| A A A |
<
 
>  

Władysław Krutin

Rocznik 1923

Wysłuchał i opracował Mirosław Siedziako 

Żołnierz  4 Pułku Pancernego ,, Skorpion”, kapral, radiotelegrafista. Uczestnik dwukrotnego szturmu na klasztor Monte Cassino. Wraz z tym pułkiem przeszedł całą Kampanie Włoską, kończąc swój szlak bojowy przed Bolonią.


Po klęsce wrześniowej i napaści Sowietów na Polskę życie w mieście toczyło się dla nas w miarę normalnie. Aż do pewnej mroźnej styczniowej nocy 1940 roku, kiedy około pierwszej po północy obudziło nas głośne walenie do drzwi. Ojciec wstał i otworzył je. Przed drzwiami stał oficer radziecki wraz z dwoma żołnierzami i Ukraińcem z naszego miasta.Weszli do środka. Oficer wyciągnął z kieszeni płaszcza dokument, rozłożył go i rozpoczął czytać po rosyjsku:- Rząd Sowiecki postanowił przesiedlić was z tej miejscowości na Ukrainie do innego miejsca w Związku Radzieckim. Nie powiedział, że przesiedlają nas z Polski tylko z Ukrainy. Zapamiętałem to bardzo dokładnie. Udało nam się spakować parę ubrań, zabrać trochę żywności i bezwartościowych już wtedy polskich pieniędzy. Po paru minutach siedziałem na saniach wraz z moją rodziną i z dobytkiem, który mieścił się w kilku walizkach. Zawieźli nas na małą stację niedaleko Bubryki nazywała się Chlebowice. Stał tam już długi skład, same bydlęce wagony. Żołnierze poganiali nas przy załadunku. I już po chwili zamknęły się za nami ciężkie rozsuwane drzwi. Nikt z nas nie wiedział gdzie nas wywożą, ale domyślaliśmy się, że tam gdzie się zatrzyma pociąg, będzie bardzo zimno. Minęliśmy Lwów, Brzeżany, Brody, Sarny aż dotarliśmy do Mekaszowic. Tam na peronie przesiedliśmy się do wagonów o rosyjskim rozstawie osi i dalej już prosto bez żadnych przesiadek jechaliśmy na północ. W wagonie znajdowało się około 30 osób wśród nich kobiety i dzieci. Nikt właściwie nie miał nic do jedzenia. Jeśli były jakieś zapasy to skończyły się bardzo szybko. Dostaliśmy od „gospodarzy” tego składu kilka bochenków czarnego chleba i trochę gotowanej wody nazywanej przez nich „kipiatok”. A dopiero później nawet kociołek zupy. Trudno powiedzieć jaka to była zupa. Pływała w niej jakaś rybia głowa trochę makaronu i parę ziaren jęczmienia. Za dużo żeby umrzeć z głodu, ale stanowczo za mało, aby nie być głodnym. Było bardzo zimno, zima 1940 roku była bardzo sroga. Co jakiś czas strażnicy pukali kolbami w drzwi i krzyczeli po rosyjsku:- Umarł ktoś? Umarł ktoś?

Jeśli się tak stało, że ktoś „odszedł” w trakcie podróży to wyciągało się go z wagonu i kładło tuż obok torów. Po paru minutach pociąg jechał dalej. Przejechaliśmy Chołm, następnie obok Moskwy przez Tułę, Kujbyszew i przez Wołgę dotarliśmy do wielkiego węzła kolejowego Kiniei, a stamtąd już prosto na Syberię. Przez Czkałow, Ufę, Czelabinsk, Kurchan, Pietropawłowsk, Omsk, Tomsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk. Za Krasnojarskiem pociąg zatrzymał się na niewielkiej stacji Magansk. Tam wysiedliśmy z wagonów i zakończyliśmy naszą prawie dwutygodniową podróż. Jeszcze tylko parę godzin na saniach i byliśmy na miejscu. Osada nazywała się Jerłykowka w Krasnojarskim Kraju.

Władysław Krutin w 1944 – po dekoracji Krzyżem Walecznych

  
Syberia

Stały tam baraki zrobione z bali drzewa, bez izb tylko wielka sala na 40 – 50 osób. Po jednej i po drugiej stronie stał rząd drewnianych łóżek. Nie było na nich materaców nawet słomy. Osiedlili nas w nich z cała rodziną. Nie przypuszczaliśmy, że Jerłykowka stanie się naszym domem na kolejne dwa, długie, ciemne lata. Miałem już wówczas ukończone 17 lat i byłem objęty obowiązkiem pracy. Razem z tatą zostałem przydzielony do wyrębu lasu. Codziennie rano przychodził do baraku rosyjski brygadzista i nas budził. Zaraz po pobudce należało się przygotować do pracy. Szczególnie zimową porą, kiedy temperatury spadała grubo ponad minus 40 stopni. Ubierałem wtedy na siebie wszystko, co miałem, a i to było niewystarczające. Jedliśmy skromne śniadanie, które składało się z chleba i gorącej herbaty. Nie była to typowa herbata jaką znałem, tylko zrobiona z krzewów smorodiny. Najważniejsze jednak, że była gorąca. Odkrawając kawałek, ze 400 gram przydzielonego czarnego chleba należało pamiętać, że jest to porcja na cały dzień. Zapewniam, że nie było to proste, bo głód doskwierał nam stale i bardzo łatwo było zjeść ten przydział na jeden raz. O maśle lub smalcu można było sobie tylko pomarzyć. Codziennie do pracy wychodziliśmy około godziny ósmej żeby po trzydziestu minutach marszu być na miejscu. Praca przy wycince lasu była bardzo ciężka gdyż drzewa były grube i ciężkie do cięcia. Używaliśmy do tego celu pił ręcznych i siekier, ale czasami też pracowaliśmy piłami motorowymi. Około godziny piątej po południu była przerwa i zasiadaliśmy do bardzo skromnego obiadu. Kromka chleba i szklanka gorącej herbaty to było wszystko czym mogliśmy się pożywić. Dopiero, kiedy słońce powoli chowało się za horyzontem kończyliśmy pracę i szliśmy z powrotem do „domu”. Dokańczałem wówczas ostatni kawałek chleba z przydzielonych mi 400 gramów. Jedyne czego nam nie brakowało to drewna na opał, więc w baraku było bardzo ciepło. Około godziny 23 kładliśmy się spać wiedząc, że jutro trzeba ponownie wstać do pracy. Tak wyglądał nasz zwykły dzień. Czasami zdarzało się jednak, że szczęście nam dopisywało i nie musieliśmy pracować. Było to tylko wtedy gdy temperatura spadała poniżej minus pięćdziesięciu stopni. Pamiętam takie dni, gdy słupek rtęci w termometrze schodził poniżej minus 57 stopni. Kiedy splunąłem na ziemie spadał już sopel lodu, twardy jak diament. Odzież jaką otrzymaliśmy kompletnie nie nadawała się do pracy w takich warunkach, a szczególnie skórzane buty. Właściwie od razu wielu zesłańców odmroziło sobie nogi i ręce. Kiedy spostrzegli, że to się im po prostu nie opłaca z czysto ekonomicznego rachunku próbowali coś z tym zrobić. Dali nam walonki, grube buty zrobione z tłoczonej wełny. Może nie wyglądały najefektowniej, ale były bardzo ciepłe. Praca w takich warunkach i brak żywności bardzo szybka zaczęła zbierać swoje żniwo. Pojawił się tyfus i dyzenteria. Każdy starał się jakoś sobie radzić, stosując przeróżne sposoby uniknięcia chorób. Mnie mama nacierała od stóp do głów czosnkiem. Teraz myślę, że nie zachorowałem tylko dzięki niekonwencjonalnej metodzie mojej mamy. W czasie pobytu Jerłykowce widziałem śmierć z różnych przyczyn - chorób, odmrożeń, z głodu. Największe żniwo zbierała przede wszystkim wśród dzieci, ale i osoby dorosłe umierały dziesiątkami. I kiedy wydawało się, że na nas też w końcu musi przyjść kolej, że nie ma dla nas ratunku, 22 czerwca 1941 roku wybuchła wojna pomiędzy Sowietami i Niemcami. Tego dnia kapitan osady wezwał nas na miejsce zebrań. Otworzył raportówkę i wyciągnął z niej jakieś dokument, rozłożył go i zaczął głośno czytać po rosyjsku: - Niemieccy faszyści napadli na naszą ojczyznę. Rząd Radziecki postanowił znieść wszystkie restrykcje nałożone na was. Nie wolno wam jechać tylko do pierwszej kategorii miast i poruszać się w strefie działań wojennych. Poza tym wolno wam jechać w każde miejsce na terenie Związku Radzieckiego. 

Droga do Wojska Polskiego
Po jakimś czasie zauważyłem, że coraz więcej Polaków zaczęło opuszczać Jerłykowkę. Zdecydowaliśmy wraz z całą rodziną, że my też pojedziemy i to tak szybko jak tylko będzie możliwe. Jak najdalej na zachód, żeby tylko opuścić całkowicie Rosję, nawet jeżeli miałoby to oznaczać znalezienie się w pobliżu frontu. Z Zikowia, gdzie kupiliśmy bilety rozpoczęliśmy długą drogę powrotną do domu. Nikt z nas nie wiedział jak ona się skończy i gdzie ona nas zaprowadzi. Nie udało nam się jednak dojechać do Syzrania gdyż pociąg nagle zatrzymał się przed rzeką Wołgą. Do naszego wagonu wszedł oficer NKWD. Wziął nasze bilety, sprawdził je i powiedział:- Na drugą stronę Wołgi do stacji Syzrań nie możecie jechać.- Tam już są bardzo blisko Niemcy.

W związku z powyższym zmieniliśmy plany i kierunek naszej podróży. Postanowiliśmy pojechać na południe Związku Radzieckiego do Uzbekistanu. Dojechaliśmy do miejscowości Milutyńsk niedaleko Taszkientu. Tam wysiedliśmy z pociągu i zaczęliśmy szukać jakiejś pracy w pobliskich uzbeckich kołchozach. Szczęśliwym trafem dostałem etat traktorzysty, a pozostali z mojej rodziny pracowali na polu. Po około sześciu miesiącach pracy w tym kołchozie dowiedziałem się, że w miejscowości Guzar organizuje się Polska Armia. Zaciągnę się – pomyślałem. Ale za nim mogłem to zrobić musiałem postarać się o przepustkę. Pojechałem więc na posterunek NKWD. Wszedłem do środka, siedział tam sowiecki kapitan. Kiedy mnie zobaczył zapytał:

- Czego chcesz- Chcę jechać do armii – odpowiedziałem po rosyjsku Nie powiedziałem mu do jakiej, a i on nie pytał o którą armię chodzi. Także bez większych problemów dostałem przepustkę i bilet, który uprawniał mnie do darmowego posiłku w trakcie podróży. Zaraz po opuszczeniu NKWD, poszedłem do pobliskiej restauracji. Miałem przecież prawo do darmowego posiłku. Postanowiłem to sprawdzić i jeśli będzie to możliwe wreszcie najeść się do syta. Dostałem tam wspaniały obiad, zupę i spory kawał razowego chleba. Koleją dotarłem do stacji Kagan gdzie mieścił się punkt rekrutacyjny Armii Radzieckiej. Nie zgłosiłem się jednak do niego tylko pojechałem dalej do Guzaru. Tam stanąłem przed komisją poborową Wojaka Polskiego i po pomyślnym przejściu badań lekarskich zostałem przyjęty w jej szeregi. Wreszcie mogłem włożyć polski mundur i czapkę z Polskim Orłem w Koronie. Byłem wreszcie wśród swoich.  

W Polskiej Armii

Na miejscu jednak okazało się, że nie jest to oaza szczęścia i spokoju tylko jeden wielki szpital. Myślałem, że na Syberii widziałem już wszystko niestety okazało się, że nie. Młodzi ludzie ginęli jak muchy z dyzenterii malarii i z ogólnego wyczerpania. Zostałem zaangażowany do kopania grobów. Pamiętam dokładnie, że codziennie musieliśmy ich przygotować około trzydziestu. Po kilku miesiącach względnej stabilizacji generał Anders w porozumieniu z Polskim Rządem postanowił wyprowadzić Wojsko Polskie poza granicę Związku Radzieckiego. I tak przez Taszkient i Samarkandę dotarliśmy do Krasnowocka. Nie była to dla mnie łatwa podróż gdyż w Krasnowocku bardzo ciężko zachorowałem na dyzenterią i malarię. Czasami traciłem świadomość i miałem wysoką temperaturę.Załadowali nas na statek, do pustych cystern po ropie. Pomimo że wcześniej zostały one umyte to i tak smród był nie do zniesienia. Spakowali nas tam jak śledzie, jeden obok drugiego. Ledwo stałem na nogach byłem jeszcze chory a opary ropy naftowej powodował u większości z nas zawroty głowy i wymioty. Także tylko jak przepłynęliśmy Morze Kaspijskie i znaleźliśmy się w Pachlewi pojechałem prosto do szpitala. Pół przytomny i bardzo wyczerpany wylądowałem w 18 Angielskim Szpitalu Polowym. Zawsze około godziny 11 rano dostawałem atak malarii i dyzenterii zdarzało się to bardzo regularnie. Była tam pielęgniarka, młoda i bardzo ładna Angielka, która codziennie zmieniała mi piżamę i pościel gdyż ataki malarii sprawiały, że człowiek się pocił. Zjawiała się codziennie z cudownym uśmiechem i kieliszkiem wina Porto. - To na wzmocnienie – mówiła, pomoże ci dojść szybciej do zdrowia.Po jakimś czasie mój stan zdrowia poprawił się na tyle, że mogłem dołączyć do swojego oddziału. Wróciłem w samą porę gdyż po krótkim czasie opuściliśmy Persję i przenieśliśmy się do Iraku. W wyniku reorganizacji zostałem przydzielony do Siódmej Dywizji Piechoty. Nie zabawiliśmy tam jednak długo gdyż dywizja została przeniesiona po paru tygodniach do Palestyny. W Palestynie zmieniono mi przydział służbowy i zostałem przeniesiony do brygady pancernej. Tam też po raz pierwszy wsiadłem do czołgu i przeszedłem wstępne szkolenie jako telegrafista i kierowca. Z Palestyny po jakimś czasie przenieśliśmy się dalej do Egiptu. W jego gorących piaskach przechodziliśmy intensywne szkolenie. Zapoznawaliśmy się z nowym sprzętem takim jak nieznany nam jeszcze czołg Sherman. Wiedzieliśmy dobrze, że im więcej naszego potu wsiąknie w piasek tym mniej naszej krwi zostanie na polu bitwy. Zabawa w wojsko powoli się kończyła i nadchodził czas, kiedy mieliśmy ruszyć do prawdziwej akcji. Po kilku tygodniach spędzonych w Egipcie na intensywnym szkoleniu przyszedł czas wyjazdu. Popłynęliśmy statkiem do Neapol we Włoszech. Pamiętam, że port był bardzo zrujnowany, po zatopionych jednostkach wystawały tylko końcówki masztów pomad powierzchnię wody. Zaraz po wyładunku zatrzymaliśmy się jeszcze w Kardito i w niewielkiej wiosce San Pietro Demi Kieri, tuż przy samym klasztorze. Wiedzieliśmy już, że właśnie tutaj przejdziemy swój chrzest bojowy. 

Monte Cassino
Po paru dniach odpoczynku pojechaliśmy na pole bitwy Monte Cassino objąć czołgi pozostawione przez załogi Nowozelandzkie. Żeby do nich dotrzeć musieliśmy się wspinać „łazikami” po bardzo krętej, wąskiej i stromej drodze. Potrzeba było nie lada umiejętności żeby się na niej utrzymać. Jechaliśmy nocą, silniki naszych ,,łazików” pracowały na największych obrotach robiąc przy tym wiele hałasu, który w nocnej ciszy i odbiciu się od skał jeszcze bardziej się potęgował. Hałas ten zaalarmował Niemców, którzy profilaktycznie otworzyli ogień z ciężkiej artylerii. Usłyszeliśmy szum nadlatujących pocisków. Nie byłem jeszcze pod prawdziwym ostrzałem, ale intuicyjnie wyczułem, że jeden z nich spadnie tuż obok. Wyskoczyłem z łazika padłem na ziemię i w ostatniej chwili schroniłem głowę pomiędzy plecak i chlebak. Chwilę potem poczułem jak zadrżała ziemia od wybuchu. Jeden z nich upadł tuż przy mnie zasypując mnie olbrzymią ilością gruzu i kamieni, myślałem, że pogrzebie mnie żywcem. Po chwili jednak oprzytomniałem i udało mi się jakoś wygrzebać. - Ładny początek – pomyślałem. Z ciekawością spojrzałem na lej pozostawiony przez eksplozję pocisku. Był tak wielki, że bez trudu można było schować w nim czołg a i tak jeszcze było miejsce. Do dzisiaj nie wiem jak udało mi się wyjść z tego bez szwanku. W odległości około 500 metrów od klasztoru stały cztery nasze czołgi. Na pancerzu miały namalowane gałązki kiwi. Stara załoga została wycofana na odpoczynek a my zajęliśmy jej miejsce. Załoga nasza składała się z pięciu osób po dowództwem porucznika Lewaka. Był to bardzo młody oficer i tak jak my nie wąchał jeszcze prochu. Pamiętam jak zawsze, kiedy dostawał krótki urlop przychodził do mnie i mówił:- Władziu, czy ty mógłbyś pożyczyć mi troszkę pieniędzy. Chcę zobaczyć swoją narzeczoną. Narzeczona jego pracował w kancelarii dowództwa.Z tych krótkich przepustek zawsze wracał rozpromieniony - Dzięki Władziu – mówił, oddaje pieniądze i masz tu jeszcze kilka lirów na butelkę wina.Taki był porucznik Lewak. W naszej załodze ja byłem telegrafistą, odpowiadałem za łączność, ale i w razie potrzeby potrafiłem również pokierować czołgiem. Stara nowozelandzka załoga zostawiła dla nas wiele różnych i ciekawych rzeczy. Znaleźliśmy konserwy, kolorowe gazety i najważniejsze, całą butelkę Whisky. Zaraz ją otworzyłem i nalałem każdemu po kieliszku. Później przejrzeliśmy kolorowe gazety, w których były zdjęcia sławnych gwiazd filmowych. Po wstępnym przeglądzie naszego Shermana okazało się, że jest on w niezłej kondycji. Przejrzeliśmy silnik, przyrządy celownicze, dokonaliśmy drobnych napraw, uzupełniliśmy amunicję, paliwo i już po kilku dniach byliśmy gotowi do walki. Oprócz naszych czterech przejętych od Nowozelandczyków z naszej kompani do wsparcia natarcia zostało wydzielone około 10 czołgów. Na pozycje wyjściowe ruszyliśmy rano ,,drogą polskich saperów”, bardzo krętą i wąską . Dowódcy czołgów otworzyli włazy starając się pomóc kierowcy, który miał bardzo małe pole widoczności. Jeden z czołgów jadących w kolumnie wziął tak niefortunnie zakręt, że opar się o ścianę i zawisł nad przepaścią blokując drogą na dobre. Wszelkie próby manewrowania nim były nie możliwe gdyż nie mógł poruszyć do przodu, a z tyłu była już tylko przepaść. Zrobił się wielki zator gdyż była to jedyna droga. Po dość długim czasie i gorączkowych naradach zapadła decyzja zepchnięcia go w przepaść. Była to jedyna możliwość udrożnienia drogi. Załoga zabrała wszystkie swoje rzeczy. Kierowca wszedł do czołgu i wrzucił bieg wsteczny. Udało mu się wyskoczyć z niego dosłownie w ostatniej chwili. Czołg poleciał w dół. Spodziewaliśmy się wielkiego wybuchu, ale usłyszeliśmy tylko głuchy huk uderzenia pancerza o skałę. Pole bitwy wypełnione było mnóstwem min zarówno przeciwpancernych jak i przeciwpiechotnych. Nasi saperzy wykonali kawał dobrej roboty wytyczając dla nas przeprawę płacąc za to często najwyższą cenę. Oczyszczony teren oznaczony były białymi liniami między którymi można było poruszać w miarę bezpiecznie. Każde przekroczenie tych linii wiązało się z olbrzymim ryzykiem utraty życia. Zgodnie z rozkazem nasza kompania pod dowództwem kapitana Dzięciołowskiego mała wejść drogą „polskich saperów” w rejon „Widma „ i ogniem wspierać natarcie 5 Wileńskiej Brygady Piechoty, dodatkowo mieliśmy kierować ogień w kierunku wzgórza 593. Do walki wyruszyliśmy wcześnie rano około godziny 5. Pierwszym w kolumnie był czołg porucznika Białeckiego, jemu przypadło bardzo niebezpieczne zadanie przetarcia szlaku. Widziałem jak jego czołg prawdopodobnie wziął za ostro zakręt i musiał cofnąć się do tyłu. Wykonując ten manewr przekroczył białą linię i najechał gąsienicą na umieszczone tuż przy drodze ukryte miny przeciwczołgowe. Nastąpiła wielka eksplozja, która wyrzuciła więżę w powietrze. Czołg staną natychmiast w płomieniach. Otworzyłem właz zobaczyłem jednego z członków załogi, któremu mino wszystko udało się wydostać ze środka. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale podejrzewam, że eksplozja wyrzuciła go wraz z wierzą na zewnątrz. Biegł w naszym kierunku. Paliło się jeszcze na nim ubranie, był bardzo poparzony. Poznałem go był to kapral Nickowski. - Dokąd biegniesz? Stój! Krzyczałem do niego. Nie reagował był oszołomiony i oszalały z bólu. Na pomoc im ruszyli sanitariusze. Jakimś cudem udało się też wydostać z czołgu porucznikowi Białeckiemu, który niestety po chwili umarł. Dowiedziałem się później, że nie udało się przeżyć również kapralowi Niteckiemu, w wyniku obrażeń umarł w szpitalu. W czołgu zginęli również jego trzej koledzy. Dla nas, niedoświadczonych jeszcze czołgistów był to szok. Pierwszy raz, tak namacalnie na własne oczy zobaczyliśmy śmierć. Jej jeden z bardziej okrutnych rodzajów - śmierć w płomieniach. Teraz zdaliśmy sobie sprawę, że może się to przytrafić każdemu.W nocy 11 maja rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie. Wyjrzałem z czołgu horyzont rozświetlony był setkami eksplozji, pociski padały bardzo gęsto. Pamiętam, że niektóre z nich zderzały się ze sobą i eksplodowały w powietrzu. Wyglądało to bardzo niezwykle i efektownie jak fajerwerki w Noc Świętojańską. Po tej nawale do natarcia ruszyła piechota. Po naszej lewej stronie nacierał Drugi i Trzeci batalion 3 Dywizji Karpackiej a po prawej 5 Dywizja Kresowa. Na rozkaz kapitana Dzięciołowskiego zajęliśmy pozycje ogniowe i otworzyliśmy ogień w kierunku na Widmo i Gardziel. Kiedy tylko się podnieśli nasi żołnierze rozpętało się prawdziwe piekło. Odezwały się zmyślnie zamaskowane karabiny maszynowe i spadł na atakujących grad pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Padały dosłownie wszędzie. Jeden z nich uderzył bezpośrednio w naszą płytę czołową. Wyszedłem ostrożnie zobaczyć co się stało. Nie było to poważne trafienie, które mogło zagrozić naszemu czołgowi, ale na pancerzu zauważyłem wgniecenie. Niepokoiłem się o napęd, ale po sprawdzeniu okazało się, że wszystkie podzespoły działają prawidłowo. Widziałem przez  peryskop czołgu jak giną, robią kilka kroków i padają. Wszyscy wiedzieliśmy jak trudne to zadanie, atakowaliśmy w niemal nieosłoniętym terenie, naszpikowanym różnymi minami pod nieustannym ostrzałem z niezwykle starannie wybranych stanowisk ogniowych. Pomimo wielkiej woli zwycięstwa i determinacji natarcie się nie powiodło. Nie utrzymaliśmy kluczowych pozycji takich jak wzgórze 593 „Widmo” i ponieśliśmy dotkliwe straty. Czołgom naszym przypadło zadanie zabezpieczenia zejścia powracającym oddziałom. Widziałem jak nasi żołnierze wycofywali się i po nieudanym ataku, przechodzili obok naszego czołgu. Byli to przeważnie bardzo młodzi chłopcy i tak jak my nie mieli jeszcze doświadczenia bojowego. Zmęczeni w poszarpanych mundurach z bandażami przesiąkniętymi krwią wracali ze wzgórza.Otworzyłem właz i mówię:- Co się dzieje? Gdzie idziecie?- Niemcy nas atakują – odpowiedział jeden z nich, Wycofujemy się.- Schowajcie się za nasze czołgi. Jak tylko pojawią się na horyzoncie my ich zmieciemy- powiedziałem.Po jakimś czasie i my wycofaliśmy się na pozycje wyjściowe. O świcie wyszliśmy z czołgu bardzo zmęczeni i bardzo przygnębieni nieudanym atakiem. Staraliśmy się sobie coś przygotować do jedzenia, ale mieliśmy tylko twarde sucharki, na które i tak nikt nie miał ochoty. Wypiliśmy tylko herbatę przygotowaną na prymusie. Przez cały następny dzień klasztor rozbrzmiewał wybuchami artylerii i strzałami karabinów maszynowych. Tu i ówdzie było można było rozróżnić pojedyncze wystrzały, zapewne indywidualne pojedynki strzeleckie. Pamiętam jak pewnej nocy wracali z patrolu Polscy Komandosi. Prawdziwa elita, wychodzili przeważnie w nocy szukali najsilniejszych punktów obrony i jeśli było to możliwe likwidowali je. Wracali z dobrych humorach, chyba nawet coś sobie wypili, bo śmiali się i śpiewali. Zauważyłem na ich mundurach niemieckie odznaczenia. Rozpoznałem wśród nich Krzyże Żelazne. Kilku z nich miało także krzyże pozawieszane pod szyją na kolorowych wstęgach.- Skąd wyście to wzięli - zapytałem- Tam z niemieckiego bunkra, odwiedziliśmy ich dzisiaj - padła odpowiedz.Zlikwidowali bunkier dowodzenia a odznaczenia były ich trofeum. Następnego dnia dokonywałem standardowego przeglądu radiostacji, siedziałem na wieży czołgu. W pewnym momencie od strony klasztoru usłyszałem charakterystyczny dźwięk jaki wydają moździerze i gwizd nadlatujących pocisków. Wiedziałem, że upadną tuż obok, bardzo szybko nauczyłem się tej umiejętności. Spostrzegłem, że tuż nieopodal przy niewielkim dębowym drzewie stało dwóch saperów, rozmawiali.- Padnij! Padnij! - Krzyczałem do nich, próbowałem ich ostrzec. Oni jednak tylko spojrzeli na mnie i rozmawiali dalej ignorując mnie całkowicie. Po chwili pociski rozrywały się wszędzie. Schroniłem się we wieży czołgu i kiedy nawała się skończyła, wyjrzałem. Jeden z nich leżał na ziemi z rozprutym brzuchem, konał, drugi już nie żył. Gdyby tylko mnie posłuchali - pomyślałem, prawdopodobnie przeżyliby. Na 17 maja wyznaczono kolejne natarcie na klasztor. Zbieraliśmy siły. W nocy 16 maja wyszliśmy na wyznaczone pozycje bez przerwy prowadząc nieustanny ogień na rozpoznane pozycje niemieckie. Rankiem 17 maja po około godzinnym przygotowaniu artyleryjskim nastąpiło drugie natarcie na klasztor. Nasz szwadron działał w Gardzieli na wysokości wzgórza Widmo stale prowadząc walkę ogniową, która ułatwiła nacierającym oczyszczenie z bunkrów wzgórza 593 i osiągnięcie Widma. Widziałem jak zażarta była to walka, wielokrotnie walczono w ręcz lub strzelano do siebie z bardzo bliskiej odległości. Dopiero w ciągu nocy grupy szturmowe opanowały całkowicie wzgórze 593, a rankiem 18 maja wzgórze 569. My przez cały ten czas posuwaliśmy się za atakującą piechotą wspierając ich ogniem. 18 maja około godziny trzeciej rano pełniłem służbę przy radiostacji w czołgu . Zaskoczyła mnie zupełna cisza, jaka zapanowała na wzgórzu klasztornym, nie słyszałem żadnych strzałów, kompletnie nic. Około godziny 10 rano spojrzałem na ruiny klasztoru i zobaczyłem jak mały oddział 12 Pułku Podolskiego wspina się po gruzach  klasztoru Monte Cassino i zatyka na widocznym miejscu  najpierw proporczyk tego pułku a następnie  biało-czerwoną flagę. Teraz każdy z daleka mógł zobaczyć, kto zdobył klasztor. Flagę Brytyjską zatknięto później i to znacznie niżej od naszej. Zajmowaliśmy wówczas pozycję oddaloną o trzysta metrów od klasztoru.Walka była skończona. Nikt z naszej załogi nie zdecydował się przejść po pobojowisku. Okolica klasztoru była dosłownie naszpikowana minami a zginąć po bitwie w ten sposób było po prostu głupotą. Zaraz po zakończeniu działań zostawiliśmy nasze wysłużone nowozelandzkie Shermany i  wraz z  pozostałymi czołgami z naszej kompani zjechaliśmy w dół. Nie wiem co się z nimi później stało ale podejrzewam,że zabrali je stamtąd gdyż były jeszcze w dobrej kondycji. 
Odpoczynek

Po dwóch tygodniach spędzonych  na Monte Cassino w  nieustanym ogniu odesłali nas na tyły na wypoczynek.Byliśmy bardzo zmęczeni , brudni ale zadowoleni że udało się nam wykonać nasze zadanie i na dodatek wynieść cało nasze głowy. Teraz wszyscy obiecali to sobie to odbić. Zatrzymaliśmy się niedaleko małej miejscowości Potenza Picena. Całe dnie spędzaliśmy na robieniu niczego. Jedliśmy, spaliśmy, graliśmy w karty, śledziliśmy informację z frontu a wieczorem spotykaliśmy się przy ognisku i śpiewaliśmy polskie piosenki. Słowem prawdziwe wakacje. Zaraz po bitwie przyjechał do nas dowódca Brygady Pancernej generał Rakowski. Zebrał nas wszystkich tych, którzy byli pod Monte Cassino i udekorował Krzyżami Walecznych. Niestety co dobre to się szybko kończy , po dwóch tygodniach musieliśmy wrócić  do służby. Ale za to dostaliśmy nowe czołgi prosto z fabryki z działem większego kalibru. Wśród wielu bitew i potyczek jakie przeżyłem w ciągu tej kampanii szczególnie utkwiła mi jedna stoczona nad rzeką Senią. Kiedy to czołg z Drugiej Kompani został trafiony pociskiem 88 milimetrów. Od razu z jednej chwili stanął w płomieniach. Widziałem jak otworzyły się włazy we wieży czołgu i jak załoga próbuje się z niego wydostać. Gdy tylko pojawili się na pancerzu odezwał się karabin maszynowy trafiając dwóch z nich. W środku został jeden ranny w obie nogi. Znałem go dobrze, był to stary i doświadczony żołnierz, służył jeszcze przed wojną, pochodził ze Śląska. Wyskoczyliśmy żeby mu pomóc. Ale za każdym razem, kiedy tylko ktoś z nas próbował zbliżyć się do płonącego czołgu odzywał się karabin maszynowy zasypując nas gradem pocisków.Słyszeliśmy jak wołał:- Pomóżcie, wyciągnijcie mnie z stąd!A później jego przeraźliwy krzyk jak płonął żywcem. Trudno nawet to sobie wyobrazić jak przerażająca była to scena. Takie tragiczne wydarzenia niestety zdarzały dość często, czasami załodze udało się ujść z życiem a czasami płonęła w czołgu. Jako telegrafista nie tylko widziałem, ale też słyszałem co dzieje się wewnątrz po trafieniu, gdyż moja radiostacja musiała pracować bez przerwy na nasłuchu. Nie raz słyszałem przeraźliwy jęk rannych, wycia i błagania o pomoc. Zdarzało się, że byli to koledzy z którymi jeszcze parę godzin temu rozmawiałem podczas postoju, paliłam papierosa. W trakcie akcji bojowej byliśmy pod wielkim napięciem przecież w każdej chwili można było dostać pociskiem 88 milimetrów i zginąć. Nie tego jednak baliśmy się najbardziej, najgorszym było dostać ranę taką, która nie pozwoli ci się wydostać z czołgu kiedy on zaczyna się palić. Jeśli udało ci się wydostałeś ze środka to mogłeś być pewny, że sanitariusze się tobą zajmą. Trzeba było to jednak zrobić bardzo szybko gdyż od chwili trafienia do wybuchu amunicji i paliwa było bardzo nie wiele czasu.

Pantera

Nad rzeką Metauro nacieraliśmy na niemieckie pozycje. Zjechaliśmy z polnej drogi szukając osłony w zaroślach. Był to właściwie mały lasek rosły tam młode drzewa dębowe. Bardzo ostrożnie posuwaliśmy się do przodu. Za nami w tyle jakieś 50 metrów została nasza piechota. Na wzgórzu jakieś pięćset metrów od nas zauważyliśmy niemiecki czołg. Bez wątpienia rozpoznaliśmy typ, była to Pantera. Stała tam zupełnie sama. Promienie słońca odbijały się od jej pancerza czyniąc ją doskonale widoczną. Podjechaliśmy bliżej, ale tak żeby nie zauważyli naszej obecności. Celowniczy dokładnie wycelował i wystrzelił kilka pocisków przeciwpancernych. Zrobił to perfekcyjnie gdyż wszystkie pociski trafiły w cel, ale niestety żaden nie przebił pancerza. Odbiły się tylko nie robiąc mu najmniejszej szkody. Sytuacja stawała się nieciekawa gdyż tamci zapewne gorączkowo rozglądali się, kto nich strzela. Ich działo 88 milimetrów nie miałoby zapewne kłopotów z przebiciem naszego pancerza. Trzeba był coś wymyślić i to zaraz.Powiedziałem do celowniczego:- Spróbuj dać kilka pocisków z opóźnieniem pod podwozie - powiedziałem do celowniczego Liczyłem na to, że pocisk jeśli nawet się odbije od pancerza to od razu nie wybuchnie, spadnie obok Pantery i rozerwie się po chwili. W pocisku była specjalna śrubka, pokręcając ją śrubokrętem w prawo lub w lewo można było spowodować przyspieszenie lub opóźnienie wybuchu. Oddaliśmy kilka strzałów o płaskim torze lotu tuż pod podwozie. I tak ja za poprzednim razem, odbiły się od pancerza, ale upadając tuż obok eksplodowały dopiero po chwili, powodując rozerwanie się gąsienicy. Po chwili zobaczyłem jak z uszkodzonego czołgu ucieka w panice załoga. Daliśmy kilka serii z karabinu maszynowego w ich kierunku, ale nie udało się nam trafić żadnego. Uciekli. Podjechaliśmy bliżej naszym Shermanem i stanęliśmy tuż obok zdobyczy. Pantera miała tylko uszkodzoną gąsienicę, nie zapaliła się. Masz kierowca nie mógł się doczekać żeby wejść do środka, przypuszczał, że we wewnątrz znajdzie wiele interesujących rzeczy. Powiedziałem mu, żeby uważał na cienkie druciki, bo Niemcy mogli zastawić jakieś pułapki. Podczas kampanii włoskiej widziałem to już kilka razy. Nie słuchał mnie, wskoczył do środka i zgodnie z przypuszczeniem znalazł tam parę butelek sznapsa, kilka kiełbas, żytni chleb i wspaniały aparat fotograficzny „ Lajka”, którego mu wszyscy zazdrościli do końca wojny. Ten aparat był tak dobry, że musiał go zarejestrować w brygadzie. 

Tygrys

Z Tygrysem podczas Kampanii Włoskiej mieliśmy szczęście się nie spotkać. Podejrzewam, że takie spotkanie miałoby dla nas fatalne konsekwencje. Sherman w żaden sposób nie mógł dotrzymać pola Tygrysowi w bezpośredniej konfrontacji. Uzbrojony we wspaniałe działo 88 milimetrów i pancerz, którego nie można było przebić naszymi pociskami. Jego pociski z kolei wchodziły w nasze pancerze jak w przysłowiowe masło. Był nawet taki przypadek w Drugiej Kompanii, że pocisk wystrzelony z Tygrysa przebił pancerz Shermana na wylot. Wleciał jedną a wyleciał drugą stroną nie wyrządzając nikomu krzywdy wewnątrz. Było to niedaleko Rawenny polski patrol zauważył na skrzyżowaniu dróg stojącego samotnie Tygrysa. Nie próbowaliśmy go nawet atakować. Powiadomiono tylko o tym fakcie dowództwo. Rano nadleciały amerykańskie samoloty Tajfuny i rakietami trafili go kilka razy. Czołg zapalił się, wybuchła amunicja i paliwo. Kiedy teren był już zabezpieczony poszliśmy go obejrzeć. Z Tygrysem jest tak, że po wewnętrznej eksplozji amunicji i paliwa nie zostaje z niego wiele. Jak ze szlachetną ważą rzuconą na ziemię, rozpada się na drobne kawałeczki. W środku znaleźliśmy całą załogę, nikt nie przeżył. Ich ciała były doszczętnie spalone. 

Esesman

Niedaleko Predapio poruszaliśmy się bardzo wąską polną dróżką. Bardzo ostrożnie wiedząc, że w każdym momencie możemy być zaatakowani z zasadzki przez czołg lub zamaskowane działo przeciwpancerne. Kilka razy przeżyłem taki atak i zapewniam, że tylko ostrożność i uwaga może pomóc wyjść z takiej pułapki cało. Tego dnia słońce paliło niemiłosiernie, nasz czołg wzbijał tumany kurzu. Skupiłem się na oglądaniu drogi wypatrując min, które Niemcy zakładali przy każdej okazji. Rozglądałem się również po okolicznych wzgórzach starając się przewidzieć ewentualny atak. W pewnym momencie zauważyłem jakąś ciemną postać leżącą na drodze, był to trup. Zanim jednak zorientowałem, się w sytuacji gąsienice naszego czołgu przejechały po nim. Zjechaliśmy z drogi w rowie znaleźliśmy osłonę dla naszego czołgu. Dopiero wtedy mogliśmy się zatrzymać i wyjść z czołgu. Zostając na drodze stanowilibyśmy łatwy cel. Nie chcieliśmy ułatwiać roboty Niemcom. Bez trudu odnaleźliśmy owego nieszczęśnika. Wszyscy od razu rozpoznali niemiecki mundur a jego czarny kolor i naszywki świadczyły o tym, że był to esesman.-Jak tak można zrobić, przecież to był człowiek - zwróciłem się do dowódcy .Zapadła chwila milczenia, po czym wróciliśmy do czołgu i przynieśliśmy łopaty. Pomimo tego, że było bardzo gorąco a ziemia twarda postanowiliśmy go pogrzebać. W płytkim grobie jaki udało nam się wykopać złożyliśmy to co po nim zostało. Na koniec oddaliśmy mu honory, salutując. Wiedzieliśmy, że to był nasz nieprzyjaciel, esesman ale też człowiek. Ktoś na niego czekał, miała go przecież matka. Pojechaliśmy dalej. Parę dni później przydzielono nam włoskich partyzantów, którzy wskazywali nam drogę i stanowili naszą tymczasową osłonę. W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie zostaliśmy zaatakowani przez pozostające w ukryciu działo 88 milimetrów. Pocisk uderzył w przód przebijając pancerz czołowy napotykając szczęśliwie dla nas twarde elementy napędowe. Wyskoczyliśmy błyskawicznie z czołgu kryjąc się zaraz w jakiś nierównościach terenu. Spodziewaliśmy się wybuchu czołgu ale nic takiego nie nastąpiło. Po usunięciu zagrożenia ze strony ukrytego nieprzyjacielskiego działa podeszliśmy obejrzeć co z naszym Shermanem. Trafienie jakie otrzymał było tak silne, że prawie obróciło go wokół własnej osi ale nie spowodowało jego zapalenie się. Obejrzeliśmy dokładnie uszkodzenia na płycie czołowej znalazłem dziurę wielkości pięści. Została również zniszczona przednia oś napędowa i spadła jedna z gąsienic. Podszedł do nas porucznik z piechoty.Ten czołg powinniśmy spalić – powiedział. Nie zgodziliśmy się kategorycznie na takie rozwiązanie, liczyliśmy po cichu, że uda się go jeszcze naprawić. Później przyjechał „łazik” i zabrał nas do naszej kompani. Nikt nie miał głowy, żeby zabrać ze środka nasze prywatne rzeczy. Przepadły bezpowrotnie moje wspaniałe zdjęcia, które zrobiłem w Palestynie, Syrii, Egipcie ale również było parę spod Monte Casino. Na przydział nowego czołgu nie czekaliśmy długo. Dostaliśmy  nowy typ Shermana jeszcze z większym  działem. Pewnego dnia, kiedy przygotowywaliśmy nasz czołg do dalszych działań zobaczyłem młodego żołnierza zapamiętałem go dobrze. Miał może 20 lat. Szedł wolno, prowadził przed sobą 19 niemieckich jeńców po ich ogólnym wyglądzie można było sadzić, że bronili się zaciekle. Pod jego poszarpanym mundurem zobaczyłem bandaże spod których sączyła się jeszcze krew. Był sam i zamiast regulaminowej broni angielskiej miał niemieckiego „Schmeissela” Prowadził tą całą grupę przed sobą. Później miałem szczęście spotkać go i usłyszeć całą historię.-Na bunkier ruszyliśmy we dwóch – mówił. Mój towarzysz zginął. Pomimo silnego ostrzału udało mi się dostać na bunkier i przez przewód wentylacyjny wrzucić do środka granaty. W ten sposób zmusiłem ich do poddania się. Był to żołnierz z Trzeciej Dywizji Karpackiej, nie spotkałem go nigdy więcej. 

Spadochroniarze, Faenza i Forli

Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła bitwa, która miała miejsce przed ostatnią ofensywą na Bolonię. Zbliżaliśmy do dobrze umocnionych niemieckich linii obronnych pomiędzy Faenza i Orli. Terem przecinany był dolinami, różnymi rowami, doskonale nadającymi się do obrony. Nas wraz z innym czołgiem z naszej kompani przeznaczono do wspierania natarcia piechoty. Posuwaliśmy się powoli do przodu osłonę naszą stanowili polscy komandosi, którzy mieli niełatwe zadanie wyparcia Niemców z ich stanowisk. Teren dosłownie naszpikowany był bunkrami i gniazdami karabinów maszynowych. Większość tych stanowisk ukryta była w wale ziemnym, którego pierwotnym przeznaczeniem było nawadnianie pól. Zatrzymaliśmy się około 200 metrów przed niemieckimi liniami obronnymi. Niemcy, który byli ukryci za wałem starali się nas rozdrażnić wystawiając swoje hełmy na patykach prowokując nas w ten sposób do strzałów. Drugi czołg wyznaczony do tego zadania wyposażony był w niezwykle skuteczny moździerz. Skontaktowałem się z nim przez radio i już po chwili po niezwykle celnej salwie ciała tych Niemców leciały do góry podrzucone eksplozjami. Z mojego miejsca jakie zajmowałem w czołgu widziałem najlepiej co się dzieje wokół, gdyż radiotelegrafista zajmuje pozycję na samej górze we wieży. Zawsze starałem się widzieć wszystko i o tym co zobaczyłem albo to co mnie zaniepokoiło informowałem dowódcę. Tak było i tym razem, uważnie obserwowałem przedpole. W pewnym momencie zauważyłem, że za muru przeskoczyło na naszą stronę dwóch niemieckich żołnierzy, po kształcie hełmów wiedziałem, że to spadochroniarze. Zaraz upadli na ziemię i zniknęli w pszenicy, która rosła na całym wzgórzu. Wzmogło to moją uwagę jeszcze bardziej gdyż zdałem sobie sprawę, że kiedy uda im się dotrzeć niepostrzeżenie w pobliże naszego czołgu, mogą go bez trudu spalić razem z mani. Teraz liczyła się nawet minuta a każdy błąd może być na wagę życia. Po około 20 minutach z naszej lewej strony zaczęła ruszać się pszenica. To jeden z nich pomyślałem i całą moją uwagę utkwiłem w tym właśnie punkcie. Dosłownie przez ułamek sekundy zauważyłem jego hełm połyskujący w promieniach słońca. Powoli i bardzo ostrożnie zbliżał się metr po metrze w naszym kierunku. Kiedy był już bardzo blisko wychylił się ponownie. Teraz mogłem zobaczyć już jego twarz a nawet białka oczu. Musiałem zacząć działać. Miałem w czołgu karabin maszynowy „Thompson” rzadko go używałem, ale teraz okazał się nieoceniony. Otworzyłem małe okienko i ustawiłem go tam, czekałem na odpowiedni moment. Wiedziałem albo on albo my, innej alternatywy nie było. Po paru minutach ponownie poruszyła się pszenica, a on nieostrożnie podniósł głowę pond nią po raz ostatni w życiu. Na to właśnie czekałem. Wycelowałem i nacisnąłem spust oddając długą serię. Widziałem jak poderwało go lekko do góry a jego głowa trafiona długą serią prawie odpadła. Nie ruszał się znaczyło to, że go zastrzeliłem. Przypomniałem sobie teraz, że za muru przeskoczyło dwóch. Gdzie jest teraz ten drugi? Na pewno jest gdzieś w pobliżu – pomyślałem. I rzeczywiście, po jakiś 15 minutach z naszej prawej strony zauważyłem ruch pszenicy. Ale tym razem już czekaliśmy na niego i kiedy tylko spadochroniarz podniósł głowę troszeczkę wyżej, kolega nie dał mu żadnych szans. Po zakończonej bitwie wyszliśmy obejrzeć pobojowisko i wśród wielu poległych tego dnia odnaleźliśmy naszych pechowych napastników. Leżeli tam gdzie ich widziałem przez peryskop naszego czołgu po raz ostatni. Zdradzał ich również charakterystyczny kształt hełmu. Widziałem już w swoim życiu śmierć zadawaną na różne sposoby, ale tym razem było inaczej. Pierwszy raz mogłem spojrzeć jej w twarz wiedząc, że to ja byłem jej sprawcą. Jeszcze nigdy nie była ona tak rzeczywista i namacalna. Przecież gdyby nie moja seria z automatu ten człowiek żyłby jeszcze. Ale wiedziałem również dobrze, że gdybym tego nie zrobił prawdopodobnie zamiast niego na tym polu dogasałyby resztki naszego czołgu a w nim nasze ciała. Może właśnie dlatego ta bitwa wywarła na mnie największe wrażenie. Kiedy przyszli po nich ci co zbierają zabitych z pola bitwy i odpięli im panterki, zobaczyliśmy, że każdy z nich miał po lewej i po prawej stronie płaszcza V- patrone. Tak sobie myślę, że gdybym nie obserwował wtedy tego przedpola najprawdopodobniej nie mógłbym się podzielić moimi wspomnieniami. Podczas tego samego ataku widziałem jak jeden z naszych komandosów otrzymał fatalny postrzał i zaczął się miotać z bólu. Obok zaraz zatrzymał się samochód pancerny z oznakowany czerwonym krzyżem. Wyskoczył z niego ksiądz również oznaczony opaską czerwonego krzyża na rękawie, ukląkł nad nim i zaczął udzielać mu ostatniego namaszczenia. Nagle w jednym z bunkrów odezwał się karabin maszynowy zabijając go na miejscu. Dokładnie widziałem, z którego bunkra wyszła seria i pokazałem go celowniczemu.Pocisk trafił idealnie w cel. Zaraz po chwili pojawiła się biała flaga, ze środka wyszło kilkunastu Niemców, ci którym udało się przeżyć. Podszedł do nich porucznik tych komandosów, mówił perfekcyjnie po Niemiecku. Pamiętam, że pochodził z Warszawy i nosił litewskie nazwisko.Po Faenza i Forli kontynuowaliśmy dalej walkę, ale opór był już niewielki. W walkach o Bolonię nie brałem już udziału. Po zakończeniu wojny przebywaliśmy jeszcze około sześciu miesięcy we Włoszech. Po czym na pokładzie statku „Brytanik” przypłynęliśmy do Wielkiej Brytanii. W Liverpoolu dokąd wpłynęliśmy powitał nas bardzo serdecznie tłum, grała orkiestra. Nie zdemobilizowano nas jednak od razu, w służbie, w pełnej gotowości pozostaliśmy jeszcze przez 18  miesięcy. Przebywaliśmy wówczas w bazie wojskowej Heeslei niedaleko Yorkshire.Dopiero po tym czasie zostałem zdemobilizowany i mogłem w końcu rozpocząć życie zwykłego cywila. O powrocie do Bubryki  nigdy nie myślałem poważnie po tym jak to miasto znalazło się w granicach Związku Radzieckiego a w Polsce zagnieździł się na dobre rząd komunistyczny. Choć tęskniłem zawsze. 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl