| A A A |
<
 
>  

Bogdana Jakubowicz

Rocznik 1932

Historia życia w dwóch totalitaryzmach Polki, Bogdany Jakubowicz.

Zemsta za powstanie wielkopolskie

Moje wspomnienia związane z przeżyciami doznanymi w czasie, gdy byliśmy uciskani przez reżim, najpierw hitlerowski, potem sowiecki, zacznę od wybuchu II wojny światowej. Miałam siedem lat, gdy gestapo aresztowało mojego ojca m.in. za to, że walczył w powstaniu wielkopolskim. Był dowódcą bitwy pod Szubinem, gdzie powstańcy odnieśli zwycięstwo nad Niemcami (przebieg tej bitwy wraz ze zdjęciami ukazał się w regionalnej gazecie, którą mój brat po śmierci ojca wraz z innymi dokumentami i pamiątkami przekazał do muzeum). Ojciec podczas przesłuchań niczego nie ukrywał, odpowiadał na pytania szczegółowo, mimo że mógł udawać, że nie pamięta, bo przecież od tamtych wydarzeń minęło wtedy dwadzieścia lat. Szczycił się tym, że walczył o wolność ojczyzny, pokonał wroga, nie wypierał się swego patriotyzmu. Wtedy tego nie rozumiałam, ale kiedy byłam starsza dotarło do mnie, że to świadectwo obywatelskiej przyzwoitości ojca mogło zakończyć się dużo gorzej. Gestapo wypuściło go do domu, ale zrobiono u nas rewizję, w czasie której przeżyliśmy grozę. W piwnicy, w stercie węgla, ojciec ukrył radio, swoje mundury wojskowe i broń. Gdyby to odkryto, wyrok byłby tylko jeden – śmierć. Nakazano ojcu milczenie i spakowanie się. Matka uspokajała mnie, że tak trzeba i że wszystko będzie dobrze. Pamiętam ciągłe wycie syren, alarmy, zejścia do schronu, wybuchy bomb i to, że musiałam chodzić do szkoły, gdzie początki mojej edukacji były po niemiecku.

Skończyło się to pewnego listopadowego wieczoru. Niemcy wtargnęli wtedy do naszego mieszkania, wyrzucili na ulicę, gdzie załadowano nas do ciężarówki. Było tam bardzo ciasno. W obozie przejściowym byliśmy około dwóch tygodni (osobno ojciec, osobno matka ze mną). Potem załadowano nas do wagonów towarowych i znów w ścisku i zimnie wozili nas kilka tygodni od miasta do miasta, aż wreszcie w grudniową noc wysadzili nas na peronie dworca kolejowego w Ostrowcu Świętokrzyskim. Sami mieliśmy sobie poszukać mieszkania i pracy. To było bardzo trudne, bo takich wysiedleńców jak my, było bardzo wielu i miejscowe władze nie mogły nam pomóc. Działalność rozpoczęły organizacje charytatywne, m.in. Caritas. Były tam wydawane posiłki i żywność.

 Trzy kilometry po zupę

Mieszkaliśmy wtedy za miastem, blisko lasu, za wałem przeciwpowodziowym, który ciągnął się przez trzy kilometry. Rodzice wysyłali mnie z menażką po zupę i chleb. Zanim doszłam z tym do domu, zupa była zamarznięta, a ja skostniała z zimna. Bardzo się bałam w czasie tych codziennych wypraw, a szczególnie, kiedy rzeka wylewała. Widziałam tylko wodę, a głód potęgował jeszcze strach, czy dotrę cało do domu, gdzie czekano na to marne, czasami jedyne jedzenie w ciągu dnia.

Ojciec długo nie miał pracy, byliśmy bez środków do życia. Po jakimś czasie zatrudniono go u Niemca w wytwórni wódek tylko dlatego, że znał niemiecki. Niedługo dostaliśmy też mieszkanie położone koło posiadłości pracodawcy, bo ojciec musiał być o każdej porze dnia i nocy do dyspozycji.    

Bogdana Jakubowicz z bratem Maciejem na podwórzu domu w Ostrowcu Świętokrzyskim, 1943 r.

Matka rozpoczęła tajne nauczanie dzieci i młodzieży z okolicznych rodzin. Nie było podręczników ani żadnych innych pomocy do nauki. Pamiętam, że można było kupić tzw. „Płomyczki” wydawane po polsku i one właśnie były podręcznikami. Rodzice niektórych dzieci mieli różne książki, które czytaliśmy na lekcjach. Przymusowo musieliśmy chodzić do szkoły, gdzie uczono nas po niemiecku. Po wojnie zaświadczenia napisane przez matkę odręcznie były uwzględniane przy zapisach do wyższych klas. To tajne nauczanie, które prowadziła matka (była absolwentką seminarium nauczycielskiego) było bardzo ryzykowne, gdyż w razie odkrycia przez Niemców, wywieziono by ją do obozu koncentracyjnego. Matka jednak wypełniała swoją misję w poczuciu obywatelskiego obowiązku mając świadomość zagrożenia.

Ja też miałam mały udział w działalności patriotycznej poprzez wielokrotne doręczanie z matką lub ojcem meldunków od łączniczki AK, która mieszkała w naszym domu, do dowódcy oddziału partyzanckiego stacjonującego w lesie. Kilka razy nawet sama szłam na skraj lasu w czasie, gdy kule świstały mi nad głową, a blisko było słychać wystrzały z armat. Było to w czasie, gdy front się przesuwał to w jedną, to w drugą stronę. Raz panowali nad Kamienną Niemcy, raz Rosjanie. Z tamtego okresu pamiętam też zdarzenie, które przez długi czas było dla mnie szokiem.

 Mogliśmy zginąć przez rosół z kury

Oddział wojska radzieckiego opanował miasto, pod nasz dom zajechał samochód ciężarowy załadowany amunicją i bronią. Wysiadło z niego kilku żołnierzy z dowódcą, który miał karabin na sznurku. Bardzo mi to dziwnie wyglądało, kiedy sobie przypomniałam, jak prezentował się mój ojciec w mundurze. Ale tragizm tego wydarzenia polegał na tym, że ten oficer wycelował w nas tym karabinem żądając jedzenia. Matka musiała dać na stół wszystko, co było w domu. Kazał złapać jeszcze kury sąsiadki i ugotować rosół. Jedli go bez łyżek pijąc z talerza, a mięso szarpali rękami. Karabin leżał cały czas na stole skierowany w naszą stronę. Niemcy wypatrzyli ten samochód pod naszym domem. Żołnierze radzieccy zdążyli uciec przed ostrzałem, ale kilka pocisków spadło na podwórze, rozwaliło płot, studnię i ganek, posypały się szyby i dachówki. Strachu było co niemiara, mogliśmy przecież zginąć przez to, że nasi sojusznicy i wyzwoliciele upatrzyli sobie nasz dom na miejsce posiłku i odpoczynku. Przeżyliśmy, ale fakty te odcisnęły się wielkim piętnem na naszej, szczególnie na mojej, psychice. Miałam dopiero 12 lat.  

Bogdana Jakubowicz z rodzicami. Ostrowiec Świętokrzyski, 1944 r.

 

Ubek w mieszkaniu, ZMP w szkole

Gdy wojna się skończyła, pierwszym transportem zorganizowanym dla wysiedleńców wróciłam z rodzicami i bratem, który urodził się w 1942 roku, do Poznania. Nasze mieszkanie opuszczone w 1939 roku zajął funkcjonariusz UB. Nie było szans, abyśmy je odzyskali, bo przecież mój ojciec był wrogiem klasowym, byłym oficerem Wojska Polskiego w randze kapitana, powstańcem wielkopolskim. Dopiero po wyroku sądu, ten pan musiał nam oddać nasze rzeczy i przedmioty z mieszkania, na które matka miała dowody, że był to jej posag. Zabraliśmy to, co nam łaskawie oddał i zamieszkać w domu moich dziadków na strychu. Latem był tam upał niemiłosierny, a zimą w szamotowym piecyku trzeba było palić całą dobę, bo bez żadnego ocieplenia temperatura była taka jak na dworze. Dopiero w latach 50. matka dostała przydział na mieszkanie kwaterunkowe: dwa pokoje plus jeden pokój jako powierzchnia dodatkowa przysługująca osobie pracującej w kuratorium, kuchnia i łazienka wspólna dla trzech rodzin. Było to bardzo uciążliwe, gdyż jedna ze współlokatorek była osobą psychicznie chorą. Było to jednak lepsze niż mieszkanie u dziadków na strychu.

Przeżyciem, które też było dla mnie objawem przemocy i doznaniem krzywdy w ojczyźnie, która miała być wolna, było to, że po kilkuletniej przynależności do harcerstwa, musiałam zapisać się do ZMP, co było warunkiem do dostania się do Liceum Medycznego o kierunku aptekarskim. Było to zupełnie sprzeczne z moimi przekonaniami, tradycjami rodzinnymi i historycznymi, ale ponieważ było warunkiem możliwości uczenia się w wybranym zawodzie, musiałam z bólem serca zostać członkiem tej organizacji. Gdy w młodzieńczo bezmyślny sposób chciałam się wykręcić od niesienia w czasie pochodu pierwszomajowego transparentu, niewiele brakowała, a nie zostałabym niedopuszczona do matury. Upiekło mi się po interwencji matki w kuratorium. Bardzo też przeżyłam to, że przez trzy kolejne lata nie zostałam przyjęta na studia z powodu swego pochodzenia. Odmowy były oczywiście bardzo pokrętnie umotywowane. Po ukończeniu szkoły obowiązywał mnie tzw. nakaz pracy.

Wyjechałam z domu rodzinnego. Jakiś czas temu zmarł brat, bratowa, rodzice, a ja zostałam sama ze swoimi przeżyciami i wspomnieniami, którymi można by obdzielić kilka osób. Jak cofam się myślami w lata, które minęły, to przypominam sobie też to, co działo się za PRL-u. Mój młodszy syn ukończył szkołę chorążych, cywilne studia wyższe o kierunku kultura i został kierownikiem klubu w jednostce wojskowej. Gdy wprowadzono stan wojenny, wiele osób internowano, wielu aresztowano, liczne osoby zwolniono z pracy. W wojsku też były różne sytuacje zagrażające życiu. Syn przez tydzień nie mógł opuścić jednostki, nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje. Gdy wrócił do domu, aby się wykąpać i przebrać, na drzwiach swojego mieszkania zastał wymalowaną farbą szubienicę. On i wielu jego kolegów było przygotowanych na najgorsze. Ja, gdy musiałam pojechać do syna odebrać ważne dokumenty, byłam zmuszona przedłożyć przepustkę z urzędu miasta i wrócić do domu przed godziną policyjną. Po drodze byłam kontrolowana, na miejscu żądano ode mnie podania powodów mej podróży, stawienia się w urzędzie po powrocie do domu.

To wszystko, co wyżej opisałam tak do końca i jednoznacznie nie było przejawem bohaterstwa, wymagało jednak odwagi, przyzwoitości i praworządności. Wspomnienia te są przekrojem mego życia, 75-letniej osoby, w dwóch systemach totalitarnych, której dzieciństwo, młodość i dojrzałość potoczyłyby się na pewno inaczej gdyby nie koło historii, które obracało się w niewłaściwych kierunkach.

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl