| A A A |
<
 
>  

Krystyna Kowalczyk

Rocznik 1945

Historia „czarownicy” z Gołdapi, nauczycielki języka polskiego w jednym z łódzkich liceów, internowanej w stanie wojennym.

 

Pochodzę z rodziny z tradycjami pedagogicznymi. Byłam trzecim lub czwartym pokoleniem nauczycieli. W moim domu dużo mówiło się o drugiej Rzeczpospolitej, o patriotyzmie. Wpojono mi, że naród jest wartością. Ojciec dużo mówił o zbrodni Katyńskiej, to była krwawiąca rana. Kultywowałam tradycje rodzinne i po skończeniu polonistyki zaczęłam uczyć w liceum. Przez długi czas nie miałam materiałów na których mogłabym się oprzeć. Kiedy w Polsce ruszyło podziemie wydawnicze mogłam więcej mówić o wartościowej literaturze i tym samym o historii . Wykorzystywałam każdy moment, każdy pretekst do tego aby odfałszować obraz Polski. Mówiono o mnie, że mam pasje. To chyba prawda. Na pewno byłam i jestem nadal nauczycielem z powołania.

Czy ktoś dziś uwierzy, że wielu moich kolegów nie znało Miłosza? Czytaliśmy go dopiero wtedy, kiedy przemycano jego dzieła z zagranicy. W klasie maturalnej nie było utworów Herlinga Grudzińskiego, nie było zresztą wielu ważnych książek. Stworzyłam więc swoją listę lektur, znalazły się na niej między innymi : „ Za kulisami bezpieki i partii” „W cieniu Katynia” ……

"Czerwona" szkoła

Aresztowano mnie w czasie matur 1982 roku. Zbierałam prace, weszło dwóch panów, bardzo przystojnych. Spytali, czy ja to ja i padło sakramentalne: "Pani pójdzie z nami". Dyrektor, któremu oddawałam prace, był blado zielony. Młodzież zszokowana, oniemiała. Na sali panowała śmiertelna cisza. O to im przecież chodziło, o strach.

Wsiadłam do białego fiata, który stał przed szkołą. Pojechaliśmy na rewizję. W domu była moja 17 letnia córka. Przestraszona powiadomiła ojca, który też był działaczem solidarności. Mąż się ukrywał i tylko dzięki temu uniknął aresztowania.

Zaczęłyśmy pakować najpotrzebniejsze rzeczy, córka wkładała, a ja wyjmowałam, wszystko bez sensu, na szybko. Musiałam zostawić córkę samą. Nie mieliśmy rodziny poza moją schorowaną mamą, która w momencie mojego aresztowania przeżyła szok tak silny, że aż wyparła ze świadomości, że mnie nie ma, że mnie wywieziono. Pytała ciągle, kiedy przyjdę ją odwiedzić, dlaczego tak długo mnie nie ma. Moi koledzy, nauczyciele zachowali się pięknie. Jedna z koleżanek zrobiła nawet zimowe skarpetki córce mimo, że to był maj. Część nauczycieli i samodzielny samorząd uczniowski napisali petycję, aby mnie i internowanego przede mną kolegę wypuścili. Zapłacili za to. Byli wzywani i przesłuchiwani do „Bastylii” (komenda wojewódzka w Łodzi). Uczniowie nie dostawali się na uczelnie mimo dobrych stopni, nauczyciele tracili godziny pracy. Dyrektor wszystkich nas szantażował. Za złe zachowanie płaciło się słono. Ciągłe wizytacje, niewygodny plan, zabieranie godzin, aż w końcu utrata etatu.

Dyrektor przychodził na moje lekcje i spisywał, co młodzież miała napisane w zeszytach. Odnotowywał w aktach osobowych wszystko co, dotyczyło powstania warszawskiego, zbrodni w Katyniu, tzw. czwartego rozbioru Polski. Byłam na tamte czasy wywrotowa, szukałam możliwości, aby mówić o polskiej historii, patriotyzmie, o godnych, honorowych postawach. Młodzież potrzebowała i potrzebuje również dzisiaj wsparcia, musi mieć się o kogo i o co oprzeć. W czasach, w których „łamano” ludzi, propagowano donosicielstwo to miała być ostoja dla nas wszystkich.

Założyłam „Solidarność” w szkole. Nie wszyscy nauczyciele to popierali. Już w marcu zebrała się specjalna komisja partyjna, która orzekła, że ja i niektórzy moi koledzy mamy być odsunięci od wpływu na młodzież. Efektem tego zebrania było internowanie mnie w maju tego samego roku. Za odwagę płaciło się niemałą cenę. Mój serdeczny kolega miał chorego synka. Nie chcieli go operować za nieodpowiednia postawę ojca, dlatego wyjechali do USA. Koleżanka po powrocie z urlopu macierzyńskiego nie miała już etatu. Przenoszono nauczycieli do podstawówek, szkół zawodowych. Takich przykładów jest wiele. To była czerwona szkoła, zajęta przez partię, zresztą… nie tylko szkoła, tak wtedy wyglądała cała Polska.

Moja postawa była antysocjalistyczna, nieprzystająca, buntownicza. Odpowiednie władze o tym zawiadomiono. Byłam internowana, przeniesiono mnie do innej szkoły, po upadku komunizmu sąd pacy przywrócił nas do pracy, ale władze nie wpuściły nas do macierzystej szkoły.

"Czarownica" z Gołdapi

„Jestem od wtorku w Gołdapi, czuję się dobrze, widzenie jest raz w miesiącu od 9 do 14…..całuję Krystyna” To treść wysłanej przeze mnie depeszy do rodziny z Gołdapi, gdzie byłam internowana. Załapałam się na transport majowy. Zanim dotarłam do Gołdapi, przesłuchiwano mnie w „Bastylii”, nie podpisałam lojalki choć ubecy mnie męczyli. Stosowali taktykę dobrego i złego funkcjonariusza. Spędziłam tam trzy doby. Ciemna cela, prycza, brud, toaleta bez drzwi, ledwo cieknąca woda z kranu. Po trzech czy dwóch dobach, wyprowadzili nas na korytarz w środku nocy. 10 kobiet wyprowadzili do „suki”. Oficerowie stali z psami, skierowano na nas reflektory, od razu nasunęło mi się skojarzenie z gestapo. Jechałyśmy kilkanaście godzin. Kierowcy straszyli, że nas wiozą na białe niedźwiedzie, czyli, że czeka nas wywózka na wschód. Człowiek mógł się spodziewać wszystkiego.

Po drodze, przy okazji zabrali chłopaka, którego mieli przewieźć do innego więzienia. Miał ze sobą porcję chleba, to był prowiant więzienny. Byłyśmy głodne, w „Bastylii” dostawało się kawę, której nie dało się wypić i zupę z robakami. Zauważył te nasze spojrzenia i podzielił się z nami. Utkwiło mi to mocno w pamięci, nasunęło mi zresztą wspomnienie o komunii świętej.

Niektóre dziewczyny były w strasznym stanie, w podartych ubraniach, brudne. W tej „suce” był przekrój społeczeństwa od wykładowcy uniwersytetu po tramwajarkę. Kiedy dojechałyśmy do Gołdapi, dziewczyny na powitanie zaśpiewały nam piosenkę. Potem przydzielono nas do pokoi. Na jeden pokój przypadało cztery internowane. Moją sąsiadką była w pewnym okresie Alicja Pieńkowska i Ania Walentynowicz. Kiedy odchodziłam, dostałam od niej miniaturowe wydanie Biblii. Parter zajmowała ubecja. Pamiętam, że obok budynku było jezioro, widziałyśmy z okien jak oficerowie nieśli złowione w nim ryby. Pięknie pachniało, kiedy je smażyli. Ale my oczywiście nie jadałyśmy ryb, dostawałyśmy kaszę, przeważnie zjełczałą. Od czasu do czasu ziemniaki. Nie pozwalałyśmy się obsługiwać. Podawałyśmy i zmywałyśmy po posiłkach.

Czas organizowałyśmy sobie same, po porannym apelu urządzałyśmy wykłady, słuchowiska, było wiele wykształconych kobiet. Historyczki, politolożki, kulturo znawczynie. Moja koleżanka, dr psychologii przystosowywała nas do życiu w zamknięciu, chodziłyśmy do niej i mówiłyśmy jak się czujemy, to pomagało.

Było ciężko, szczególnie kiedy świętowałyśmy np.: święto niepodległości. Robiono nam za to „kipisz”- czyli wyjątkowo brutalne przeszukania. W praktyce oznaczało to wywracanie wszystkiego do góry nogami. Czasami odmawiano widzeń rodzinie, nawet jeśli ktoś przejechał pół Polski. Odmawiano wizyt lekarskich. To była nieustanna walka i szarpanina. Kobiety się martwiły o dzieci, o rodziny, o to, co dalej z nami będzie. Ale postawy były heroiczne. To była prawdziwa solidarność. Zresztą nie tylko między nami, rodziny przemycały wiadomości trzeba było być sprytnym, większość przed wyjściem przeszukiwano, czasami kazano rozbierać się nawet do naga. Grypsy i poczta podziemna działała idealnie. Robiłyśmy pieczątki z ziemniaków, klepek. Naszym znakiem Poczty Internowanych była czarownica lecąca na miotle.

Nawiedzały nas bóle reumatyczne, stopy bolały od ciągłego chodzenia po betonie. Kiedy stanęłam po tak długim czasie na ziemi zakręciło mi się w głowie.

"Wypitny" polski poeta

Po jakimś czasie wróciłam do zawodu. Wygrałam proces o przywrócono mnie do mojego liceum. Ale wraz z końcem komunizmu nadeszły nowe trudności. Do szkoły wróciła religia. Katecheci i księża byli okropnie traktowani. Dla partyjnych to było obce ciało. Pytano co mam w pracowni, czy ja jestem polonistką czy katechetą. Miałam portret Mickiewicza, Piłsudskiego i cytaty z psalmów wydrukowane na obrazkach. Pojawiały się krzyże, ten który sama przywiesiłam w pokoju nauczycielskim wisi do dziś. Dyrektorka godzinę mnie przekonywała, żebym tego nie robiła, koleżanka nauczycielka twierdziła, że to bezczeszczenie, inna wyszła w tym czasie z pokoju. Przywrócono orłowi koronę, w szkole uczeń sam wyciął ze złotka koronę i doczepił do godła.

Polacy w tamtym czasie chcieli się pozbyć komunistycznych patronów. W przypadku drugiego liceum, w którym uczyłam, rozpoczęła się dyskusja dotycząca pewnego poety. Władysław Broniewski, pomijając jego talent, był osobą, która głosiła kult Stalina, pisała prosocjalistyczne wierszyki i przez swoja postawę nie powinna być patronem młodzieży. Zresztą uczniowie, na tablicy szkolnej, gdzie było napisane – „wybitny polski poeta” - zmieniali literkę b na p i wychodziło –„wypitny”.

Młody doktor polonistyki który przyjechał specjalnie na dyskusję o patronie naszej szkoły, twierdził, że w swojej bibliotece na pewno umieściłby Broniewskiego. Nie wiedział natomiast, czy znalazłby się tam Norwid. Patrona „czerwonego” liceum zmieniono z Janka Krasickiego na Ignacego Krasickiego.

Dyrektor, który szykanował mnie i moich kolegów, został zwolniony za niegodną postawę. Żyje spokojnie do dziś. Podobnie zresztą jak większość ludzi z partii, donosicieli, gdzieś sobie spokojnie żyją i zajmują się czymś innym. A normalność, cóż, walka o normalność ciągle trwa.

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl