| A A A |
<
 
>  

Mieczysław Kieliszewski

Rocznik 1916

Losy polskiego żołnierza związanego z Szarymi Szeregami, aresztowanego za działalność konspiracyjną i przebywającego w kilku niemieckich obozach koncentracyjnych.


Droga do Szarych Szeregów

3 marca 1939 roku rozpocząłem czynną służbę wojskową w Zapasowej Kadrze 7. Szpitala Okręgowego w Poznaniu. W wojnie obronnej 1939 roku uczestniczyłem w szeregach Kompanii Sanitarnej 14 Dywizji Piechoty wchodzącej w skład Armii Poznań. Dowódcą kompanii był por. rez. dr med. Stanisław Winter. Po przegranej bitwie nad Bzurą dostałem się do niewoli niemieckiej pod Iłowem koło Sochaczewa. Jako jeniec wojenny przebywałem pierwotnie w Żychlinie, a następnie w Łodzi. Podczas transportu kolejowego wiozącego jeńców z Łodzi w głąb Rzeszy na przymusowe roboty uciekłem z pociągu towarowego w okolicach miejscowości Sośnie koło Ostrzeszowa. Było to możliwe dzięki temu, że na jednej ze stacji kolejowych, na której pociąg przystanął (prawdopodobnie w Ostrowie Wielkopolskim) polscy kolejarze pozrywali plomby po zewnętrznej stronie drzwi wagonów, w których byliśmy zamknięci. Z powodu masowość tej ucieczki, nie była ona w pełni udana. Nie udało mi się uciec i znalazłem się w Ostrowie Wielkopolskim, a następnie w Ostrzeszowie oraz w dalszym etapie w Antoniewie koło Skoków (budynek dawnego Zakładu Wychowawczego dla młodzieży). Po pewnym czasie zostaliśmy przetransportowani do Szubina, a nasze miejsca w Antoniewie zajęli jeńcy angielscy.

W czasie pobytu w obozie jeńców wojennych w Antoniewie od listopada 1939 r. do kwietnia 1940 r. byłem zatrudniony w obozowej izbie chorych jako sanitariusz w siedmioosobowej obsadzie, na czele której stał dr med. Stanisław Winter – dowódca kompanii sanitarnej z okresu wojny obronnej. On to w okresie pobytu mego w Szubinie zakwalifikował mnie jako „chorego na serce” i na tej podstawie, po zaakceptowaniu diagnozy przez lekarza niemieckiego, zostałem zwolniony do domu w dniu 10.06.1940 r.

Mieszkając w Poznaniu u rodziców zmuszony byłem, w każdą niedzielę w godzinach przedpołudniowych, meldować się jako były jeniec wojenny w komisariacie policji niemieckiej. Meldowanie polegało na tym, że w zeszycie niemiecki policjant wpisywał datę meldowania i przykładał pieczęć komisariatu. W lipcu 1940 r. zostałem powiadomiony przez kolegę z 20 Poznańskiej Drużyny Harcerskiej (której byłem członkiem od 1930 r.), że pragnie spotkać się ze mną hm Franciszek Firlik. Wyznaczył mi termin i miejsce spotkania w Parku Marcinkowskiego, obok siedziby poznańskiego gestapo. Franciszek Firlik był mi osobiście znany w okresie międzywojennym z pracy harcerskiej, a ponadto - jako kolega szkolny brata mego Franciszka - bywał często w domu naszych rodziców. W tamtym okresie Franciszek Firlik pełnił funkcję komendanta Szarych Szeregów – Wielkopolskiej Chorągwi ZHP, pracującej w podziemiu. Po rozmowie na tematy ogólne, m.in. na temat przebytej kampanii wojennej, niewoli itp., poinformował mnie o istnieniu w Poznaniu „Szarych Szeregów” i zaproponował mi pracę w tej organizacji. Propozycję tę przyjąłem i współpracując blisko z komendantem Franciszkiem Firlikiem oraz z kierownikiem środowiska drużyn gimnazjalnych phm. Ryszardem Nieborakiem dotrwałem do czerwca 1941 r., tj. do chwili aresztowania hm Franciszka Firlika. Po tym wydarzeniu przerwałem na pewien czas działalność konspiracyjną, ale ponieważ nie było żadnych dalszych aresztowań (co świadczy o godnym zachowaniu się komendanta hm. Franciszka Firlika), podjąłem bliską współpracę z phm Ryszardem Nieborakiem, który był w tamtym okresie kierownikiem środowiska drużyn szkół gimnazjalnych w Poznaniu, a następnie mianowany został komendantem drużyn harcerskich w Poznaniu. Aresztowano go 5 lutego 1944 r. i stracono w obozie koncentracyjnym w Żabikowie koło Poznania 22 czerwca 1944 r.

Obóz harcerski 20 Poznańskiej Drużyny Harcerskiej w Borach Tucholskich w 1939 r. Trzeci od prawej stoi Władysław Napierała.

Książek nie będę czytał

Za działalność konspiracyjną w Szarych Szeregach zostałem 18 lutego 1944 r. aresztowany. Aresztowanie nastąpiło w miejscu pracy przy ul. Składowej 13/18 na 5 minut przed zakończeniem pracy. Z miejsca aresztowania zostałem przewieziony samochodem osobowym w towarzystwie dwóch cywilów-gestapowców do siedziby poznańskiego gestapo przy ul. Rycerskiej (obecnie ul. Niezłomnych, w budynku mieści się teraz m.in. Teatr Muzyczny). Tam zostały spisane moje personalia i zabrano posiadane przeze mnie przedmioty m.in. okulary. Kiedy prosiłem o ich pozostawienie odpowiedziano mi, że książek nie będę czytał. Tego samego wieczoru zostałem wraz z innymi, w tym z liczną grupą harcerzy, przewieziony do obozu w Żabikowie, gdzie po przeprowadzeniu dezynfekcji ubrań, kąpieli i ponownym spisaniu przedmiotów zabranych uprzednio w gestapo (udało mi się odzyskać okulary) zostaliśmy przewiezieni do Fortu VII w Poznaniu. Przebywałem tam do 18 kwietnia 1944 r. W tamtym czasie byłem przewożony do gestapo na przesłuchania, a także miałem konfrontację z moim najbliższym współpracownikiem z Szarych Szeregów, na zakończenie której otrzymałem 25 uderzeń bykowcem - koledzy z celi przykładali mi zimne kompresy, ale jeszcze przez kilka dni miałem wyczuwalne pręgi na ciele.

W drugim miesiącu pobytu w Forcie VII zostaliśmy zatrudnieni do produkcji pasów papierowych wykonywanych ze skrawków papieru pergaminowego maczanego uprzednio w wodzie. Praca ta spowodowała rywalizację i współzawodnictwo, bowiem ogłoszono, że trójka więźniów, która wykona największą liczbę wspomnianych pasów otrzyma dolewkę zupy. Sytuacja ta w znacznym stopniu zepsuła dobrą atmosferę panującą w celach, a także spowodowała duże zawilgocenie i tak już wilgotnych cel.

Z uwagi na likwidację fortu jako miejsca kaźni tysięcy Wielkopolan i przeznaczenie go na fabrykę części do samolotów firmy Focke-Wulff, 18 kwietnia 1944 r. opuściłem, jako jeden z ostatnich, fort i zostałem przewieziony do obozu śledczo-karnego zlokalizowanego w barakach w Żabikowie koło Poznania. Towarzyszyli mi więźniowie z izby chorych fortu. Wówczas to po raz pierwszy zobaczyłem ludzi-muzułmanów (skrajnie wychudzeni, wycieńczeni, chorzy, niezdolni do pracy więźniowie), z których dwóch zmarło w samochodzie na trasie przejazdu wynoszącej około 15 kilometrów. Zarówno w Forcie VII jak i w Żabikowie więźniowie nie byli oznaczani numerami.

Po dziesięciu dniach pobytu w Żabikowie zostałem zakwalifikowany do komanda Fligerhorst składającego się ze stu więźniów budujących pasy startowe na lotnisku w Poznaniu-Ławicy. Z obozu do miejsca pracy, jak i z powrotem przewozili nas samochodami ciężarowymi żołnierze-lotnicy, którzy sprawowali nadzór nad budową i nad nami. Przekazywanie nas przed bramą obozu przed i po pracy odbywało się po przeliczeniu nas i pokwitowaniu.

 

Gross-Rosen – 1715

25 czerwca 1944 r. zostałem przewieziony do obozu Gross-Rosen transportem kolejowym. Po przyjęciu transportu, kąpieli, dezynfekcji, ostrzyżeniu i spisaniu personaliów otrzymałem numer 1715. Przez pierwsze trzy dni zamieszkiwałem w baraku nr 10.

W bloku otrzymałem cywilne ubranie pomalowane pasami czerwonej farby na plecach, ramionach i spodniach oraz drewniaki. Wraz z 24-osobową grupą radzieckich jeńców wojennych zostałem po trzech dniach pobytu w baraku nr 10 skierowany do baraku nr 20. Po dziesięciu dniach pobytu zachorowałem na silną grypę i zostałem skierowany do izby chorych. Przeleżałem tam trzy tygodnie, korzystając z wielkiej pomocy dr. Kazimierza Białego, który dostarczał mi dodatkowych porcji chleba, a także przetrzymał mnie tam dłużej niż wymagał tego stan mego zdrowia. Po powrocie do bloku nr 20 zostałem przydzielony do komanda niepracujących Stehkomando, które całymi dniami - bez względu na pogodę - stało w pobliżu basenu z wodą przeciwpożarową. Z pobytu w bloku nr 20 posiadam listy pisane do najbliższych z dnia 25.07.1944 r., 17.09.1944 r., 1.10.1944 r. Po badaniach lekarskich polegających na przejściu bez ubrania i bielizny przed komisją lekarską, zostałem zakwalifikowany do pracy w komandzie Blaupunkt. Komando to zlokalizowane zostało w podziemiach rewiru 3, a jego pracownicy-więźniowie zakwaterowani zostali w bloku nr 5, z którego posiadam korespondencję pisaną w dniach 22.10.1944 r., 5.11.1944 r., 3.12.1944 r., 17.12.1944 r. oraz kartkę pocztową pisaną w dniu 7.01.1945 r.

Przebywając w obozie Gross-Rosen brałem udział jako widz w jasełkach w ostatnie obozowe Święta Bożego Narodzenia, a także pamiętam blocksoperę ogłoszoną w drugi dzień Świąt na skutek wykrycia zamiaru zorganizowania ucieczki z obozu przez grupę więźniów. Od 26.01.1945 r. komando Blaupunkt do pracy więcej nie chodziło. Urządzenia warsztatu Niemcy wywieźli z obozu.

 

Nordhausen – 117070

8 lutego 1945 r. gestapowcy zabrali w godzinach rannych liczną grupę więźniów poza teren obozu do kopania rowów przeciwczołgowych. Byłem i ja w tej grupie. Kiedy w godzinach południowych powróciliśmy do obozu okazało się, że obóz był już prawie pusty, gdyż większość więźniów została już ewakuowana. Nas zaprowadzono na plac apelowy, spisano nasze numery, wydano na placu obiad oraz dodatkowe porcje chleba, margaryny i kiełbasy (racje żywnościowe na trzy dni) i około godziny 15 pod silną eskortą gestapowców z psami opuściliśmy obóz. W moim baraku mieszkalnym, do którego już nie mogłem wejść, pozostała paczka żywnościowa przygotowana na czas ewakuacji. Niestety, przepadła. Przy bramie wyjściowej gestapowcy zabierali więźniom koce i płaszcze. Na stacji kolejowej Gross-Rosen oczekiwały na nas otwarte wagony kolejowe (węglarki), do których zostaliśmy załadowani. W wagonie, w którym się znalazłem było 65 więźniów. Około godz. 23 pociąg opuścił stację Gross-Rosen. Dojechał do Legnicy i po krótkim postoju wracał do Gross-Rosen, a potem pomknął przez Śląsk, Drezno, Lipsk. Po czterech dniach i nocach podróży w mrozie i przy padającym śniegu, w nocy z 12 na 13 lutego 1945 r. dojechaliśmy do stacji kolejowej Nordhausen. W czasie tej podróży w naszym wagonie zmarło dwóch współwięźniów. Ciała zmarłych i zamarzniętych każdego ranka wynoszono do ostatniego wagonu. U celu podróży było w tym wagonie podobno około 200 ciał. Po wyładowaniu zmarłych i przeniesieniu ich do samochodów przeszliśmy pieszo do nowego miejsca zamieszkania w Nordhausen. Było to dnia 13.02.1945 r. około godziny 10.

Nasz nowy obóz zlokalizowany był w ogromnych garażach wojskowych o betonowej posadzce pokrytej cienką warstwą sieczki (podrobiona słoma). W dniu przyjazdu nie otrzymaliśmy żadnego pożywienia. Dopiero następnego dnia rano otrzymaliśmy puszkę kawy i po kilogramowej konserwie na pięć osób, a wieczorem wspaniały obiad – miskę gęstego makaronu z ziemniakami gotowanymi w mundurkach. Przez dwa tygodnie pobytu w tym obozie nie widzieliśmy kawałka chleba. Na śniadanie i kolację otrzymywaliśmy po 2-4 gotowane ziemniaki w mundurkach (ilość zależna od wielkości) oraz puszkę kawy na 4-5 osób. Na obiad pierwotnie ¾ litra, a następnie już tylko pół litra rzadkiej zupy.

Po dwóch tygodniach zorganizowano dwa nieduże transporty tych, którzy zostali uznani za zdolnych do pracy. W trzecim transporcie mieli wyjechać wszyscy, którzy o własnych siłach mogli opuścić obóz. Byłem bardzo osłabiony, ale stanąłem na miejscu zbiórki. Przed gotowym do wymarszu szeregiem zjawił się lekarz niemiecki i polecił wystąpić z szeregu wszystkim lekarzom, felczerom i sanitariuszom. Nie wystąpiłem, mimo iż posiadałem przygotowanie sanitarne z okresu pobytu w służbie wojskowej, a uprzednio w harcerstwie. Wobec braku chętnych lekarz przeszedł przed frontem więźniów i wskazując palcem wybrał dwunastu więźniów, w tym i mnie. Pozostali to byli Niemcy, Francuzi i Belgowie. Transport wyjechał z Nordhausen do pracy, a myśmy pozostali na miejscu jako „sanitariusze” dla nowo przywiezionych około 800 muzułmanów. W obozie Nordhausen otrzymałem numer 117070.

Po transport muzułmanów pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Przybyłych w większości trzeba było przenosić z wagonów do samochodów lub ich podtrzymywać, gdyż nie byli oni zdolni iść o własnych siłach. Z transportu tego umierało w ciągu doby 20-30 więźniów. Ludzie ci umierali bez żadnej pomocy lekarskiej. W obozie nie było żadnych lekarstw ani środków opatrunkowych. Naszym zadaniem jako „sanitariuszy” było roznoszenie leżącym na posadzce chorym posiłków oraz wynoszenie ciał zmarłych na zewnątrz garażu, gdzie były spisywane ich numery, po czym ładowaliśmy ich ciała na samochody, które przewoziły zmarłych do krematorium. Po trzydniowej pracy w takich warunkach byłem tak chory, że sam powinienem leżeć. Z trudem wytrwałem do końca tych koszmarnych dni. Po kilku dniach naszych podopiecznych wywieziono z Nordhausen. Większość z nich musieliśmy znów ładować na samochody, a na stacji kolejowej przenosić z samochodów do wagonów. Kilka dalszych dni upłynęło nam na porządkowaniu obozu i 18.03.1945 r. zostaliśmy przeprowadzeni pieszo do odległego o 5 km obozu koncentracyjnego Dora znanego z produkcji podzespołów do nowej broni rakietowej V1 i V2.

 

Dora – 117070

W nowym obozie po jednodniowym odpoczynku i otrzymaniu nowej odzieży (tylko spodnie i bluza z pasiaków) zostałem przydzielony do około stuosobowego komanda budującego nowe baraki mieszkalne. Zachowałem numer obozowy 117070. W pierwszych dniach pobytu w Dorze zachorowałem na biegunkę. Chcąc się z niej szybciej wyleczyć nie jadłem margaryny, natomiast za nią kupowałem od kolegów węgiel drzewny otrzymany z drzewa przez współwięźniów zatrudnionych poza terenem obozu. Do wyczerpania fizycznego doszło więc osłabienie na skutek świadomego ograniczania jedzenia, a zwłaszcza tłuszczu. Stałem się zupełnie niezdolnym do pracy muzułmaninem. Poszedłem do lekarza. Otrzymałem trzy dni zwolnienia. Po tym terminie poszedłem ponownie i otrzymałem dalszych pięć dni wolnego.

W drugim dniu pobytu na zwolnieniu lekarskim spotkała mnie ogromna radość - stojąc przed barakiem mieszkalnym spostrzegłem przechodzącego uliczką obozową Władysława Napierałę – ostatniego komendanta Ośrodka Drużyn 20 PDH (Poznańskiej Drużyny Harcerskiej) z okresu przedwojennego, z którym wspólnie byliśmy w tej harcerskiej drużynie od 1930 roku, a który w pierwszych latach okupacji był członkiem Szarych Szeregów. Przechodząc w odległości pięciu kroków ode mnie popatrzył na mnie i nie poznał mnie. To dowód, jak musiałem wyglądać, że tak bliska mi osoba, z którą przyjaźniliśmy się dwanaście lat, nie poznała mnie. Odezwałem się do niego i serdecznie się przywitaliśmy. Kolega ten miał również zwolnienie z pracy na podstawie zasymulowanej choroby, a jako członek obozowego ruchu oporu był zobowiązany do niesienia pomocy potrzebującym. W związku z tym mieliśmy czas na spotkania i rozmowy, a mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Władysław Napierała przebywał w tym obozie ponad półtora roku, pracował w sztolni przy produkcji wspomnianych wyżej podzespołów. Spotkanie z nim było dla mnie nadzwyczaj korzystne. Już w pierwszym dniu wyposażył mnie w bieliznę, której nie otrzymałem po przybyciu do Dory: ciepłe skarpety, sweter, a także zorganizował dla mnie dodatkowe obiady, na które zapraszał mnie do swojego bloku. Od kolegów z izby chorych dostawał dla mnie tabletki przeciw biegunce.

Na poznańskiej ulicy w 1937 roku. Pierwszy z lewej M. Kieliszewski, czwarty - Władysław Napierała, który uratował mu życie w obozie Dora.

Ratunek przed końcem wojny

Pewnego dnia, kiedy byłem jeszcze na zwolnieniu lekarskim, ogłoszono przez megafony zbiórkę wszystkich niepracujących na placu apelowym. Udałem się na miejsce zbiórki, gdzie ustawiłem się w dwuszeregu i oczekiwałem z niepokojem, dlaczego nas tam zebrano. Więźniowie zatrudnieni w kancelarii obozowej, pod nadzorem gestapo, przystąpili do spisywania naszych numerów. W pewnym momencie spostrzegłem kolegę Napierałę rozmawiającego na uboczu z jednym z pisarzy kancelarii. Po pewnej chwili usłyszałem mój numer i polecenie w języku niemieckim: „Marsz do bloku”. Po około dwóch godzinach przyjechały samochody ciężarowe, do których wszyscy zostali załadowani i wywiezieni z obozu w nieznanym kierunku. Po pewnym czasie rozeszła się wiadomość, że zostali oni zagazowani i spaleni. Tak więc, dzięki spotkaniu Władysława Napierały – harcerza 20 Poznańskiej Drużyny Harcerskiej im. Gen. Józefa Sowińskiego, członka Szarych Szeregów – zostałem uratowany od niechybnej śmierci na kilka tygodni przed zakończeniem wojny.

W pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych 1945 r. zostałem zaproszony przez Władysława Napierałę do jego bloku na podwieczorek świąteczny. W gronie jego kolegów dzieliliśmy się jajkiem, składając sobie wzajemnie życzenia rychłego zakończenia wojny i szczęśliwego powrotu do swych najbliższych. W dniu tym atmosfera w obozie była bardzo napięta. Mówiono o rychłym wkroczeniu do obozu wojsk sprzymierzonych.

4 kwietnia 1945 r. pobudka w obozie była, jak zwykle, o godzinie 4.30, lecz po śniadaniu nie było dzwonka wzywającego do pracy. Siedzieliśmy więc bezczynnie czekając na dalszy bieg wydarzeń. Tymczasem ogłoszono alarm lotniczy i za chwilę byliśmy świadkami nalotu na Nordhausen i najbliższe okolice obozu. W chwilę później zawrzało w obozie jak w ulu. Rozeszła się błyskawicznie wiadomość o natychmiastowej ewakuacji. Od Władysława Napierały otrzymałem obuwie, koc, komplet bielizny i ręcznik. Kiedy wróciłem do baraku, przez megafon ogłoszono zbiórkę ewakuacyjną i wydano polecenie udania się do magazynu mundurowego, aby pobrać ubrania. W normalnych warunkach życia obozowego Niemcy potrafili utrzymać porządek w wielotysięcznym tłumie więźniów. Teraz w obliczu grożącego im niebezpieczeństwa potracili głowy. To, co się działo przed magazynem mundurowym trudno opisać. Zrobił się tłok, chaos, a kapo i gestapowcy krzyczeli, bili, przeganiając więźniów z miejsca na miejsce i w końcu z połamanymi karabinami zarządzili zamknięcie magazynu i zaprzestanie wydawania odzieży. Drugim etapem był magazyn żywnościowy. Niemcy nie mogli i tam opanować sytuacji. Bili napierający tłum więźniów. Ja także zostałem silnie uderzony kolbą karabinu w głowę. Na chwilę straciłem przytomność. Dotarłem do magazynu i dostałem bochenek chleba oraz puszkę konserwy mięsnej. Z otrzymaną żywnością udaliśmy się na plac apelowy, gdzie formowano kolumnę marszową, ustawiając wszystkich w grupach po stu więźniów.

 

Ewakuacja

4 kwietnia 1945 roku około 16 opuściliśmy obóz Dora. Zaprowadzeni zostaliśmy na stację kolejową, gdzie oczekiwały na nas wagony towarowe, przykryte brezentem. Każdą setkę więźniów załadowano do jednego wagonu. Była to moja druga podróż ewakuacyjna. Celu tej podróży nie znaliśmy. Wagony, do których nas załadowano, były wyposażone w ławki, a w każdym wagonie zajęło miejsca po dwóch żołnierzy niemieckich. Ewakuacja więźniów z Dory prowadzona była w kilku kierunkach i w różny sposób – koleją, pieszo i do różnych miejscowości. Z częstymi postojami na bocznicach kolejowych, czwartego dnia podróży w godzinach rannych przyjechaliśmy do Hamburga. Przejechaliśmy przez trzy dworce tego miasta i po dłuższym postoju, z uwagi na silne bombardowanie Hamburga, pojechaliśmy w drogę powrotną. Trudno opisać nastrój panujący w wagonach. Wszyscy byliśmy głodni, wymęczeni, niewyspani. Jeden z kolegów jadących w moim wagonie dostał obłędu. Wyprowadzony na zewnątrz wagonu przez wartownika, został na naszych oczach zastrzelony. Odczuwaliśmy również straszne pragnienie, toteż w czasie deszczu wielu zbierało wodę z dachu brezentowego przez znajdujące się w nim otwory i tę wodę piło. Ja, obawiając się nawrotu biegunki, z której wyleczyłem się tuż przed ewakuacją, nie piłem nic przez cały pięciodniowy okres podróży.

Piątego dnia stanęliśmy na małej stacyjce, gdzie zostaliśmy wyładowani z wagonów i po przeliczeniu zaprowadzono nas pieszo do oddalonego o kilka kilometrów obozu Bergen-Belsen. Było to 9.04.1945 r. Resztkami sił dobrnęliśmy do obozu – niestety nie wszyscy, bowiem wielu padło w drodze z braku sił. Miejscem naszego nowego zakwaterowania były dawne koszary wojsk niemieckich (murowane budynki). Przybyliśmy do nich w godzinach południowych, a dopiero wieczorem otrzymaliśmy kawałek chleba oraz łyżkę konserwy mięsnej. Racje żywnościowe w tym obozie to pół litra wodnistej zupy oraz bochenek chleba na osiem osób. Panujący głód doprowadził do tego, że więźniowie napadali na magazyny żywnościowe, kuchnię, a także na niosących żywność z kuchni do bloków. Wielu przypłaciło to życiem, bowiem wartownicy, nie mogąc opanować sytuacji – strzelali.

 

Nie jesteśmy już heftlingami

15 kwietnia 1945 r., stojąc na porannym apelu, słyszeliśmy bardzo wyraźnie odgłosy karabinów maszynowych. Z zadowoleniem odgadywaliśmy odległość, jaka mogła dzielić nas od wojsk, które miały przynieść nam wolność. Około 14 widzieliśmy przejeżdżające drogą w pobliżu kolumny czołgów niemieckich, a godzinę później tą drogą jechały już czołgi angielskie. Na dziedziniec naszych koszar wjechały trzy samochody opancerzone. Jeden z oficerów angielskich przemówił do więźniów otaczających samochody. Powiedział, że odtąd jesteśmy już wolni, że nie jesteśmy już heftlingami. Radość nasza była ogromna i spontaniczna. Wznieśliśmy okrzyki na cześć Polski, aliantów i naszych oswobodzicieli. Dzień ten był jednocześnie krwawym dniem w obozie. Wielu wykorzystało zaistniałe tamtego dnia bezkrólewie i dokonało samosądów na tych funkcyjnych obozowych, którzy w nieludzki sposób traktowali współwięźniów. W następnym dniu władzę w obozie przejęli Anglicy. Na dziedzińcu koszar zainstalowano megafony dostarczające nam wiadomości z ostatnich dni wojny. W następnych dniach zostaliśmy podzieleni według narodowości. Polacy otrzymali oddzielne bloki, tworząc własny podobóz. Zorganizowano samorząd zatwierdzony przez władze angielskie, które chwilowo, ze względu na toczące się w pobliżu walki, nie zezwalały na opuszczanie obozu. Byli tacy, którzy zarządzenia tego nie przestrzegali i wykradali się z obozu, do którego jednak wracali.

22 kwietnia 1945 r. w naszym polskim podobozie została odprawiona msza św. Wygłoszone kazanie i wspólne odśpiewanie na zakończenie „Boże coś Polskę” po raz pierwszy po kilku latach hitlerowskiej okupacji i w dodatku na ziemiach niemieckich wzruszyły niemal wszystkich do łez.

26 kwietnia 1945 r. w polskim podobozie przeprowadzono rejestrację byłych oficerów, podoficerów i szeregowych. Na wniosek polskiego samorządu angielskie władze obozu wyraziły zgodę na przeniesienie wojskowych z naszego obozu koncentracyjnego do obozu byłych jeńców wojennych znajdującego się w oddalonym około 20 km Fallingbostel – Stalag XII. W ostatnich dniach kwietnia i pierwszych dniach maja 1945 r. obóz Bergen-Belsen opuszczało dziennie po 100, a następnie po 50 byłych więźniów-wojskowych. Grupa, w której ja opuszczałem Bergen-Belsen w liczbie 50 osób, została 2 maja 1945 r. zaprowadzona przez Anglików do magazynu odzieżowego, gdzie znajdowały się ubrania cywilne: czapki, kapelusze, krawaty, bielizna (wszystko nowe). Każdy mógł wybrać potrzebną dla siebie odzież i bieliznę. Następnego ranka opuściliśmy Bergen-Belsen i tego samego dnia w godzinach wieczornych, idąc bardzo wolnym krokiem, z wieloma odpoczynkami w drodze, doszliśmy do Fallingbostel. Od tamtej pory rozpoczął się dla mnie nowy okres życia poza granicami kraju.

W nowym miejscu zakwaterowania otrzymaliśmy nowe mundury angielskie z napisem na rękawach Poland. Jedynymi naszymi obowiązkowymi zajęciami były poranna gimnastyka i w ciągu dnia około godziny musztry wojskowej. Wyżywienie było bardzo dobre. Musieliśmy jednak uważać i ograniczać ilość wyżywienia, gdyż tak nagła zmiana powodowała u wielu opuchliznę.

 

Razem z bratem i siostrą

Będąc tam, wyczytałem w „Żołnierzu Polskim” ogłoszenie następującej treści: „Mieczysława Kieliszewskiego przebywającego w obozie w Gross-Rosen poszukuje brat Franciszek – Oflag VID – Polski Obóz Wojskowy Dössel w Peckelsheim” Napisałem natychmiast na podany adres i brat mój przyjechał do Fallingbostel. Wystąpiłem do kierownictwa obozu o pozwolenie na wyjazd do brata. Oficerowie polscy, po wyzwoleniu oflagu przez Amerykanów, zostali rozlokowani na prywatnych kwaterach u rodzin niemieckich, które były zobowiązane zakwaterować polskich oficerów do czasu ich wyjazdu. Brat mój zajmował pokój wspólnie z kolegą oficerem. Po moim przyjeździe zamieszkaliśmy we trójkę aż do czasu zorganizowania repatriacji. W czasie mego pobytu u brata w „Żołnierzu Polskim” przeczytaliśmy ogłoszenie nadane przez naszą siostrę Stanisławę Kurasz, która poszukiwała brata Franciszka z Oflagu VID oraz brata Mieczysława z obozów koncentracyjnych. Pojechałem na podany adres. Okazało się, że siostra została wywieziona z Poznania w głąb Rzeszy na prace przymusowe, a w tamtym czasie mieszkała już w obozie dla wysiedlonych Polaków, oczekując na transport do kraju. Siostra przyjechała wraz ze mną w odwiedziny i wróciła do swojego obozu, gdyż przygotowywano tam transport do Polski. Niestety, transport ten przyjechał do kraju w grudniu 1945 r. Natomiast ja z bratem powróciliśmy do kraju pierwszym zorganizowanym przez Amerykanów transportem.

Amerykanie samochodami ciężarowymi przewieźli nas 9.11.1945 r. do Szczecina, gdzie znajdował się punkt repatriacyjny. Tam otrzymaliśmy pierwszy w Polsce Ludowej dowód tożsamości – dokument PUR-u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) z fotografią wykonaną na miejscu. Dokument ten upoważniał do bezpłatnego przejazdu pociągiem ze Szczecina do miejsca zamieszkania. Ponadto każdy otrzymał po 80 zł tytułem zapomogi na drogę. 11.11.1945 r. przyjechaliśmy pociągiem osobowym do Poznania na dworzec główny. Radość ze szczęśliwego powrotu do rodzinnego domu po przeżyciu grozy obozów koncentracyjnych była ogromna.

 

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl