| A A A |
<
 
>  

Michał Babicz

Rocznik 1927

Losy rodziny Babiczów podczas II wojny światowej.


 

Mój ojciec do Wojska Polskiego zgłosił się sam, na ochotnika nie mając jeszcze osiemnaście lat. Za udział w tej wojnie miał obiecaną działkę na Wołyniu. Państwo Polskie wówczas było biedne i w ten właśnie sposób odwdzięczało się swoim obrońcom. Przed przyjęciem jej napisał do swojego ojca, a mojego dziadka: "Zwalniają mnie do cywila. Przydzielili mi za dobrą służbę ziemię". Dziadek odpisał bardzo szybko: "Ty synu wracaj cały i zdrowy. Żadnej ziemi ci nie potrzeba. Jeśli chcesz gospodarzyć przejmiesz moją. Wróć tylko cały i zdrowy!".

Dziadek miał czterech synów. Najstarszego z nich Michała w 1912 roku wysłał do Kanady, kiedy wszyscy zaczęli mówić o szykującej się wojnie. Chciał uniknąć powołania go do wojska. Drugi się ożenił i wyjechał a trzeci dostał dobrą posadę. Tak więc mój ojciec pozostał na gospodarce. Większość naszych pól rozsiana była wokół wsi. Dojazd do nich jesienią i wiosną był utrudniony. Dlatego też, tato zdecydował się sprzedać „ojcowiznę” i kupić ziemię gdzie indziej. W 1935 przenieśliśmy się do małej osady Uwin Nowy pod Radzechowem. Była to kolonia-osada. Olbrzymi rozparcelowany folwark, którego pierwszeństwo zakupu mieli weterani wojny polsko- bolszewickiej. Tam się osiedliliśmy, gospodarząc na 12 hektarach. Pamiętam mieliśmy wielki sad: 120 jabłoni, 80 grusz. Pierwszy zbiór miał się odbyć w 1940 roku. W sierpniu 1939 roku, kiedy okazało się, że wojna zbliża się „wielkimi krokami”, rozpoczęła się powszechna mobilizacja. Kilkanaście dni przed wybuchem wojny o tatę upomniała się ojczyzna. Mama bardzo się tym przejęła. Było nas przecież sześcioro w domu. Przez cały dzień do późnej nocy przygotowywała jedzenie tacie na drogę. Jak skończyła, usiadła w fotelu bujanym i usnęła. Rano, kiedy się przebudziła nie mogła się poruszyć. Tato od razu zaprzęg konie i zawiózł mamę do lekarza w Beresteczku. Kiedy wrócił wieczorem, zauważyłem, że płacze. To był znak. Już wiedziałem. Mama umarł.

Wojna 1939 roku bardzo szybko się zaczęła i od razu przybrała dla nas niekorzystny obrót. Także tato nie zdążył stawić się na miejsce mobilizacji. Został z nami. Jeszcze przed wkroczeniem Rosjan, na południu od nas przez trzy dni słyszeliśmy wielkie wybuchy. Front niemiecki przecież był na zachodzie. Nikt nie wiedział co się dzieje. Okazało się później, że na stacji w Brodach stały dwa pociągi wyładowane amunicją do ciężkiej artylerii, które zbombardowali Niemcy. Właśnie te wybuchy było słychać na całą okolicę. Tydzień po wybuchu wojny na drodze Beresteczko – Radziechów pojawił się niekończący potok ludzi. Jak droga była szeroka, tak była zajęta przez cywilnych uciekinierów. Uciekali dzień i noc. Głównie pieszo, czasem pojawiło się auto. Słyszałem, że nawet ktoś chciał zamienić auto na rower. Transakcja jednak nie doszła do skutku. Po co komuś samochód bez paliwa. Kupno go w tej części kraju graniczyło z cudem. Prawie codziennie nadlatywały dwa samoloty niemieckie. Schodziły bardzo nisko i z karabinów maszynowych strzelały do tej kolumny uciekinierów. Kiedy nadlatywały cały ten karawan rozsypywał się na prawo i lewo. Każdy starał się ukryć, schować w rowie lub gdziekolwiek. Nie wszystkim jednak się to udawało. Naloty te zdarzały się bardzo regularnie. Przylatywały i odlatywały zupełnie bezkarnie. Pamiętam jak jeden z tych samolotów krążył jakiś czas wokół naszego domu. Pewnie chciał przeczytać napis na szkole „Szkoła Powszechna Trzeciego Stopnia TSL”. Wybiegliśmy wówczas wszyscy z domu. Nie mieliśmy się gdzie schować. Wokół same pola. Staliśmy tak i patrzyliśmy a on krążył nad nami. Słyszeliśmy później, że około pięciu kilometrów dalej jakiś chłopiec prowadził gęsi do stawów. Nadleciały samoloty niemieckie i urządziły sobie ostre strzelanie. Na szczęście nie trafili ani w chłopca ani w gęsi. Była to historia, która bardzo szybko obiegła okolicę.

Pewnego dnia, kiedy droga była pełna uciekinierów wjechał na nasze podwórze wielki wóz drabiniasty. Wozem podróżowały dwie rodziny. Jedna pięcioosobowa osobowa a druga była młodym małżeństwem. Właścicielem i woźnicą tego wozu był wysoki, kościsty góral o wystających policzkach. Mówił dużo i robił to używając góralskiej gwary. Dla nas, którzy nigdy wcześniej nie słyszeliśmy takiej mowy było to bardzo interesujące i zupełnie nowe doświadczenie. Tato oprowadził go po gospodarstwie. Pokazał gdzie co jest, pozwolił im korzystać ze wszystkiego. Spiżarnie były pełne zboża i kaszy. Kończyliśmy właśnie gromadzić zapasy na zimę, gdyż czasami jak zimą spadł śnieg to nie można było się z wioski wydostać aż do pierwszych roztopów. Były też przygotowane dwie beczki pełne mięsa, zrobione przez tatę według jego specjalnej receptury. Mogły stać pięć lat i nie miały prawa się popsuć. Jedna z tych beczek uratowała nam później życie. Niespodziewani goście mieszkali u nas dwa tygodnie aż do chwili napaści Związku Radzieckiego na Polskę. Następnego dnia odjechali do domu bardzo dziękując za gościnę. Obiecali, że kiedy pojawimy się w Wadowicach na pewno się zrewanżują. Nagle cały ten potok ludzi idących z zachodu na wschód zatrzymał się. A za jakiś czas zniknął zupełnie. Droga, która jeszcze nie tak dawno była pełna ludzi opustoszała. Tydzień po 17 września do naszej wioski weszli Rosjanie. Była to niedziela. Dom nasz stał na pagórku. Obok niego po prawej stronie znajdowała się szkoła. Droga przecinała osadę na dwie części i przechodziła z jej jednego końca na drugi. Tak więc z naszego okna widzieliśmy wszystko co się na niej dzieje. Pierwszy jechał czołg z czerwoną flagą, za nim pojazdy na gąsienicach i wozy ciężarowe wyładowane czerwonoarmistami. Ukraińcy stawiali im bramy powitalne a młodzi Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach krzyczeli: - Idą nasi! Bili brawo. My patrzyliśmy na nich.

Michał Babicz z ojcem w Palestynie 1943 rok
Tato dobrze wiedział co to znaczy. Po pogrzebie mamy babcia z dziadkiem zamieszkali z nami otaczając nas opieką. Pewnego razu babcia wysłała mnie do Uwina po zapałki. Pobiegłem więc. Do tego sklepu nie było daleko, około 1.5 kilometra. Stanąłem w drzwiach, obok stała pusta beczka po śledziach i worek z solą. Przed długą drewnianą ladą stało trzech oficerów sowieckich. Za ladą stał Żyd sklepikarz z małym chłopcem, chyba był to jego syn. Na ladzie leżała piramida banknotów rosyjskich. Półki zwykle pełne cukierków i innych towarów były puste. Stały dwa olbrzymie worki wyładowane po brzegi artykułami z tego sklepu. Jeden z tych oficerów wskazując na dolną półkę powiedział: - eto

To było pierwsze słowo jakie usłyszałem powiedziane po rosyjsku. Sklepikarz podszedł i podniósł ten przedmiot. Były to popsute organki jego syna Dmuchnął w nie, działały tylko dwie struny. Ale ten oficer odpowiedział: -Eto charaszo.

I położył je na wierzch jednego z worków. Wyciągnął jakiś banknot i dorzucił do piramidy na ladzie. Ja zakręciłem się tylko na pięcie i z całych sił pobiegłem do domu. Bez zapałek. O tym co widziałem opowiedziałem w domu. Niepokoiliśmy się o przyszłość. A wszystkie te wydarzenia tylko utwardziły nas w tym przekonaniu. W naszym domu chleb wypiekaliśmy sami. Był to najlepszy chleb, jaki w życiu jadłem. Wielki, pachnący, okrągły z liściem klonowym na spodzie. Piekło się go w specjalnych koszykach, które pożyczaliśmy od cioci. Pewnego dnia po wypieku babcia wysłała mnie żebym oddał koszyki. Padał drobny deszcz. Szedłem drogą. Nagle, usłyszałem dziwny brzęk tuż obok ucha. To dziwne pomyślałem. Bąki? Osy? Deszcz? Ten dziwny brzęk powtórzył się pięciokrotnie. Kiedy doszedłem do cioci opowiedziałem im o tej przygodzie. Wyjaśnienie tej zagadki okazało się bardzo proste. Weszliśmy na dach stodoły i w odległości około pół kilometra na drodze, która służyła głównie do przeprowadzania koni, leżało trzech mężczyzn z karabinami. Byli to Ukraińcy. To oni strzelali do mnie. Po wkroczeniu Rosjan w osadzie nie aresztowano nikogo. Życie toczyło się w miarę normalnie. Zniknęli tylko starzy nauczyciele, znaleziono nagle nowych. Nie wiem kto to był, bo nie chodziłem już do szkoły. Ale chodził mój młodszy brat. Pewnego dnia przyszedł ze szkoły i powiedział: "Tato nie ma Boga!". Zaskoczony tato spytał, kto mu to powiedział. "No, ta pani co nas teraz uczy". I zaczął opowiadać. "Dzieci, poproście Boga o cukierki – przykazała pani. To my na trzy - cztery, Panie Boże daj nam cukierki. Nic się nie stało. A teraz – powiedziała ojcze Stalinie daj nam cukierki. I my chórem zawołaliśmy: - Ojcze Stalinie daj nam cukierki. Po czym wysunęła szufladę i wyciągnęła torebkę z cukierkami każąc brać nam po kolei.  Z naszego domu, który stał na górze dokładnie jak na dłoni widać było drogę pomiędzy Radziechowem a Beresteczkiem. Po 17 września cała zapełniła się wojskiem sowieckim. Jechali i szli dzień i noc. Na samochodach, konno a nawet traktorami ciągnącymi przyczepy wypełnione żołnierzami. Po dwóch tygodniach wszystko stanęło. Z drogi zniknęli żołnierze. Pojawiła się nowa masa pojazdów wypełnionych różnymi rzeczami. Zmienił się również kierunek tych kolumn. Poruszały się teraz z zachodu na wschód, wyładowane po brzegi meblami i innym zagrabionym mieniem.                             Któregoś dnia przyszło do naszej osady trzech oficerów Armii Czerwonej. Kolbami rewolwerów pukali do drzwi. Najpierw obchodzili podwórza i stajnie. Jeśli na podwórzu był wóz lub w stajni konie wywoływali gospodarza i dawali mu nakaz gdzie ma się zgłosić z zaprzęgiem.

- Jeśli nie przyjedziesz - kula w łeb! Mówili.

Taty wtedy nie było w domu pojechał do lasu po drewno. Stryjek miał mniej szczęścia, musiał jechać. Nie odmawia się przecież na takie zaproszenie. Kiedy znalazł się już na wyznaczonym miejscu stało tam już 180 furmanek. Czekali na inne wozy, które przyjechały z zachodu wypełnione różnym dobrem. W czasie przeładunku i transportu nie wolno było zaglądać co to jest. Stryjkowi jednak udało się zobaczyć co wiezie. Był to cały ładunek polskich koców wojskowych jeszcze zapakowanych. Jechali przez trzy dni w kierunku na Beresteczko. Nad ranem zatrzymali się. Tam już czekali kolejni gospodarze zaproszeni w podobny sposób, gotowi do przejęcia ładunku. Pewnego razu do pierwszego domu przy drodze zapukało do drzwi dwóch żołnierzy radzieckich. Sąsiad właśnie zasiadał z rodziną do kolacji. Kiedy ich zobaczył zgodnie z istniejącym zwyczajem obowiązującym na wschodzie zaprosił ich do środka. Poprosił żeby się przyłączyli ,,Gość w dom Bóg w dom” Zanim jednak usiedli karabiny rzucili pod stół. Mało tego karabiny mieli na sznurkach. Dla Polskiego Żołnierza karabin to świętość a oni rzucili je tak bezceremonialnie pod stół. Kiedy już sobie podjedli zapytali się czy tutaj zawsze jest taki chleb? Powiedzieli im, że polski chłop głoduje i chleb ma tylko po żniwach. Na koniec obaj klęknęli i pomodlili się po rosyjsku. Podziękowali za gościnę i na odchodne powiedzieli, że jeszcze nigdy sobie tak nie podjedli. Po wejściu Rosjan do osady jeszcze przed Bożym Narodzeniem zorganizowano dwa lub trzy razy „mityngi”. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tym słowem – oznaczało ono zebranie, spotkanie. Zebrania te odbywały się zawsze w szkole, zaraz przy naszym domu. Tym razem przyjechał komisarz z Kijowa. Stałem pod oknem z kolegami i słyszałem jak ten komisarz mówił jaki to on jest szczęśliwy mogąc porozmawiać z nami. Jak to mu wszyscy zazdrościli tego wyjazdu tutaj ,na zachód .

10 lutego 1940 roku, rano tato wstał pierwszy. Przez zamarzniętą szybę w oknie zobaczył jakiś ruch przy szkole. Nigdy tego wcześniej nie było. Dzień zapowiadał się mroźnie. Już nad ranem było około minus 18-20 stopni. Co jakiś czas przyjeżdżały sanie zwożąc mieszkańców. Najpierw zwozili tych co mieszkali po przeciwnych końcach osady. W szkole jak się okazało był punkt zborny. Po nas przyszli na końcu, może dlatego, że mieszkaliśmy tuż przy szkole. Usłyszeliśmy walenie kolbami do frontowych drzwi. Tato otworzył. Do środka wszedł oficer ubrany w szary mundur i okrągłą czapkę na głowie w towarzystwie pięciu żołnierzy. Odczytał nam wyrok:

- Rada Najwyższa zdecydowała o tym żeby was przenieść 171 kilometrów na wschód – mówił łamaną polszczyzną.

- Bo tutaj będziemy kopać okopy przeciwko Niemcom.

- Nic nie trzeba wam brać, tam wszystko na was czeka!

A nas sześcioro małych dzieci. Mieliśmy tylko gumowce i jedną parę butów, w której można było wyjść na śnieg. Te po mamie. Zawsze przed Bożym Narodzeniu rodzice jechali do Beresteczka i kupowali nam buty na zimę, ale w 1939 nie zdążyli. Dali nam pół godziny na ubranie się. W między czasie rozeszli się po całym domu i zaczęli robić rewizję. Szukali broni. Pod oknem stała maszyna do szycia. Mama była bardzo wziętą krawcową. Szyła dla nas wszystkie ubrania.

Jeden z tych czerwonoarmistów wysunął szufladę. W środku znajdowały się różne rzeczy: nici, igły i mój pistolet na korki, z którego strzelałem na Wielkanoc. W jednej chwili trzech pozostałych chwyciło tatę i jak snop rzucili go w kąt pokoju. Stała tam jeszcze choinka. Podskoczyli do niego z bagnetami na karabinach mierząc w pierś. Jak to zobaczyliśmy, podniósł się taki krzyk i lament, że trudno to sobie wyobrazić. Niedawno straciliśmy mamę a teraz tatę chcieli nam zamordować. W ostatniej chwili, do dziś nie wiem skąd tato miał tyle zimnej krwi, krzyknął do komisarza:

- To zabawka, to dziecinna zabawka!!! I pokazał na mnie palcem.

Komisarz wziął ten pistolet w rękę i powiedział:

- Eto zabawk. I odłożył go z powrotem do szuflady.

Kiedy zaczęliśmy się ubierać podjechały sanie.

- Za pół godziny jedziecie – powtórzył komisarz.

W drzwiach stał żołnierz, młody chłopak wyglądał może na siedemnaście lat. Kiedy przechodziłem obok niego szepnął do mnie po rosyjsku:

-„Bieri wsio tam niczewo niet” Bierz wszystko tam niczego nie ma.

Ja to usłyszałem, podszedłem do taty i mówię:

- Tato ten przy drzwiach mówi żeby wszystko brać. Że tam niczego nie ma.

Aby się upewnić postanowiłem przejść raz jeszcze obok niego. Stanąłem obok niego, tuż przy futrynie.

On jak tylko był pewny, że nikt nie słyszy mówi ponownie

- „Bieri wsio tam niczewo niet”. (Bierz wszystko tam niczego nie ma)

W ostatniej chwili, kiedy my wsiadaliśmy na sanie, tato wrócił się i przyniósł beczkę mięsa i worek mąki. Sanie ruszyły. Nie wieźli nas już do szkoły tylko od razu w kierunku na Radziechów. Przyjechaliśmy na stację. Stały tam bydlęce wagony z rozsuwanymi drzwiami. W środku były dwa otwory. Jeden to ubikacja a drugi to komin. Stał również piecyk, ale nie było czym w nim palić. Po prawej i po lewej stronie stały dwa poziomy prycz. My zajęliśmy górę. Ja miałem swoje miejsce w samym rogu. Nade mną było nieduże zakratowane okienko. Na nim wypisane były nazwy miejscowości rosyjskich przez, które przejeżdżali wcześniejsi pasażerowie tego wagonu. Znaczyło to, że nie byliśmy pierwsi. Przed nami był ktoś inny. Pociąg ruszył. Okazało się później, że jechaliśmy zgodnie z mapą wydrapaną nad okienkiem. Było bardzo zimno. W wagonie znajdowało się dwadzieścia osiem osób wśród nich kobiety i dzieci. Cztery rodziny. Kompletnie bez żywności. Było zbyt mało czasu żeby się odpowiednio zaopatrzyć. My mieliśmy ten worek mąki i beczkę mięsa, którą podzieliśmy się ze wszystkimi. Co jakiś czas podrzucali nam wiadro węgla. Dopiero po czterech dniach rozsunęli drzwi i szukali ochotników do przyniesienia wody. Zgłosiłem się. Skład zatrzymał się w Zdołbunowie. Byłem niski, ale krępy i silny. Zrobiłem to jednak głównie po to żeby się wyrwać z tego wagonu i zaczerpnąć świeżego powietrza. Kiedy stałem tak przy kranie pomyślałem o ucieczce. Miałem stryja w Brodach a wiedziałem, że ta linia kolejowa prowadzi do Brodów. Chciałem uciec do niego i przeczekać to wszystko. Ale po chwili przyszło opamiętanie. Gdzie będę uciekać? Tam tato przecież został i rodzeństwo.

Po następnych czterech dniach dostaliśmy pierwszy raz dwa wiadra zupy. Czy to była zupa? Pływało w niej tylko kilka oczek tłuszczu, bez kaszy i mięsa, ale najważniejsze, że była gorąca. Powtórzyło się to kilkakrotnie, przeważnie gdy zatrzymywaliśmy się w szczerym polu. Kilka razy też dostaliśmy chleb. W trakcie podróży spotykaliśmy inne transporty z ludźmi. Jechały w tym samym kierunku co nasz. Czasem zdarzało się, że zatrzymywały się nawet trzy, jednocześnie. Wtedy staraliśmy się jakoś porozumieć przez te małe zakratowane okienka.

- Skąd wy jesteście?- krzyczeliśmy

- Z Łucka – padła odpowiedz.

- A wy?

- Z Radziechowa

- A dokąd nas wiozą?

- Chyba jak im torów starczy - ktoś zażartował.

I rzeczywiście po 22 dniach, 2 marca 1940 roku rano pociąg uderzył w bufory. Zatrzymał się. Dalej już nie jechał. Nie było torów. Byliśmy na miejscu. Przysiółek nazywał się Kopytowo ,,Sowyczegocki Rejon, Archangielska Obłość, nad rzeką Wyczegdą na wschód od Kotłasu. Otworzyli drzwi wagonu. Obok stał skład załadowany wielkimi klocami drewna. Podjechały sanie zaprzężone w jednego konia. Ładowali na nie po jednej rodzinie i przewozili do baraków. Stało tam ich sześć. Wysokich, piętrowych zbudowanych z okorowanych bali. Między balami był mech, który służył za izolację. Później okazało się, że wiosną i latem była to wylęgarnia pluskiew. Nie było żadnego sposobu żeby się ich pozbyć. W środku baraki były podzielone na części. Jedna część składała się z dwóch małych pokoi i jednej wspólnej kuchni z płytą do gotowania po środku.

Nie było żadnych mebli i sprzętów. Nasza siedmioosobowa rodzina zajęła jedną izbę. Obok zamieszkała ciocia ze swoją sześcioosobową rodziną otaczając nas opieką. Było bardzo zimno, temperatura wahała się w granicach minus 30 stopni, a czasem spadała poniżej. Wokół zalegał śnieg o grubości półtora metra. Pierwszą rzeczą jaką dostaliśmy po przybyciu była gorąca woda. Codziennie rano przyjeżdżał beczkowóz ciągnięty przez jednego konia. Kto tylko miał jakieś naczynie biegł szybko je napełnić. Nie dostawaliśmy żadnego jedzenia. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że jest stołówka ,,Stołowaja”. Tam jeśli kogoś było na to stać mógł kupić sobie zupę grochową. Było to najtańsze danie. Zwykły groch gotowany z posoloną wodą. Ale na początku nawet na to nie mogliśmy sobie pozwolić. Nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Po kilku dniach wszystkich dorosłych mężczyzn zabrali do pracy. Zabierali również kobiety, które nie miały dzieci. Musieli iść wszyscy, którzy ukończyli szesnasty rok życia. Zdarzało się również, że matki które mogły zostawić dzieci po opieką rodziny np. z dziadkami zgłaszały się na ochotnika. Była to jakaś szansa przeżycia dla siebie i dla rodziny. Dlatego, że każdy taki robotnik dostawał książeczkę ,,Pracujący Człowiek”. Może nie płacili regularnie, ale można było na nią kupić chleb i inne artykuły pierwszej potrzeby. Tato dzięki swojej mógł kupić jeden kilogram chleba dla siebie i po 200 gromów na każde dziecko. Razem dla wszystkich dostaliśmy 2 kilogramy i 200 gramów. Przydziałowy chleb różnił się zasadniczo od naszego, polskiego. Nie był okrągły, tylko prostokątny, formą przypominający cegłę. Ciemno-brązowy i jakby czymś nasiąknięty wewnątrz, dosłownie wilgotny. Ta wilgoć właśnie dawała ten ciężar. Tak więc 200 gramów to była tylko kromka chleba.

Kiedy wszystkich zabrali już do pacy zostaliśmy sami. Postanowiliśmy pomóc naszym rodzinom. Zebraliśmy się na placu. Gromada dwudziestu dziewięciu chłopców, 12-nasto, 13-nasto i 14 nastoletnich. Zaczęliśmy krzyczeć po rosyjsku:

- Chcemy do pracy! Chcemy do pracy!

Kierownikiem tego przysiółka był pułkownik NKWD. Usłyszał o tym i bardzo mu się to spodobało, że mali chłopcy upominają się o pracę.

Zebrał nas i przydzielił brygadzistę. Był nim Rosjanin około 25 letni. Od razu zaprowadził nas do magazynu. Tam były siekiery i bosaki, które nam rozdali. Dla mnie siekiera okazała się zbyt ciężka. Pomimo, że miałem już 12 lat i byłem jak na swój wiek silny. Podnieść to ją podniosłem, ale użyć już jej nie mogłem. Była po prostu za ciężka. Dostałem bosak. Zaprowadzili nas nad rzekę Wyczegdę. Była cała skuta lodem. Dzień był bardzo możny i wietrzny. Jak okiem sięgnąć na całej jej długości i szerokości widać było w lodzie wmarznięte bale drzewa.

Nasza praca polegała właśnie na wykłuwaniu tego drzewa z lodu siekierami. Nazywało się to „wykołka” Później bosakami wyrywaliśmy je by następnie po cienkich drzewcach, jak po szynach transportować je do brzegu .Tam układało się je w stosy. Na samochody ładowali je już mężczyźni. My byliśmy na to za słabi. Ale najważniejsze, że dali nam książeczki ,,Pracujący Człowiek”. W rubryce przydział chleba było 1 – 0. Oznaczało to, że dla mnie przysługiwał tylko jeden kilogram chleba. Wziąłem ołówek chemiczny i z małego zera, które wypełniłem w środku zrobiłem dwójkę. Miałem teraz jeden kilogram i dwa razy po dwieście gram. Teraz lekcje kaligrafii procentowały. O dziwo nikt tego nie odkrył. Czasami do „ławoczki”, sklepu coś przywozili. Od razu było to widać, ustawiała się olbrzymia kolejka. Szczęściarze kupili oczywiście na książeczkę papierosy lub machorkę. Za tytoń, można było dostać wszystko. Czasami nocą z lasu przychodzili nieznani nikomu obcy ludzie i przynosili ze sobą masło, oliwę a nawet i cukier. Domyślaliśmy się, że są to strażnicy z łagrów. Najprawdopodobniej okradali tych, których pilnowali. Oddawali to, ale nie za pieniądze tylko za machorkę i tytoń.

 

Ruszyły się lody na rzece.

 

Przyszła wiosna 1940 roku. My zaczęliśmy chorować - szkarlatyna i dyzenteria. Wszystko spowodowane było wyczerpaniem i głodem. Pomimo osłabienia i tak musieliśmy chodzić do pracy.

Był jeszcze szpital. Ale nie wiem co było gorsze. Kiedy zachorowałem i chcieli mnie zabrać, uparłem się, że nie pojadę. U sąsiada z sześciorga dzieci chorych na szkarlatynę czworo nie wróciło z leczenia. Kto tam pojechał to przeważnie nie wracał. Dla nas najgorszy był pierwszy rok, kto go przeżył miał szansę. Wokół było pełno lasów a w nich grzyby i jagody czerwone i czarne. Jednak wyprawiając się w las trzeba było bardzo uważać, żeby nie zbłądzić. Wiele osób z takiej wyprawy nie wróciło. Straciły orientację i zaginęły.

Chodziliśmy codziennie i zbieraliśmy całe te bogactwa. Jedną beczkę wypełniliśmy jagodami a inną grzybami. Później, kiedy przyszła zima każdy z nas brał ich miarkę. Choć jagody były bardzo kwaśne i bez cukru smakowały wyśmienicie. Mieliśmy już jakieś zapasy, ale to wszystko było mało. Kiedy okazało się, że pomimo ciężkiej pracy taie nie uda się nas wszystkich wyżywić, zjawił się kapitan tego przysiółka. Choć z NKWD był dobrym człowiekiem.

- Stiepan, Stiepan – mówił. Bo tacie było Stefan.

- Jak ty ich wykarmisz?

W tym czasie umarli nasi sąsiedzi zostawiając dzieci same, bez opieki. On wystarał się dla nich o sierociniec i zaproponował, żebyśmy pojechali razem z nimi. Pamiętam jak tato z racji tego, że byłem najstarszy postanowił podjąć decyzję razem ze mną.

- Jeżeli chodzi o mnie - powiedziałem, ja sobie poradzę sam, ale jeśli zabiorą Gienka i Bolka, którzy mieli wówczas, pierwszy 2 a drugi 5 lat, to na pewno przepadną bez śladu. Z ciężkim sercem tato zdecydował, że do sierocińca pójdą Staszek, Marysia i Bolek.

Najmłodszy z naszej szóstki Gienek zostanie pod opieką o dwa lata młodszej ode mnie siostry Broni, która stała się dla niego mamą. Był tam z nami kuzyn Józek, mistrz stolarski. Papiery mistrzowskie zdobył jeszcze przed wojną. Szybko to odkryli i w nowo budowanej szkole został odpowiedzialnym za wszystkie drzwi i okna. Pozwolono mu dobrać współpracowników. Minusem tej pracy była jednak niska płaca. Poszedł więc wynegocjować podwyżkę.

Kiedy mu odmówiono raz i drugi, zarządził strajk – w Rosji komunistycznej! Dowiedzieli się o strajku w NKWD. Przyjechało trzech „drabów” i z miejsca go aresztowali. Zaprowadzili pod bagnetami do biura pułkownika NKWD. On nakazał wyjść straży i zamknąć drzwi.

- Byłem gotowy na wszystko, nawet rzucić się na niego i go udusić – mówił mi później Józek .

- On zmierzył mnie od stóp do głowy i kiedy już byliśmy sami powiedział:

- Panie Babicz, co pan tu wyprawia?

- Powiedział to taką polszczyzną jakiej dawno już nie słyszałem. Nogi się pode mną ugięły.

- Takich jak pan już tu mieliśmy - dodał.

- Gdybym chciał to pański żywot skończyłby się o pierwszej po północy.

- Zapamiętaj pan co teraz powiem. Ja pana aresztuję, zamieszka pan przy moim domu, żona będzie pana pilnować. Co ona powie to ma być zrobione. Ale jeżeli piśnie pan o tym choćby jedno słówko ja będę o tym wiedział.

Okazało się później, że tan pułkownik dostał nowy dom, ale zupełnie bez mebli. Aresztował więc go żeby to zmienić. Józek był bardzo dobrym stolarzem więc narobił różnych krzeseł, łóżek, stołów. Nawiasem mówiąc żona komendanta otoczyła go troskliwą opieką.

Nadszedł 22 czerwiec 1941. Przyszliśmy do stołówki, a tam na ścianie rozwieszona była odezwę Salina: ,,Towarzysze, bracia i siostry, Niemcy napadły na naszą ojczyznę”. I tak z „wrogiego elementu” staliśmy się automatycznie sojusznikami. Wojna to zawsze wielka tragedia niosąca śmierć i zniszczenie. Ale dla nas najważniejsze było to, że byliśmy w końcu wolni. Ogłoszono amnestię. Mogliśmy jechać tam gdzie chcieliśmy i to nawet zaraz. Doszły do nas wieści, że na południu formują się oddziały Wojska Polskiego. Wszyscy chcieli uciekać jak najdalej i jak najszybciej. Żeby tylko opuścić to straszne miejsce zsyłki - Syberię. Dopiero 4 października 1941 roku udało się nam dostać na statek parowy, który płynął wzdłuż rzeki Wyczegdy do Kotłasu. Płynęliśmy po moich braci i siostrę. Na miejscu w Sowyczegocku dowiedzieliśmy się, że w ośrodku przebywa tylko Bolek. Dwa tygodnie przed naszym przyjazdem Staszka i Marysię przenieśli do innego sierocińca w Niżnej Tojmie pod Archangielsk. Dotrzeć do nich tam o tej porze roku było po prostu nie możliwe. Zabraliśmy tylko Bolka, pomimo nalegań Dyrektora:

- Dokąd go zabierzesz? Wojna jest. Jak to wszystko się skończy odeślemy go z powrotem. Tato nie dał się przekonać i dalej jechało nas już pięcioro. Czyli tato i nas czwórka dzieci. W Kotłasie wraz z kilkoma innymi rodzinami postanowiliśmy wynająć cały wagon towarowy. Mieliśmy trochę zaoszczędzonych rubli na czarną godzinę. Wagon doczepili do lokomotywy. Nikt dokładnie nie wiedział gdzie cały skład jedzie. Znaliśmy tylko kierunek - na południe. Na pierwszy postój pociąg zatrzymał się po trzech dniach. Stacja nazywała się Mołotow. Zaraz wszyscy wyskoczyli z wagonu.

Przed wielkim budynkiem zobaczyłem długą kolejkę, znaczyło to tylko jedno - coś jest. Bez chwili namysłu stanąłem i ja. Kiedy się dokładnie rozejrzałem, zauważyłem, że stoją tam tylko mężczyźni i młodzi chłopcy może tylko trochę starsi ode mnie. Zrozumiałem, że są to rekruci armii radzieckiej, którzy zatrzymali się tutaj na posiłek. W drzwiach stał stary sierżant i wydawał każdemu łyżkę. Kiedy mnie zobaczył zapytał po rosyjsku:

- I ty chłopcze do armii?

- Da - odpowiedziałem szybko.

- To pamiętaj -mówił dalej podając mi łyżkę

- Nie zgub jej ani nie daj jej sobie zabrać, bo z drugiej strony już nie wyjdziesz.

W środku stały wielkie drewniane ośmioosobowe stoły a na każdym z nich olbrzymia waza gorącej zupy i czterysta gramów chleba dla każdego. Pierwsze co zrobiłem jak usiadłem, schowałem chleb za pazuchę. Bałem się żeby nikt mi go nie zabrał. Była to wspaniała zupa pełna przeróżnych jarzyn i było w niej mięso mielone. Wcześniej jedliśmy tylko groch gotowany z wodą szumnie nazywany zupę grochową. Czasem trafiała się ryba ale była tak słona, że kto się na nią skusił pokutował strasznie. Pragnienie paliło go później niemiłosierne. A to tu, było prawdziwą ucztą. Mogłem jeść tyle ile tylko chciałem i byłem w stanie.

Dojechaliśmy do Samarkandy. Tam okazało się, że nie mogą nas już przyjąć. Zgłosiło się za dużo Polaków. Nie byli wstanie wyżywić dodatkowej rzeszy paru tysięcy wygnańców. Wysłali nas dalej na zachód, jechaliśmy w kierunku rzeki Amur-Darii. W Farabie zmieniliśmy wagony towarowe na barki. Związali je cztery razem i przymocowali do statku parowego. Po zaopatrzeniu nas w prowiant ruszyliśmy w dół rzeki Amur-Darii w kierunku morza Aralskiego. Po trzech dniach zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie nie było żadnej przystani. Zrzucili trap. Byliśmy na miejscu. Czekał już na nas transport. Pojazdy na dwóch kółkach ciągnięte przez osła, byka lub krowę zwane arbami. Zawieźli nas do kołchozu kazaskiego gdzie zajmowano się uprawą bawełny. Życie tam było tak prymitywne, że miało się wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie o około 500 lat. Wysadzili nas przed jednym z glinianych domów. Były to bardziej szałasy zbudowane z gliny i słomy z otworami zamiast okien. Na środku było palenisko a w suficie zamiast komina otwór przez który wydostawał się dym. Wewnątrz znajdowało się również podwyższenie zrobione z gliny na którym siadało się w kucki. Weszliśmy do środka. Przed wielkim kotłem zawieszonym nad paleniskiem siedziała kobieta i co jakiś czas coś do niego wrzucała. Kiedy nas zobaczyła takich wynędzniałych, rozpłakała się. Dali nam tam jeść i zakwaterowali w takim samym glinianym domku. Następnego dnia musieliśmy iść już do pracy w polu. Zbieraliśmy bawełnę. Była to bardzo ciężka i bolesna praca. Główka, którą trzeba było zerwać miała bardzo ostre krawędzie dlatego też każdy z nas miał poprzecinane palce. W dzień zbieraliśmy te makówki a wieczorem oddzielaliśmy od nich watę. Na jedną stronę odrzucaliśmy bezwartościowe skorupy po makówkach a na drugą oddzieloną bawełnę. Bawełna miała jeszcze w sobie małe twarde kostki, ale je już usuwali maszynowo. Kiedy tak siedzieliśmy wieczorem oddzielając tą watę do środka wszedł nieznany mężczyzna. Usiadł przy nas i zaczął nam pomagać. Po chwili jednak odezwał się po rosyjsku;

- Dzisiaj pojedziecie z powrotem.

Kiedy to usłyszałem wyjrzałem przed szałas. Stała już tam arba zaprzęgnięta w byka, na nim siedział Kazach z wielką czapą na głowie.

- Tak, tak dzisiaj jedziecie - powtórzył nieznajomy mężczyzna.

Po pól godzinie nasze rzeczy leżały już na arbie i jechaliśmy z powrotem. To znaczy, ja z tatą szedłem obok a pozostali jechali na wozie. Po czterech godzinach dotarliśmy do Hebronu. Tam ponownie załadowali nas na barki. Wracaliśmy tą samą rzeką tylko w przeciwnym kierunku. Wcześniej z prądem płynęliśmy trzy dni a pod prąd jak się później okazało - czternaście. Barki, na które nas zaokrętowano były przywiązane do siebie na kształt wielkiej platformy. Podczepili je do statku. Nie posiadały żadnego zadaszenia pod, którym by można się było schować. A był to już listopad. Padały ulewne deszcze. Każdy starał się jakoś sobie radzić. Jeśli tylko coś miał, czym mógł się ochronić przed deszczem zarzucił to na siebie. Ale i tak niewiele pomagało. Siedzieliśmy zupełnie przemoczeni i zziębnięci. Ale najgorsze chyba było to, że na barkę załadowano tylu wygnańców ilu tylko się dało. Wszyscy chcieli płynąć. Wydostać się z tego ,,piekła” za wszelką cenę. Tak więc staliśmy w zupełnym bezruchu. Obok mnie stał mój tato. Dalej Komenżowie - nasi sąsiedzi jeszcze z Uwina Nowego. Po jednej z tych zimnych i deszczowych nocy pani Komenż umarła. W tym ścisku, skonała na stojąco, obok nas. Pamiętam jak barka się zatrzymała, wyskoczyliśmy, żeby wykopać dół. Nie mieliśmy żadnych narzędzi do wykonania tej pracy. Ziemia była bardzo twarda, gliniasta, po suchym lecie bardzo zbita. Rwaliśmy ją rękoma, żeby tylko wykopać rów i położyć ciało. Udało się nam przygotować tylko bardzo płytki dół. Ot tak tylko żeby przykryć ciało niewielką ilością ziemi. W czasie tej podróży umarło wielu.

Statek zatrzymywał się przeważnie w zakolach rzeki i za każdym razem na brzegu zostawało kilkanaście płytkich grobów.

Na każdym postoju wyskakiwaliśmy i jeśli tylko ktoś miał siekierkę lub inne narzędzie „atakowaliśmy” rzeczne znaki nawigacyjne. Po kilkunastu minutach nie było już nic drewnianego w pobliżu. Płonęło dziesiątki ognisk, żeby tylko zagotować wodę i napić się czegoś gorącego. Na całą tą podróż nie dostaliśmy żadnego zaopatrzenia. Każdy musiał radzić sobie sam.

Szczęśliwie kiedy pracowaliśmy przy zbieraniu bawełny, wzięliśmy jej trochę ze sobą. Mieliśmy też kilka sucharków, które wcześniej zaoszczędziliśmy. No i nasz największy skarb, woreczek suchego chleba, który wieźliśmy jeszcze z Syberii. Mieliśmy go od wiosny 1941 roku kiedy można było kupić dodatkowy chleb. Pokroiliśmy go w kromki i zasuszyliśmy. Teraz była to rzecz bezcenna, na wagę życia. Pewnej nocy kiedy tak staliśmy stłoczeni zginął nam ten „skarb”.

Tato zaraz narobił szumu.

- Mam tyle dzieci a ktoś ukradł im jedyne jedzenie – krzyczał

Zrobiło się ogromne poruszenie. Każdy chciał pomóc. Wszyscy zaczęli sprawdzać wokół swoich sąsiadów . Kto co ma! Taka samoistna sąsiedzka rewizja. Dzięki szybkiej akcji udało się odnaleźć woreczek u pewnej rodziny. O której wszyscy wiedzieli, że trzeba na nią uważać. Tylko dzięki temu udało się go odzyskać. Wody Amur-Darii były brudne, mętne i brązowe całkowicie nienadające się do picia. My mieliśmy watę, której kawałeczek kładliśmy na dno naczynia i w ten sposób odfiltrowywaliśmy ją. Woda nie była całkowicie czysta, ale to już wystarczyło żeby ugasić pragnienie. Dla niektórych podróż ta była ostatnią w życiu. Wielu umierało z wyczerpania i głodu, inni znajdowali śmierć w bystrym nurcie rzeki. Brzegi barki były śliskie. Padały nieustanne deszcze. Trzeba było ciągle mieć się na baczności. Jeśli ktoś zrobił jeden nierozważny krok lub po prostu osłabł lądując w wodzie nie miał szans. Nie było dla niego ratunku. Widać było jeszcze jak próbuje walczyć, starając utrzymać się na powierzchni. Wzywa pomocy krzycząc co sił w gardle Ratunku! Ratunku! Otwiera usta żeby nabrać powietrza. Najpierw zanurzał się parokrotnie. Widzieliśmy jego przerażoną twarz. Później opadał z sił i znikał pod lustrem rzeki. Czasami widać było włosy i ręce uniesione do góry. Jakby liczył, że w ostatniej chwili ktoś go ocali. Szedł na dno. Był to już koniec. Został tam do dzisiaj. Nikt na nawoływania o ratunek nie reagował. Wszyscy tylko patrzyli bezsilnie na to co się dzieje. Byli za bardzo osłabieni i wyczerpani żeby pomóc. O kole ratunkowym nie było mowy bo takiego sprzętu na barce po prostu nie było. Tylko patrzyliśmy. Po kilkunastu dniach podróży kiedy tak staliśmy prawie że bez ruchu rzuciła się plaga wesz. Łaziły wszędzie i było ich mnóstwo. Gryzły strasznie powodując okropne swędzenie. Nie było na nie lekarstwa. Próbowaliśmy strzepywać je z ubrania ale to niewiele pomagało. Po czternastu dniach dopłynęliśmy do Farabu. Znaliśmy już to miejsce dobrze. Stąd właśnie kilka tygodni wcześniej płynęliśmy w dół rzeki.

Rano załadowali nas do pociągu, jechaliśmy w kierunku wschodnim.

Po dwóch dniach pociąg zatrzymał w Kasanie. Nie była to stacja tylko punkt gdzie stał ogromny bak z wodą i pompa. Pociągi zatrzymywały się tam tylko po to żeby uzupełnić wodę. Czekały tam już arby. Wozy na dwóch kolach zaprzężone w osiołki. Nimi przetransportowali nas czternaście kilometrów do uzbeckiego kołchozu ,,Engels”. Dostaliśmy tam na dwie rodziny jedną kibitkę, dom zbudowany z gliny i słomy. Naczelnikiem tego kołchozu był Uzbek, zatwardziały komunista. Znał tylko kilka słów po Rosyjsku i bardzo nie lubił Polaków. Jeśli mówił cokolwiek do nas to robił to z wielką nienawiścią i pogardą. Najgorszym było jednak to, że nie mogliśmy znaleźć nigdzie pracy. Czekaliśmy. Nadszedł w końcu styczeń 1942 roku. Na początku tego miesiąca przyjechała do Kasanu komisja lekarska i zaczęła rekrutować wszystkich chętnych mężczyzn do Polskiego Wojska. Oczywiście spełniających określone wymogi zdrowotne. Właśnie po to przejechaliśmy z północy. My i ponad dwa tysiące innych naszych rodaków. Mężczyzn, którzy przeszli pozytywnie komisje lekarską zabrali. Pewnego dnia załadowano ich do wagonów i zniknęli za horyzontem. Zostały ich rodziny, żony i dzieci. Została też spora liczba osób starszych ale również ci którym ze względu na fatalny stan zdrowia nie udało się dostać w szeregi Wojska Polskiego. My już bez taty wróciliśmy do naszego kołchozu. Obiecano nowo wcielonym, że ich rodziny zostaną otoczone właściwą opieką.

Tymczasem jak tato poszedł do wojska, ślad po nim zaginął. Nikt nie przyjechał, nie zaopiekował się nami. Upływały dni a później tygodnie. Czekaliśmy na obiecaną opiekę ale chyba bardziej na wiadomości od taty. Na cokolwiek co mogłoby nas upewnić w przekonaniu, że wszystko u niego w porządku.

Najbliższa poczta była w Kasanie, oddalona od naszego kołchozu czternaście kilometrów. Tam wszystkie listy, które przychodziły przypinali przed pocztą na tablicy. Chodziłem tam co drugi dzień licząc, że będzie coś i do nas. Nic nie było. Dużo później dowiedzieliśmy się, że w obozie wojskowym gdzie był tato wybuchła epidemia tyfusu i zostali obłożeni kwarantanną. Nie mógł stamtąd wyjechać żeby zobaczyć co się z nami dzieje a po za tym otrzymał zapewnienie, że jesteśmy po dobrą opieką. Zacząłem szukać jakiegoś zajęcia, pracy, czegokolwiek żeby przeżyć. W tej wiosce gdzie byliśmy znajdowało się stare cmentarzysko uzbeckie. Obok była również świątynia, wcześniej już zburzona przez komunistów. Do budowy tej świątyni użyto kamienia. I właśnie do oczyszczania tego kamienia z zaprawy zagonili wszystkich co zostali. Byli tam starsi ode mnie ale pracowały też kobiety. Pracował tam z nami również pewien Uzbek, był już w średnim wieku, ale mówił po rosyjsku. Znałem już język rosyjski i już mogłem z nim porozmawiać.

Od razu poczuł do mnie jakąś sympatię i rozpoczął uczyć mnie języka uzbeckiego. Naukę zaczęliśmy od liczenia. Tak, że po dwóch tygodniach znałem podstawowe zwroty i wyrażenia uzbeckie. Kiedy tak rozmawialiśmy zapytałem go skąd zna rosyjski. Kiedy to usłyszał, zamarł, nie odpowiedział ani słowa. Rozejrzał się tylko nerwowo na boki. Powtórzyłem więc pytanie, reakcja była taka sama.

Dopiero po kilku dniach kiedy byliśmy sami powiedział do mnie półgłosem :

- Ty mnie o to nigdy nie pytaj. Ja byłem tam skąd ty przyjechałeś. Byłem tam pięć lat. Nie wiem za co. Tam właśnie w łagrach nauczyłem się rosyjskiego. Jak mnie zwalniali, zapowiedzieli, że jeśli pisnę słówko o tym co widziałem i co robiłem wrócę tam ponownie. Ale tym razem na dłużej, na jakieś dwadzieścia pięć lat.

Dowiedziałem się, że na końcu drogi przechodzącej przez wioskę był mały sklepik. Postanowiłem to sprawdzić. Podchodzę pod ten sklepik a tam na wystawie w oknie stoi piramida zrobiona z zapałek. Wziąłem jedno pudełko. Zapłaciłem za nie dwie kopiejki i biegiem wróciłem do swojej kibitki. Tam czekali już na mnie bracia i siostra. W przeciągu dwóch tygodni wykupiliśmy wszystkie zapałki. Pamiętam jak jechaliśmy z Syberii zapałek nigdzie po drodze nie można było dostać. A przecież taka zwykła zapałka była artykułem pierwszej potrzeby. Znałem takich ,,speców”, których spotkałem w trakcie podróży, że potrafili zapałkę podzielić na cztery części i użyć ją tyleż razy. Zapewniam, że była to bardzo ważna i użyteczna umiejętność. Kiedy głód zajrzał nam w oczy włożyłem cztery pudełka w kieszenie podartych spodni i poszedłem na bazar do Kasanu oddalonego od nas czternaście kilometrów, spróbować je sprzedać. Ustaliłem cenę wyjściową na dziesięć rubli. Kiedy cena wydała się za wysoka potencjalnemu klientowi spuszczałem do ośmiu a czasami nawet do pięciu. Ale to była dolna granica, poniżej której nigdy nie schodziłem. Często też udawało mi się sprzedać je za dziesięć. I ten właśnie handel zapałkami trzymał nas przy życiu. Bo ja wychodziłem codziennie na bazar zarabiając parę rubli za każdym razem. Za nie kupowałem zawsze coś do jedzenia.

Naszą kibitkę zajmowaliśmy razem z Komenżami. Panią Komenż zostawiliśmy na brzegu rzeki Amur- Darii w płytkim grobie. Z ojcem zostało dwóch synów. Józek, który miał już piętnaście lat i Michał młodszy ode mnie o dwa. Ich ojcu nie udało się przejść pozytywnie komisji lekarskiej ze względu na fatalny stan zdrowia. Nigdy nie zapomnę tego jak siadał przed nami i mówił :

- Ja chciałbym jeszcze jednej rzeczy doczekać przed śmiercią. Najeść się chleba do syta i wtedy mogę umierać. I zawsze dodawał :

- Wy to chyba doczekacie ale ja już nie.

Pewnego dnia postanowili opuścić kołchoz i udać się na zachód w kierunku nowo formowanego Polskiego Wojska. Zabrali kilka swoich rzeczy i ruszyli na stację w Kasanie licząc na to ,że jakiś pociąg zatrzyma się uzupełnić wodę.

Poszli więc i zniknęli. Dopiero później spotkałem tego młodszego Michała w Palestynie. Opowiedział mi, że jego ojciec i Józek zmarli w drodze na tyfus. Po odejściu Komenżów zostaliśmy już zupełnie sami, bez żadnej opieki. Za jakiś czas zauważyliśmy, że ubywa Polaków. Zaczęli się wynosić. Po odejściu mężczyzn zostały przeważnie kobiety z dziećmi. Teraz i oni próbowali swego szczęścia kierując się na zachód do swoich. Postanowiłem, że my też spróbujemy. Zabraliśmy to co mieliśmy i poszliśmy na znaną już wszystkim stację. Umówiliśmy się, że jak pociąg się zatrzyma wezmę Bolka na ręce i wskoczę z nim do wagonu. Następnie wciągnę Bronię z Gienkiem. Plan był gotowy, każdy wiedział co ma robić. Czekaliśmy. Minął jeden dzień. Później drugi i trzeci. Żaden skład się nie zatrzymał. Trzeciego dnia a pamiętam była to Wielkanoc 1942 roku postanowiliśmy gdzieś się zagrzać i jeśli się uda coś zjeść. Nie mieliśmy dokąd pójść. Obok stacji była herbaciarnia. Długi gliniany budynek z podwyższeniami po obu stronach. Na tych podwyższeniach nocowali Uzbecy zatrzymując się tam podczas podróży. Można było również tam kupić herbatę, której aromat rozchodził się po całej okolicy. Weszliśmy do niej cichutko i przycupnęliśmy w samym końcu. Dopiero rano zauważono naszą obecność i nas wyrzucono. Stanęliśmy tak przed tą herbaciarnią.

- Dokąd iść? Co teraz?

Przypomniałem sobie, że nie daleko jest mała budka w której ludzie często chowali się przed deszczem. Udało nam się ją znaleźć, była pusta. Tam zatrzymaliśmy się na prawie trzy dni.

Drugiego dnia Bolek źle się poczuł, bolała go głowa. Następnego dnia było jeszcze gorzej. Nie mógł już wstać.Był bardzo osłabiony . Postanowiłem zabrać go do szpitala. Pamiętałem, że szpital był w połowie drogi pomiędzy kołchozem a miasteczkiem. Mijałem go zawsze kiedy chodziłem z zapałkami na bazar. Ruszyliśmy rano. Starałem się go podnieść. Byłem jednak za bardzo osłabiony.

Nie miałem tyle sił żeby go nieść całą drogę. Przed szpitalem znaleźliśmy się dopiero wieczorem. Kiedy odchodziłem ze szpitala Bolek spojrzał na mnie i powiedział już bardzo słabym głosem:

- Wiesz Michał, ja chciałbym jeszcze jedno, wrócić do Polski i w Polsce umrzeć. Miał sześć lat.

Kiedy wróciłem do Broni i Gienka było już bardzo późno. Teraz Bronia zaczęła się uskarżać na ból głowy. Rano jak się obudziłem patrzę na nią a ona się słania, nie może ustać na nogach. Nie wiedziałem co mam robić, do kogo się zwrócić o pomoc. Byłem zupełnie sam. Kiedy wyszedłem przed tą budę zobaczyłem, że idzie ktoś drogą, ubrany w kapelusz i długi płaszcz. Rozpoznałem go. Był to pan Zakrzewski, delegat cywilny na okręg Kasanu. Mój tato znał go dobrze. Poprosiłem go, żeby zamówił dla nas dorożkę. Powiedziałem mu o naszej sytuacji. Obiecał pomóc. I rzeczywiście, następnego dnia rano przyjechała dorożka. Wsiedliśmy na nią we trójkę i pojechaliśmy do szpitala. Niestety nie udało się nam wejść do niego frontowymi drzwiami. Nie chcieli nas przyjąć. Spróbowaliśmy więc szczęścia od zaplecza. Była to nasza jedyna szansa. Bronia i Gienek szli pierwsi ja za nimi. Zobaczyła nas jakaś kobieta, zrobiło się jej nas żal, bo tak naprawdę przedstawialiśmy żałosny widok. Przyjęli nas. Zaprowadzili mnie do łóżka. Zasnąłem.

Dopiero po trzech dniach zacząłem się powoli rozbudzać. Usłyszałem przez sen płacz chłopca, jego krzyk :

Mamo! Mamo! – wołał po polsku.

- Wstawaj, wstawaj – słyszę. Ja ciebie budzę i budzę a ty śpisz i śpisz. Otwieram oczy przede mną biała ściana. Gdzieś tam krzyczy ten chłopiec.

- Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Zobaczyłem Gienka, miał może wtedy dwa i pół roku. Sama skóra i kości.

- Już trzy dni jak ciebie budzę i budzę ty śpisz i śpisz. Codziennie przynosili ci kromkę, było już trzy. Dzisiaj siostra przyszła i to wszystko ukradła. A ja jestem taki głodny. Po tych kromkach chleba wiedziałem, że trzy dni leżałem nieprzytomny.

A Gienek zgodnie z z naszą zasadą, pomimo że był bardzo głodny czekał na mnie aż się obudzę. Żeby je podzielić, aby każdy dostał swoją cześć.

Zapytałem się o Bronie i Bolka .

Tam jest, ja już znalazłem – mówi. Bronia jest na końcu korytarza a Bolek z drugiej strony.

Na drugi dzień kiedy tylko poczułem się lepiej poszedłem odwiedzić Bronię. Leżała w separatce miała tyfus. Jak my wszyscy. Później ten mały szkrab zaprowadził mnie do Bolka. W trakcie chodzenia okazało się, że z moją prawą stopą nie jest dobrze. Nie mogłem na nią stanąć, coś stało się z dużym palcem. Każdy krok sprawiał mi olbrzymi ból. Jak tylko w szpitalu zobaczyli, że mogę chodzić kazali nam się wynosić. Bolek nie mógł iść, był bardzo słaby. Nie potrafił ustać samodzielnie. Mnie strasznie bolała stopa, ból był nie do zniesienia. Dopiero później w Palestynie dowiedziałem się ,że było to złamanie. Powoli zeszliśmy, stanęliśmy przed szpitalem. Było bardzo gorąco. Po raz kolejny nie mieliśmy gdzie iść. Był 8 maj 1942 roku.

Przypomniałem sobie, że jak się szło w kierunku naszego kołchozu, nad sadzawką była lepianka. Umieścili w niej kiedyś naszych sąsiadów Jakubców. Nas zawieźli do kołchozu a ich zostawili właśnie tam. Kiedyś jak wracałem z bazaru zajrzałem, jeszcze tam byli. Postanowiłem, że pójdziemy sprawdzić czy możemy się tam zatrzymać. Kiedy spojrzałem na Bolka zrozumiałem, że on tam nie dojdzie. Była mu potrzebna natychmiastowa pomoc..

-Słuchaj- powiedziałem, zaprowadzę cię z powrotem do szpitala. Zostawię cię na korytarzu. Jak cię nie przyjmą ,przyjdę po ciebie. Pamiętaj ja po ciebie wrócę. Będziemy czekać na ciebie w tym rowie we trójkę. Posadziłem go na schodach i szybko wyszedłem . Miałem nadzieję, że go uratują.

Wróciłem, do Broni i Gienka. Po kilkunastu minutach postanowiłem sprawdzić co z Bolkiem.

Może go wzięli? Liczyłem na to, że go nie zobaczę. Niestety, siedział na schodach sam. Ledwo przytomny i bardzo słaby. Głowę opierał o poręcz. Wyrzucili go, kazali mu się wynosić. Postanowiłem ,że spróbuje drugi raz .Wziąłem go i ponownie podrzuciłem.

Teraz mogłem zając się Bronią i małym Gienkiem. Ruszyliśmy sprawdzić czy ta lepianka jeszcze istnieje. Stała jeszcze. Mieszkała tam pani Omiotek z córką, która zgodziła się żebyśmy zatrzymali się na jakiś czas. Następnego dnia rano poszedłem do szpitala sprawdzić co z Bolkiem. Nie mogłem go znaleźć. Zapytałem gdzie jest. Powiedzieli, że umarł w nocy. Chciałem się dowiedzieć gdzie jest. Powiedzieli, żebym szukał w kostnicy. Znalazłem go. Leżał tam, przykryty. Mój mały brat Bolek. Był taki wychudzony i lekki, że wyciągnąłem go bez trudu. Odnalazłem jego ubranko, ubrałem go i tak zostawiłem. Kiedy wróciłem następnego dnia rano Bolka już nie było. Wywieźli go w nocy. Zakopali go pewnie w jakimś dole bez grobu i krzyża.. Do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić ze nie wiem gdzie. Wróciłem do lepianki przy sadzawce. Nie mogłem się poddać byłem odpowiedzialny za Bronię i Gienka. Liczyli na mnie. I tak już bez Bolka ale jeszcze z nadzieją, że pomimo wszystko uda nam się przetrwać. Wynędzniali i głodni. Bez pracy, opieki, pieniędzy. Bez wiadomości od taty. Bez pomysłu co mamy robić. Czekaliśmy ale już chyba na śmierć.

Tym czasem odkryto, że wszędzie po okolicy błąka się jeszcze mnóstwo polskich dzieci i jeśli nie udzieli się im natychmiastowej pomocy – umrą. Zaczęto więc organizować bardzo szybko sierociniec. Podjął się tego zadania pan Zakrzewski. Zaczął zbierać je wszędzie tam gdzie było to tylko możliwe i mógł dotrzeć. Dla niektórych pomoc taka przyszła w ostatniej chwili.

Nas znalazł nad sadzawką w lepiance gdzie zagnieździliśmy się po powrocie ze szpitala i śmierci Bolka. Wiedział, że tam gdzieś musimy być i że nie jest z nami najlepiej. Kiedy tu przybyliśmy kilkanaście miesięcy temu było nas wszystkich Polaków około dwóch tysięcy. Po poborze do wojska mężczyzn, zostały tylko kobiety, dzieci i osoby w podeszłym wieku. Wiele z tych osób później zmarło z powodu różnych chorób i wycieńczenia. Część też postanowiła poszukać swojego szczęścia wybierając się w długą drogę na południe. Tylko nielicznym udało się dotrzeć do celu. Zebrał zaledwie 87 dzieci. Był to bardzo żałosny widok. Większość z nich balansowała na granicy życia i śmierci. Kiedy przyjechaliśmy na miejcie gdzie był zorganizowany sierociniec, czekały już na nas w sadzie dwie jurty. Jedna była przygotowana dla chłopców druga dla dziewczynek. Sad był pełen drzew brzoskwiniowych i migdałowych. Było już po sezonie zbiorów ale zostało na drzewach kilka owoców. Nie wolno nam było pod żadnym pozorem ich ruszać. Choćby same spadły na ziemię. Przestrzeganie tego zalecenia dla nas nie było trudne. Jeśli nie wolno było, to po prostu tego nie robiliśmy. Pan Zakrzewski korzystając ze swoich kontaktów kupował dla nas żywność.

Ale podstawowym daniem była zacierka na mleku. Takiej jakiej nie jadłem od bardzo dawna. Jej zapach i smak czuję do dzisiaj. Była po prostu wspaniała. I to właśnie ona postawiła nas na nogi. W obozie oprócz 87 dzieci było kilka osób starszych i oczywiście kadra. Pamiętam kilka nazwisk osób opiekującymi się nami. Poza panem Zakrzewskim w sierocińcu przebywała jego żona i siostra. Pani Zielińska, która uczyła nas śpiewu i zawsze spiesząca z pomocą pani Halina Szeliga.

Kiedy już nas odkarmili i stan większości się polepszył, przyszedł czas wyjazdu. Był to już koniec lipca 1942. Pewnego dnia pomaszerowaliśmy dwójkami trzymając się za ręce prosto na stację. Minęliśmy miejsca które bardzo dobrze znałem. Bazar na który chodziłem z zapałkami, drogę prowadzącą do szpitala no i gdzieś tam Bolka który nie miał tyle szczęścia żeby teraz iść ze mną.

Z Kasanu pojechaliśmy pociągiem do Krasnowocka. Tam pociąg zatrzymał się tuż przy brzegu Morza Kaspijskiego. Wysiedliśmy, było bardzo gorąco. Wokół żadnego drzewa, dachu czegokolwiek żeby można było się schować w jego cieniu. Po prostu plaża. A co najgorsze nie było wody. Wszyscy byli bardzo spragnieni. Kiedy tak czekaliśmy na tym piasku w palącym słońcu podjechał pociąg. Otworzyły się drzwi wagonów, ze środka wysiadali żołnierze. Nie wierzyłem własnym oczom, byli to żołnierze Wojska Polskiego. Ustawili się w kolumnę i ruszyli ze śpiewem na ustach. Zakręciło mi się w głowie. Do oczy napłynęły mi łzy. A oni maszerowali i śpiewali:

,,Generał Sikorski nasz drogi dzielny wódz

a my żołnierze z nim niezłomni

odwiecznych polskich ziem nie oddamy wrogom nic

lecz Grunwald im przypomnim”,

Szli czwórkami w szyku zwartym ich śpiew było słychać w całej okolicy.

Idziemy bić się o Pomorze

o Śląsk co polski zawsze był

o Gdańsk i polskie morze

będziemy bić się co sił

Pomimo tego, że kolumna zniknęła za wzgórzem byliśmy już pewni że jesteśmy wśród swoich, że nie dadzą nam tu zginąć. No i jak nigdy dotąd miałem nadzieję, że może przy odrobinie szczęścia spotkam tatę. Jeszcze nigdy nie było to tak realne. Wreszcie po dwóch dniach pobytu na plaży w palącym słońcu przypłyną statek. Piasek tak się rozgrzał od słońca, że chodzenie po nim dosłownie parzyło stopy. Po jakimś czasie stanęliśmy przed statkiem. Kiedy tylko statek odbił od brzegu wszyscy zaczęli chorować. Biegunka i wymioty. Wszyscy byli w bardzo złej kondycji. Osłabieni i wyczerpani długą drogą. Na domiar złego jeszcze w Krasnowocku rozdano zaopatrzenie wojskowe.

Były wśród nich bardzo smaczne konserwy zwane potocznie bifami. Można było pierwszy raz najeść się do syta i to bez ograniczeń. Tyle tylko ile można był zjeść. I jeśli ktoś popił to jeszcze wodą, od razu dostawał ostrą biegunkę. Pan Zakrzewski przewidział taką ewentualność i zabronił nam jeść tych amerykańskich konserw. I tylko dzięki temu nie zachorowaliśmy.

Kiedy tak płynęliśmy przez Morze Kaspijskie w kierunku Persji, po statku chodziły osoby które upominały pasażerów że nie należy okazywać zbytniej radości z wyjazdu, a już na pewno wyrażać jakiś wrogich uwag w kierunku Związku Radzieckiego. Przykazano to bardzo kategorycznie dzieciom i dorosłym. Rano jeszcze przed świtem statek zatrzymał się na pełnym morzu jakieś trzy kilometry od brzegu. Do burty zaczęły dobijać małe motorówki zabierając jednorazowo po około trzydziestu pasażerów.

Zrobiło się straszne zamieszanie, bo każdy chciał jak najszybciej znaleźć się na drugim brzegu. Przecież statek mógł jeszcze zawrócić z powrotem do Krasnowocka. W końcu i my dostaliśmy się na motorówkę. Z oddali coraz wyraźniej wyłaniała się linia brzegowa.

-Nie wyskakiwać, zostać na miejscu aż dobijemy. Upominali wojskowi. My zostaliśmy.

Ale pozostali, który byli z nami nie wytrzymali. Wskakiwali do wody, kurczowo czepiając się pomostu. Całowali go.

- Jesteśmy wolni! – krzyczeli i płakali jednocześnie.

Wyrwaliśmy się w końcu z tego piekła. Dopłynęliśmy do naszej ,, ziemi obiecanej” gdzie wreszcie mogliśmy być Polakami. Byliśmy w Persji, port nazywał się Pahlevi. Bolek tego nie doczekał, zgubiliśmy gdzieś tatę. Ale udało mi się z Bożą pomocą wyprowadzić Bronię i Gienka. Może byliśmy wynędzniali, sama skóra i kości, ale żyliśmy. Teraz przed nami otwierał się nowy etap naszego życia. Czekaliśmy z pokorą no to co przyniesie los. Byliśmy jednak pewni, że teraz może być tylko lepiej.

Michał Babicz w mundurze kadeta Liceum Mechanicznego w Palestynie - 1947 rok

 

Wysłuchał i opracował Mirosław Siedziako

 

 

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl