| A A A |
<
 
>  

Leon Białecki

Rocznik 1927

Nauczyciel opisuje swoje prześladowania w latach 80. po tym, jak jeden z jego uczniów zawiesił krzyż w klasie szkolnej.


Prawie czterdzieści lat przepracowałem w zawodzie nauczycielskim w rodzinnej miejscowości w Szerokiej, dziś dzielnicy stutysięcznego Jastrzębia Zdroju. Zawsze starałem się, by moje postępowanie było przykładem dla dzieci i młodzieży w tutejszym środowisku.

W roku 1950 i w latach „odwilży”, poza nauczaniem języka polskiego, uczyłem religii, ponieważ brakowało katechetów. W pierwszym roku mojej pracy bez pytania mnie o zgodę, wpisano mnie do Związku Nauczycielstwa Polskiego i z listy płac potrącono składki na rzecz związku. Wykonywałem sumiennie obowiązki nauczyciela i wychowawcy, dlatego po 25 latach władze szkolne przyznały mi Złoty Krzyż Zasługi, a pod koniec pracy wpisano mnie do Złotej Księgi Zasłużonych miasta.

 Nie zdjąłem krzyża

W listopadzie 1980 roku z mojej inicjatywy w SP nr 18 w Jastrzębiu- Zdroju powstało Koło Szeroka „Solidarność” skupiające ponad trzydzieści osób. Później zostałem wiceprzewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Jastrzębiu Zdroju – sekcja pracowników oświaty i wychowania. Pełniąc tę funkcję, włączyłem się z zapałem w nurt działalności nowego związku – mojego związku zawodowego. Zaraz na początku powstania „Solidarności” wystąpiłem z ZNP. To zaangażowanie w pracę na rzecz „Solidarności” spowodowało dla mnie przykre następstwa. Wszystko zaczęło się w marcu 1984 roku. Na polecenie dyrektorki zobowiązano nauczycieli do zamykania klas na klucz, by uczniowie nie mogli zawiesić krzyży w salach lekcyjnych. Tu warto wspomnieć, że corocznie malowano klasy i przy tej okazji zdejmowano symbole religijne. W czasie mojego dyżuru pozwoliłem choremu uczniowi wejść do klasy, następnie poszedłem pełnić dyżur na drugim końcu korytarza nowej, dużej szkoły, skupiającej około tysiąca uczniów. W tym czasie uczeń przebywający w klasie otworzył od wewnątrz salę i umożliwił kolegom zawieszenie krzyża. Wtedy zaczęła się dla mnie gehenna trwająca do końca roku szkolnego.

Dyrekcja powiadomiła władze oświatowe miejskie i wojewódzkie. Do szkoły przybyli funkcjonariusze MO, pani inspektor i władze z kuratorium oświaty z Katowic. Zaczęły się pytania, dochodzenia, groźby i zastraszanie. Żądano, bym zdjął krzyż. Jako człowiek wierzący, nie mogłem tego zrobić. Raz obiecywano mi przyznanie Krzyża Kawalerskiego, raz grożono konsekwencjami, jeśli nie wykonam rozkazu. Następowały częste wezwania do biura dyrekcji i inspektoratu. Naciski i nękania były tak silne, że dwukrotnie miałem zawał serca i jeden stan przedzawałowy. Uważano mnie za inicjatora zawieszania krzyży w jastrzębskich szkołach. Żyłem w ciągłym napięciu. Pani dyrektor stosowała wobec mnie mobbing w pełnym tego słowa znaczeniu. Codziennie, bez zapowiedzi, na przemian ze swoją zastępczynią, wchodziła do klasy, kontrolowała zapisy i tekst na tablicy. Koledzy i koleżanki, z którymi zawsze łączyły mnie przyjazne i życzliwe stosunki przed wspomnianym wydarzeniem, stronili ode mnie, by nie narazić się władzom. Czułem się jak trędowaty w mojej szkole. Mimo to, krzyż wisiał nadal na frontowej ścianie, obok godła. Sprzyjający mi lekarz proponował mi zwolnienie lekarskie do końca roku szkolnego ze względu na stan zdrowia. Nie mogłem z tego skorzystać, bo uczyłem języka polskiego w trzech równoległych klasach ósmych. Musiałem zrealizować materiał nauczania i przygotować uczniów do egzaminów wstępnych do szkół ponadpodstawowych. Dano mi do zrozumienia, że mogę przejść na wcześniejszą emeryturę. Złożyłem podanie z myślą, że jako emeryt będę mógł uczyć choć kilka godzin, tym bardziej, że szkoła nie miała innego polonisty. Niestety powiadomiono mnie, że nie mogę być zatrudniony w żadnej jastrzębskiej szkole. Mało tego, wszystkie dotychczasowe arkusze spostrzeżeń zawierające wysoką ocenę mojej pracy zostały zniszczone. Założono nowe, z jedną notatką: „Osiągnął słabe wyniki nauczania”.

W połowie czerwca pani inspektor przybyła do szkoły i na zwołanej odprawie w obecności nauczycieli oświadczyła: „Udzielam nagany nauczycielowi Leonowi Białeckiemu za niskie morale, za złamanie zasad etyki zawodu nauczycielskiego i za niewykonanie polecenia władz oświatowych”.

Na szkodę Polski Ludowej

W 1985 roku wezwano mnie do biura SB w Jastrzębiu Zdroju. Misternie sfabrykowano zarzuty, że moja rodzina nielegalnie pobiera kartki żywnościowe i zasiłek na kształcącego się syna na wyższej uczelni. Funkcjonariusz SB Leszek Wądolny podsunął mi najpierw do podpisania oświadczenie stwierdzające, że treść rozmowy z nim nie będzie przekazana osobom trzecim. Polecenie wykonałem. Uruchomił magnetofon i odczytał wspomniane wyżej zarzuty. Zadawał dalsze pytania: „Dlaczego wstąpiłem do Solidarności”, „Czy to prawda, że założyłem koło Solidarności w szkole”, „Jaka tematyka była omawiana na spotkaniu organizowanym przez tutejszego księdza dla nauczycieli z kilku szkół” itd. Nie było nic do ukrycia, mówiłem prawdę. Po rozmowie funkcjonariusz stwierdził, że działałem na szkodę Polski Ludowej. Oświadczył, że zostanę aresztowany i wywieziony do ośrodka odosobnienia w Bieszczadach lub będę musiał zapłacić 900 tys. zł kary. Była to na owe czasy zawrotna suma. Moje miesięczne wynagrodzenie wynosiło wtedy 21 tys. zł. Był to dla mnie ogromny szok. Widząc moje przerażenie, funkcjonariusz oznajmił, że jeśli podpiszę umowę o współpracy, wszystko będzie mi darowane, z tym że co dwa tygodnie powinienem się zjawiać w jego biurze i relacjonować, jakie zamiary i plany mają działacze „Solidarności” w Jastrzębiu Zdroju, o czym mówią na kazaniach księża. Bez namysłu odparłem, że oświadczenia o współpracy nie podpiszę. Z wielkim rozżaleniem dodałem, że w czasie okupacji niemieckiej prześladowano mnie za to, że jestem Polakiem, a teraz w ojczyźnie spotyka mnie to samo. Dał mi do namysłu dwadzieścia minut i odszedł. Kiedy wrócił, powiedziałem, że nic nie podpiszę. Zażądał dowodu osobistego, spisał moje dane i oznajmił, że po kilkunastu dniach otrzymam wezwanie na rozprawę sądową.

Dzięki wstawiennictwu życzliwych ludzi nie zabrano mnie do więzienia i nie musiałem zapłacić kary. W ciągu czterech następnych lat miałem przeświadczenie, że jestem śledzony. Nagana za niskie morale i „wilczy bilet” uniemożliwiły mi pracę w jastrzębskich szkołach.

Kryptonim: Literat

Już w wolnej Polsce, po 19 latach, otrzymałem teczkę z IPN-u w Katowicach, którą prowadziło SB przez cztery lata. Główny zarzut postawiony w niej brzmi: „W miejscu pracy prezentuje negatywny stosunek do polityki PZPR i rządu. W klasopracowni języka polskiego, której jest opiekunem, w dniu 14 marca 1984 roku został zawieszony krzyż przez uczniów klasy VI b za jego aprobatą. […] W związku z powyższym w/w zostanie objęty kontrolą operacyjną w ramach operacyjnego sprawozdania krypt. „Literat”.

W teczce są nazwiska prowadzących sprawę: kpt. H. Podsiadło, sierż. H. Brożyna, ppłk. A. Wandzel, Leszek Wądolny. Jest też wykaz osobowych źródeł informacji, które były dostarczane funkcjonariuszom. Nazwiska dwóch agentów IPN mi ujawnił. Pragnę nadmienić, że nigdy tych osób nie znałem i nie widziałem.

Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wydała mi zaświadczenie o statusie człowieka pokrzywdzonego w rozumieniu art. 6 w/w ustawy. Po ponad dwudziestu latach, a więc w wolnej i niepodległej Polsce zwróciłem się z prośbą do obecnej dyrektor Kuratorium Oświaty we Katowicach delegatura w Rybniku, o anulowanie nagany udzielonej przez nią w czerwcu 1984 roku. Otrzymałem odpowiedź, że naganę uważa się za niebyłą po rocznej nienagannej pracy w szkole. Cały problem tkwi w tym, że mając „wilczy bilet” nie mogłem się wykazać nienaganną pracą w szkolnictwie na terenie Jastrzębia Zdroju, zatem nagana istnieje nadal.  

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl