyfikowała Rosję, a potem Ochotę podczas Powstania Warszawskiego. Kiedy byłem w partyzantce ZSRR mocno wspierał komunistyczne oddziały leśne. Na Lubelszczyźnie sytuacja wyglądała podobnie jak na Wileńszczyźnie. Sowieci zrzucali skoczków, organizowali oddziały ze zbiegłych jeńców. Zrzucali dla nich broń i amunicję. Te oddziały były nam wrogie – oni nie współdziałali z nami. Przeciwnie, zdarzały się wypadki rozbrajania naszych oddziałów. Mieliśmy rozkaz unikać ich, walczyć z nimi jedynie w wypadku, kiedy było to naprawdę konieczne. Miałem starcia z nimi parę razy, ale nie doszło do poważnych walk. Moim obowiązkiem była ochrona ludności cywilnej. Księża zwracali się o pomoc, ludność także. Taka sowiecka banda partyzancka jak się zwaliła do wsi, to jej członkowie zjadali wszystko, co było, pili samogon, gwałcili kobiety i kradli, co mogli. Nie było wyjątków, żeby się dobrze zachowywali. „Zapora” dowodzący sąsiednim oddziałem miał ten sam problem. „Ząb” dowodzący oddziałem NSZ na tym terenie nie miał rozkazów AK, a zatem nie miał tych skrupułów co my, gdy chodziło o sowiecką partyzantkę. On rąbał ich równo.

Byłem bardzo związany z moimi chłopcami. Opiekowałem się nimi. Byli dobrze ubrani, dobrze uzbrojeni. W lesie mieszkaliśmy od wiosny do jesieni, a zimą lokowaliśmy się u chłopów. W 1944 roku przyjechał na inspekcję oddziałów Kedywu Okręgu Lubelskiego generał (wówczas jeszcze pułkownik) Fieldorf. Widział mój oddział i był zadowolony. Miesiąc później dostałem rozkaz od dowódcy okręgu. Zostałem przeniesiony do Warszawy, do nowo formującego się Batalionu „Parasol”, który był przeznaczony do specjalnych zleceń dywersyjnych. Co miałem zrobić? Nie chciałem jechać, ale dostałem rozkaz. Ze złamanym sercem opuściłem moich chłopców. Odjechałem z Lubelszczyzny w połowie lutego 1944 roku.

 

W Batalionie „Parasol”

W Warszawie zameldowałem się u kpt. Borysa, który był dowódcą „Parasola”. Miałem pracować z nim i jego zastępcą – Jerzym Zborowskim „Jeremim”, młodym podchorążym, ale on był bardzo zdolny i szybko awansował. Współpracowało się nam bardzo dobrze. Byłem przydzielony do 1. kompanii, wyrosłej z „Zośki”, później rozbudowanej do rozmiarów batalionu – właśnie „Parasola”. Dowódcą tej kompanii był Leopold („Rafał”), mój dobry przyjaciel. Zginął w pałacu Krasińskich w czasie powstania.

Zostałem instruktorem wyszkolenia. Planowano utworzyć trzy kompanie plus kompanię wsparcia, której miałem zostać dowódcą. Jednak nie udało się jej uformować ze względu na trudności ze zdobyciem ciężkiej broni. Uzyskanie moździerzy i ciężkich karabinów maszynowych było dla nas nieosiągalnym marzeniem. Całe nasze ciężkie uzbrojenie kończyło się na karabinie maszynowym MG42, MG44 albo browningach. Od czasu do czasu wydobywane były rusznice przeciwpancerne, które zakopano w czasie walk w 1939 roku. Ale zazwyczaj przechowywano je w złych warunkach i nie nadawały się do użytku.

Na początku zająłem się szkoleniami dotyczącymi: broni, terenoznawstwa, musztry - to było bardzo ważne. Później przechodziłem do wyszkolenia spadochronowego. Przeprowadzałem ćwiczenia w soboty i niedziele na terenach poza Warszawą - w Dębe Wielkim, Podkowie Leśnej. Nie było to łatwe, bo Niemcy kontrolowali dojazdy do Warszawy, tak że większa grupa wyjeżdżających zwróciłaby uwagę. Przedostawaliśmy się więc na te tereny różnymi środkami, co było bardzo trudne. Jeszcze bardziej skomplikowane było branie ze sobą broni, którą w mieszkaniach chowaliśmy w skrzynkach. Ale na ćwiczenia coś trzeba było wziąć. Więc łączniczki brały parę pistoletów lub pistoletów maszynowych do teczki i przewoziły. Mimo wszystko warunki podczas ćwiczeń mieliśmy dobre. Lepsze to niż zajęcia w pokojach.

Oprócz ćwiczeń przeprowadziliśmy szereg akcji dywersyjnych aż do momentu wybuchu powstania.

Zabieraliśmy samochody od wojska lub od cywilów niemieckich, którzy mieli je w dobrym stanie. Potrzebowaliśmy większych aut, czterodrzwiowych lub półciężarówek nadających się do akcji zbrojnych. Przeprowadziliśmy szereg zamachów na agentów i gestapowców, również większe akcje zbrojne, których celem było zdobycie potrzebnych materiałów, takich jak: odzież, buty, leki czy rowery.

 

Apteka Wendego

10 lipca przeprowadziłem świetną akcję na aptekę Wendego, która znajdowała się na Krakowskim Przedmieściu 55. To był bardzo trudny rejon, ponieważ znajdowało się w nim wiele wojska, gestapo, zmotoryzowana żandarmeria. Po otrzymaniu rozkazu przeprowadziłem intensywny wywiad. Apteka mieściła się w trzypiętrowej kamienicy. Na górnych piętrach odbywały się tajne komplety pod przykrywką szkoły czy jakiejś szwalni. Apteka znajdowała się na parterze, a magazyny w piwnicy. Personel był polski, ale apteka niemiecka, w ogóle niedostępna dla Polaków. Zmagazynowano tam bardzo dobre leki, które miały być przewiezione do szpitali polowych na front wschodni. Było tam dużo narzędzi chirurgicznych, leki znieczulające (morfina, kokaina). Oprócz tego znajdowały się tam środki nasercowe, krew różnych grup potrzebna do transfuzji, stoły operacyjne i inne medykamenty, których przeznaczenia nawet nie znałem. Ale miałem ze sobą lekarza, który był doradcą i wiedział, co należy brać. Moim zadaniem było opanowanie apteki. Do dyspozycji miałem samochód ciężarowy z kierowcą, grupę ośmiu ludzi, w tym trzy łączniczki. Dwie z nich stały na patrolach przy Koziej i Miodowej, a jedna miała zabrać dokumenty i odjechać z nimi. Jeżeli by tam padł choć jeden strzał, nie zostałby po nas ślad. W odległości 300 – 400 metrów od apteki znajdowały się tak duże posterunki niemieckie, że byli oni w sile około 1000 żołnierzy. Byli wszędzie. Z jednej strony posterunek, z drugiej posterunek, obok gestapo, dalej SS - to było niewiarygodne. Musiałem tę akcję zrobić po cichu. I tak zrobiłem. Dostałem od pułkownika Skiby oryginalną niemiecką receptę na środek znieczulający bóle, które miał mieć mój szef. Więc o 5.30 rano, z pistoletem pod cywilną marynarką, pomaszerowałem do apteki. To był najlepszy czas, „towarzystwo” jeszcze spało w łóżkach, niewielu ludzi na ulicy. Zadzwoniłem do dyżurnego aptekarza.

 

Powiedziałem po niemiecku:

- Mam tu receptę do apteki. Mój szef ma straszne bóle i trzeba mu dać lekarstwo.

Otworzył więc drzwi i powiedział, żebym wszedł do środka. Udawałem Niemca, miałem niemiecką swastykę w klapie świadczącą o przynależności do NSDAP. Mój język niemiecki był dobry i aptekarz najwyraźniej pomyślał, że jestem Niemcem. Wszedł do środka i zaczął przygotowywać receptę na swoim stole aptekarskim. Był do mnie odwrócony plecami. Po lewej stronie stał telefon. W kieszeni miałem już przygotowane kombinerki. Wyciągnąłem pistolet i powiedziałem po polsku:

- Niech pan podniesie ręce do góry. Mam rozkaz zabrania lekarstw. Nie chcę strzelaniny, więc niech się pan zachowuje.

Przeciąłem druty telefonu. Drugi telefon stał trochę dalej - w drugim pokoju. Również go odciąłem. W momencie gdy to robiłem, zadzwonił mój zastępca. Otworzyłem mu drzwi, wszedł do środka, a potem kolejno, w odstępach pięciominutowych zaczęli wchodzić pozostali moi ludzie i doktor. Po całej akcji, ciężarówką z eskortą, przewieźliśmy lekarstwa na Poznańską, reszta ludzi się rozproszyła. Na Poznańskiej znajdował się sklep owocowo-warzywny, w którym czekał na mnie już Skiba wraz z dwoma lekarzami. Ten sklep był przykrywką magazynu lekarstw. Tam wszystko zdeponowałem i własnoręcznie podpisałem protokół zdawczy.

 

Pałac Michla

Reakcja ludności cywilnej w pierwszych dniach powstania była wspaniała. Warszawiacy pomagali nam budować barykady, nosili ciężkie paki, kamienie i płyty chodnikowe. Kobiety gotowały nam obiady, przynosiły kawę, opiekowały się nami. Wszędzie wisiały flagi, na ulicach panował entuzjazm. To był wspaniały moment, byliśmy wolni w tej okupowanej Warszawie. Miasto było zamknięte niemieckim pierścieniem, ale mimo wszystko było wolne. Po naszym triumfie w pierwszych dniach powstania sytuacja na Woli zaczęła się zmieniać. Ja wtedy też miałem swój triumf spowodowany zaskoczeniem nieprzyjaciela w pałacyku Michla. 3 sierpnia byłem na patrolu przy ulicy Działdowskiej w byłej ubezpieczalni. Część tego budynku zajmowali Niemcy, a część była zajmowana przez nas. Miałem szczęście, ponieważ zdobyłem tam karabin maszynowy na Niemcach i musiałem się z tego domu ewakuować. Wycofując się, przeszedłem przez Wolską 40/42, gdzie stał bardzo mocny, dobrze zbudowany dom z żelazną bramą. Z tyłu znajdowały się młyny parowe Karola Michlera, właściciela tego domu. Na dole tego budynku mieściły się biura, a na pierwszym piętrze mieszkania. Doskonale nadawał się do pułapki na Niemców, którzy chcąc rozwalić barykadę na Wolskiej, musieli przechodzić przez ową posesję i obok murów fabryki Franaszka.

Dom Karola Michlera przy ul. Wolskiej 40.
Miałem dwunastu ludzi w fabryce Franaszka, i około dwudziestu w pałacyku Michla. Nasz plan był akceptowany przez dowódcę batalionu i przez zastępcę „Jeremiego”. Obaj aprobowali go. Miałem siedzieć tam w absolutnej ciszy i czekać na Niemców, żeby zaatakowali barykadę. Pierwsze trzy dni czekania były bardzo spokojne. Czwartego dnia wieczorem, w salonie na górze, zrobiliśmy sobie „wieczorynkę”. Był to wieczór poświęcony rozrywce. Zebraliśmy się wszyscy, a mieliśmy dużo gości, około 40 osób. Były łączniczki, sanitariuszki, moja grupa szturmowa i dowódca kompanii „Rafał”. Był też podchorąży „Ziutek”, mój dobry kolega. Tego wieczoru usiadł przy pianinie Bernstein i napisał słowa oraz melodię piosenki „Pałacyk Michla”. Zaczęliśmy ją wszyscy śpiewać. Ten utwór stał się naszym hymnem i ulubioną piosenką. Przesiedzieliśmy do późnych godzin nocnych w bardzo miłej i przyjacielskiej atmosferze. Mieliśmy kanapki, trochę wina, które zdobyliśmy na Niemcach. Ten dzień skończył się dobrze. Następny, 5 sierpnia, rozpoczął się już o szóstej rano. Kompania SS przeprowadzała szturm na barykadę przy Wolskiej. W pełnym szyku bojowym, w rozpiętych koszulach, z podwiniętymi rękawami poruszali się krokiem półbiegowym. Byli bardzo dobrze uzbrojeni w karabiny maszynowe, broń automatyczną. Mieli na sobie dużo granatów i amunicji. Gdy tylko znaleźli się w naszym zasięgu, dałem rozkaz - ognia. Między murem pałacyku Michla i murem fabryki Franaszka szedł ogień krzyżowy ze wszystkich luf. Oddział SS był bezbronny. Wykończyliśmy ich zupełnie. Leżeli ciężko ranni na środku ulicy, wyli z bólu, niektórzy chcieli uciekać. Trupy były wszędzie. Obraz makabryczny. Tak skończył się pierwszy szturm. Drugi był wspomagany czołgiem Pantera i większą liczbą wojska. Wzięło w nim udział około 200 – 300 żołnierzy niemieckich. Walka była trudna, ale jakoś dawaliśmy sobie radę. W pewnym momencie Niemcy wciągnęli do akcji jeszcze jeden czołg i zaczęli rozwalać mury, okna i bramę wejściową naszego budynku. Sytuacja robiła się gorąca, ale wciąż walczyliśmy. Między drugim a trzecim szturmem miałem trochę szczęścia. Wziąłem paru żołnierzy z pistoletami maszynowymi i wykończyliśmy małą grupę Niemców, którzy byli przy czołgu. Czołg nie mógł obrócić wieży naokoło. Znalazłem się w takiej sytuacji, że mogłem ich skosić pociskami z pistoletów automatycznych. To był duży sukces. W wyniku czwartego szturmu czołgi bezkarnie mogły wjeżdżać na dziedziniec, gdzie znajdowały się młyny parowe i bardzo potężne budynki. Obronę musieliśmy już prowadzić z tych budynków, bo dom był strasznie ostrzelany. Miał powybijane okna, dziury w ścianach, nie można było w nim dłużej wytrzymać. Z braku innych możliwości musiałem przegrupować oddział i wycofać się do końcowych magazynów. Gdy nastąpił piąty szturm, dostałem rozkaz, żeby się wycofać, ponieważ byłem z jednej strony otoczony. Jeszcze wytrzymywałem, ale sytuacja była beznadziejna. Nie mogliśmy się już bronić. Niemcy mieli przewagę ogniową, nam kończyła się amunicja. Nie mogłem już niczego zrobić przeciw czołgom. Walka skończyła się w tym czasie, kiedy pojawiła się niemiecka siła pancerna w większej ilości.

 

Szpital św. Jana Bożego

Ostatnie walki z moją grupą szturmową, na dzień przed moim zranieniem, stoczyłem na ulicy Żytniej 34. Walczyłem tam cały dzień i całą noc. Stamtąd mogłem ostrzeliwać Niemców, którzy przeskakiwali mur cmentarny i uciekali przed ostrzałem Batalionu „Zośka”. Mimo rozkazu o wycofaniu zostałem na Żytniej aż do 7 sierpnia. Wtedy przeszedłem na Gęsiówkę. Odpoczywaliśmy w barakach zajętych po esesmanach. Ranni zostali tam opatrzeni. Dostaliśmy coś do jedzenia, ponieważ nie jedliśmy już od dłuższego czasu. Otrzymałem rozkaz, aby rano, 8 sierpnia, razem z grupą szturmową oczyścić kaplicę Halpertów na Cmentarzu Ewangelickim. Stoczyliśmy tam walki z ludźmi z grupy Dirlewangera, którzy byli bardzo dobrze wyszkoleni. Mieli wspaniałą grupę strzelców wyborowych. Przeważnie byli to ludzie, którzy odsiadywali kary w Niemczech za przestępstwa kryminalne albo kłusownictwo. Zwolnieni na rozkaz Hitlera z obozów i więzień zostali wcieleni do tej grupy, która walczyła na froncie wschodnim w latach1942 – 1944. To byli bardzo twardzi żołnierze, zaprawieni do walki. Potrafili dobrze się kamuflować w terenie. Trudno było ich odnaleźć. Mieli technikę polegającą na strzelaniu w płyty cmentarne w taki sposób, że odłamki, które się odbijały od marmuru czy granitu, zabijały jak kule.

Niemcy mieli rozstawionych strzelców wyborowych, którzy nie strzelali do zwykłych żołnierzy, ale polowali na dowódców. Zabity dowódca przynosi katastrofę dla oddziału, ponieważ nie ma komu dowodzić. Snajper wybrał również i mnie. Musiał widzieć, że dowodziłem. Strzelił do mnie tak dokładnie, że trafił w brodę. Tylko jakieś dziwne poruszenie mojego ciała sprawiło, że kula wyszła bokiem, a nie z tyłu głowy, tak jak strzelec zaplanował. Oprócz tego dostałem dwa pociski w hełm. Jednak nie został on przestrzelony, choć kule spowodowały bardzo duże wgłębienia. Hełm uratował mi życie… Był 8 sierpnia. Po zranieniu na Cmentarzu Ewangelickim zostałem zabrany sanitarką do szpitala Jana Bożego. Wtedy na Woli jeździły dwie lub trzy takie sanitarki, które były w naszych rękach. Straciłem przytomność na dzień lub dwa. W szpitalu Jana Bożego była ogromna ilość rannych. Lekarze prowadzili operacje zanurzeni po kostki we krwi. Zasoby szpitala były bardzo małe. Aparaty rentgenowskie praktycznie nie istniały, więc zrobili mi prześwietlenie w innym szpitalu. Doktor, który wykonał zdjęcie, orzekł, że mam potrzaskaną kość w szczęce. Kula weszła w brodę i wyszła bokiem. To był pocisk, który rozbijał się na małe odłamki i te odłamki miałem wszędzie na twarzy i w kościach. Wymagało to transplantacji kości, jednakże taka operacja nie mogła być przeprowadzana w takich warunkach. Skończyło się na tym, że oczyścili to, co mogli, zostawiając te odłamki, które znajdowały się głęboko. Moja sytuacja była dramatyczna. Do tego miałem jeszcze spalony język i nie mogłem mówić. Przez wiele tygodni tylko pisałem kartki. Nie mogłem jeść. Przyjmowałem płyny najpierw przez nos, a potem miałem dzbanek z czubkiem, który przystawiałem sobie do ust. Dostawałem rozwodnioną kaszkę manną, kleiki, mleko albo po prostu wodę. Gdy szpital Jana Bożego był w coraz większym niebezpieczeństwie, bo Niemcy zaczęli go już zdobywać, mój dowódca „Rafał” zorganizował mi ewakuację. Ze szpitala Jana Bożego przetransportowano mnie samochodem półciężarowym na ulicę Freta. Tam był jakiś prowizoryczny szpital w prywatnym mieszkaniu doktora. Wstawili mnie i jeszcze paru innych chorych do tego mieszkania. Leżałem tam na jakimś tapczanie, obok stała biblioteczka, w której znajdowały się książki w skórzanych oprawach. Opiekowała się nami sanitariuszka, a raz dziennie przychodził doktor i sprawdzał nasz stan zdrowia. Rana w dalszym ciągu strasznie krwawiła i nadal nie mogłem nic mówić. Spalony język wyglądał paskudnie i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze będę mówił. Doktor też nie wiedział, jak dalej będzie się rozwijała moja choroba. Żyłem w ten sposób przez jakieś dwa tygodnie. Po tym czasie mój stan zaczął się trochę poprawiać. Co prawda wolno i z wielkim trudem, ale jednak mogłem mówić. Około 25 sierpnia mieszkanie na Freta zostało zbombardowane i przeniesiono mnie do innej kwatery, gdzie leżałem na podłodze. Rana cały czas ropiała, miałem zmieniane opatrunki, ale zacząłem się lepiej czuć. Mogłem sprawniej mówić i samemu wstawać. Przez 20 - 30 minut utrzymywałem się na nogach, co pozwalało mi samemu iść do toalety albo się umyć. Przyszedł okres, kiedy Starówka się poddawała. Przy pomocy dwóch żołnierzy i sanitariuszki, która się mną opiekowała, udałem się do włazu kanałowego przy placu Krasińskich. Nie pamiętam imienia tej sanitariuszki. Miała około 20 lat i była strasznie silna. Wędrówka kanałami trwała około 20 godzin. Do dnia dzisiejszego jest dla mnie zagadką, jak ja to zrobiłem. Jak ja to przeżyłem? Nie wiem. Były kanały, gdzie można było stać, wtedy jakoś dawałem radę. Ale były też takie odcinki drogi, że trzeba się było czołgać na łokciach i wtedy sanitariuszka i żołnierze ciągnęli mnie albo pchali. Wielu ludzi wariowało w tych kanałach. Było słychać potworne krzyki, biegały szczury, raz po raz kogoś gryząc. Dookoła leżały trupy, trzeba je było odciągać na bok. Wielu ludzi też się gubiło. Swoje życie zawdzięczam tym żołnierzom i sanitariuszce. Nie wiem, kim byli, ale jestem im wdzięczny, że mnie uratowali. Wyciągnęli mnie na lince z tego kanału w Alejach Ujazdowskich obok ambasady Bułgarii. Były tam sanitariuszki z Czerwonego Krzyża, które mnie umyły. Zdjęły ze mnie śmierdzące i brudne ubranie, całe zakrwawione. Dały mi spodnie, koszulę, kurtkę cywilną i na noszach zaniesiono mnie do tej ambasady. Tam w jakimś barłogu leżałem parę dni. We wrześniu wylądowałem w szpitalu na Marszałkowskiej 111 i tam przebywałem do końca powstania. W szpitalu odwiedził mnie dowódca okręgu Śródmieście por. Stanisław Lubański „Wit”. Opiekowali się mną dobrze. Mogłem jeść bez użycia dzióbka, ale tylko miękkie potrawy. W dalszym ciągu nie mogłem gryźć. Niestety z rany cały czas leciała ropa. Czasami przez dziurę w szczęce wylatywał jakiś odłamek.

 

Murnau

Gdy zbliżała się kapitulacja, porucznik Lubański powiedział, że dołączę do grupy, która będzie przechodziła obok Marszałkowskiej. 5 października ubrali mnie w ciepły płaszcz. Przyszedł jakiś kapitan i spytał, czy chcę iść z rannymi. Nie zgodziłem się. Powiedziałem, że rannych rozstrzeliwują. Dołączyłem do grupy zdrowych. Musieli trochę mi pomagać, bo nie mogłem maszerować. Doszedłem z grupą żołnierzy do Pruszkowa. W Ożarowie, w fabryce kabli, zostałem wsadzony do wagonu towarowego. Na wagonie było napisane, że można przewozić osiem krów albo osiem koni, a nas było siedemdziesięciu pięciu jeńców. W tym wagonie zostaliśmy przewiezieni do obozu przejściowego Lamsdorf (Łambinowice) i tam spędziłem dwa lub trzy tygodnie. Nie było miejsca w barakach, więc dwóch zdrowych żołnierzy wykopało dla mnie dół. Z jednym z nich zamieszkałem w tym dole. Miałem na sobie płaszcz i przykrywałem się plandeką. Gdy pogoda sprzyjała, mieliśmy sucho, ale kiedy padał deszcz, robiło się mokro. Spałem na siedząco lub na leżąco na wiązce siana bądź słomy. Żywiłem się zupami, które dostawaliśmy dwa razy dziennie, na obiad i na kolację. Chleb, który nam dawali, oddawałem temu żołnierzowi za zupę, bo ciągle jeszcze nie mogłem gryźć. Jakoś przetrwałem ten okres. Pewnego dnia zostałem przedstawiony komisji niemieckiej, która przydzielała do obozów. Dostałem przydział do oficerskiego obozu Murnau. Podróż powtórzyła się w takim samym bydlęcym wagonie, ale była dłuższa. Trwała tydzień. Jechaliśmy przez Norymbergę i Drezno. Po drodze mieliśmy postój w miejscowości, gdzie znajdowała się placówka Czerwonego Krzyża. Tam jakaś kobiecina zlitowała się nade mną i dała mi talerz zupy, który był dla mnie błogosławieństwem. Niestety w pociągu dali nam tylko pudełko sardynek i kawałek chleba, który zamieniłem na mleko.

Przywieźli mnie do Murnau. Od stacji do obozu musiałem przejść dwa kilometry. Przyjmując mnie, oficer obozowy zlitował się nade mną i zabrał mnie z placu, na którym stały oddziały jeńców, do izby chorych. Doktor obozowy zaczął się mną opiekować, zmieniał mi bandaże. Żadnej poprawy niestety nie było. Wdzierała się infekcja. Zbadał mnie laryngolog i powiedział, że muszę mieć jak najszybciej operację, bo będzie ze mną źle. Dodał, że zapiszą mnie do komendanta obozowego, którym był generał Tadeusz Kutrzeba i będą próbowali wydać dyrektywę, aby mnie przewieźć do Szwajcarii. Jednak Niemcy odmówili. Z otwartą raną, bez niezbędnej operacji, często bez podstawowych warunków higienicznych, wytrzymałem od 8 sierpnia 1944, aż do oswobodzenia obozu 23 kwietnia 1945 roku. Amerykanie gdy mnie zobaczyli, nie mogli zrozumieć, jak wytrzymałem tyle czasu. Tego dnia, kiedy obóz został oswobodzony, jakiś pułkownik podszedł do amerykańskiego dowódcy i powiedział, że ma rannego, który dosłownie „zdycha”. Dwadzieścia minut od oswobodzenia, niedługo po rozwaleniu bramy obozu byłem w sanitarce wiozącej mnie na lotnisko. Wsadzili mnie do samolotu i odtransportowali do Paryża, do głównego szpitala amerykańskiego. Tam mnie przyjęli, umyli, wydezynfekowali. Potem zrobili komisję lekarską złożoną z ośmiu oficerów wyższych stopniem, którzy orzekli, że powinienem trafić na oddział transplantacji kości i skóry. Takie oddziały były w Ameryce i Wielkiej Brytanii. Przyszedł do mnie jakiś pułkownik. Rozmawiałem z nim po angielsku, który znałem jeszcze z okresu przedwojennego. Zapytał , czy chcę jechać na operację do Ameryki, czy do Wielkiej Brytanii, bo musi być zrobiona jak najszybciej. Taka operacja była kwestią 6-8 miesięcy. Medycyna w tamtych czasach pozwalała na transplantację tylko własnej kości. Innej organizm nie przyjmował. Dlatego wyjęli mi kość z biodra. Potrzebna też była transplantacja skóry, żeby załatać dziurę w brodzie wielkości spodka. Powiedziałem temu pułkownikowi, że ze względu na pobyt Polskich Sił Zbrojnych na terenie Wielkiej Brytanii proszę o ewakuację do Anglii. Zgodził się. W Londynie był nasz Naczelny Wódz gen. Tadeusz Komorowski „Bór”, którego osobiście znałem, oraz gen. Stanisław Kopański. Wiedziałem, że oni się mną tam zajmą. Po tygodniu pobytu w głównym szpitalu amerykańskim, gdzie bardzo dobrze o mnie dbali, przyszedł czas wyjazdu. Dali mi nowy mundur, odzież wojskową i wystawili mi prowizoryczne dokumenty. Taką amerykańską kartę stwierdzającą mój stopień wojskowy. Samochód sanitarny odwiózł mnie na lotnisko, a tam już samolotem odleciałem do Londynu.

W Londynie skierowali mnie do polskich władz. Zameldowałem się w Głównej Kwaterze u gen. Kopańskiego, gdzie spędziłem sześć dni. W tym czasie pisałem sprawozdania ze swojej działalności w Armii Krajowej i w partyzantce. Pisałem meldunki i wypełniałem kwestionariusze. To była normalna procedura. Następnie przeszedłem komisję lekarską i tzw. potwierdzenie tożsamości. Dostałem legitymację oficerską i przydział do Ośrodka Zapasowego Brygady Spadochronowej, gdzie miałem służyć po operacji.

W Samodzielnej Brygadzie Spadachronowej gen. Sosabowskiego rok 1946.

Zameldowałem się w Szkocji. Tam po raz kolejny przeszedłem wszystkie formalności i stamtąd przekazano mnie do szpitala w północnej Szkocji, niedaleko Edynburga, gdzie zostałem gruntownie zbadany. Znalazłem się w grupie, która czekała na wolny pokój na oddziale transplantacji kości. Było wielu oczekujących i mało miejsca. Czekałem jakieś dwa tygodnie. Mój stan zdrowia się poprawiał, co dobrze rokowało przed operacją trwającą nawet do 10 godzin. Nie każdy taką operację wytrzymywał. Przykładem tego był młody lotnik, który tak samo jak ja miał strzaskaną szczękę przez odłamki. Zmarł na stole operacyjnym. Powiedzieli mi, że szanse na udaną operację są małe, ale istnieją. Mimo obaw zdecydowałem się.

Szpital miał wysoką renomę. Operowano w nim najcięższe przypadki. Widziałem młodego kapitana, który miał dolną szczękę prawie oderwaną. Tamtejsi chirurdzy przez trzy lata składali tę szczękę kawałek po kawałku. Byli tam też ludzie bez uszu, bez nosów. Moją operację przeprowadzili najlepsi chirurdzy. Zakończyła się pomyślnie. Biorąc pod uwagę tamte czasy, warunki miałem bardzo dobre.

Po operacji wracałem powoli do zdrowia. Spędziłem w szpitalu pięć miesięcy. Od września 1945 roku do lutego roku następnego. To był bardzo krótki okres. Lekarze mówili, że jestem fenomenem medycznym. Zastanawiali się, jak bez operacji wytrzymałem obóz i kanały. Myślę, zawdzięczałem to młodości, sile fizycznej i zahartowaniu, które nabyłem w partyzantce.

 

*Relacja jest fragmentem książki „Robiłem swoją robotę. Rozmowa z mjr. Januszem Brochwicz-Lewińskim „Gryfem”, Warszawa 2006. Książka wydana została staraniem Warszawskiej Straży Miejskiej.


odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl