| A A A |
<
 
>  

Mirosław Józef Chwiałkowski

Rocznik 1926

Opowieść o przedwojennym Kaletniku - letniskowej miejscowości niedaleko Łodzi - zamieszkałej przez Polaków, Niemców i Żydów.

Kaletnik - miejsce mojego dzieciństwa

Moje najwcześniejsze wspomnienia to początek lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedyśmy zamieszkali w miejscowości Kaletnik pod Łodzią. Jest to miejsce mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Miejscowość była osadą głównie letniskową, powstałą po parcelacji jakiegoś majątku. Otoczona była z trzech stron starymi lasami. Jedynie na północy, na krótkim odcinku graniczyła z osadą Różyca. Na wschodzie dochodziła prawie do przystanku kolejowego Żakowice na trasie Łódź - Koluszki. Przystanek ten odległy jest od Koluszek około 2,5 km. Kaletnik składał się z czterech części: najstarsza i najbiedniejsza część to Budy, wysunięta na południowy-zachód i otoczona z trzech stron lasami. Zamieszkiwana była  przez ubogą ludność prawdopodobnie pochodzenia pańszczyźnianego oraz napływową utrzymującą się z prac sezonowych. Było to takie swoiste „getto”. Druga, najbogatsza część, - Ogrody - powstała najpóźniej. Była położona w środkowej części w pobliżu kościoła. Ogrody zamieszkiwane były przez urzędników, przedsiębiorców, lekarzy, którzy mieli tam swoje wille letniskowe. Trzecia część osady usytuowana była przy drodze do przejazdu kolejowego zwanego wówczas „piątą wiorstą”. Ostatnia, czwarta cześć Kaletnika, przylegała od południa do drogi od Ogrodów i nazywała się po prostu Kaletnik. Od ostatniej części brała początek numeracja domów. Dom nr 1 był posesją państwa Walczaków. Mój dom rodzinny nosił wówczas numer Kaletnik 3. Poza Ogrodami i Budami, Kaletnik zamieszkiwali ludzie posiadający niewielkie części gruntów i trudniący się obok uprawy roli również inną działalnością.


Dla przykładu Bicer, z pochodzenia Niemiec, posiadał oprócz ziemi piekarnię; Lesing, również Niemiec, posiadał masarnię oraz sklep spożywczy, w którym sprzedawał wędliny swojej produkcji. Jesse, kolejny kolonista niemiecki, dorabiał sobie pracą na roli u innych mieszkańców okolicy, między innymi u mojego ojca. W bliskim sąsiedztwie mojego domu mieszkała kulawa wdowa Kunklowa, Niemka z synem-pijakiem. Byli oni jedynymi biednymi Niemcami, lecz ziomkowie niemieccy zapewne im pomagali. Niemcy ci w dalszej części mojej opowieści będą odgrywali niejednokrotnie ważną rolę. Przeważającą grupą zamieszkującą Kaletnik byli jednak Polacy. Mieli oni niewielkie gospodarstwa. Duża grupa mieszkańców Kaletnika przebywała tam jedynie w okresie letnim. Dominowała inteligencja, tzn. miała wpływ na całokształt społeczności. Nie rolnicy, sprzedawcy, rękodzielnicy, ale zamożna inteligencja.
           

Moja rodzina początkowo przyjeżdżała do Kaletnika jedynie na letnisko, ponieważ dom był w budowie. W roku 1930 przeprowadziliśmy się jednak na stałe. Trwała jeszcze budowa, ale można było już mieszkać. Jeszcze przez wiele lat dom był niewykończony, ale był duży, dlatego przyjeżdżali do nas goście. Była to rodzina lub znajomi łodzianie, którzy wynajmowali letnisko na okres lata. Oddawaliśmy im wtedy połowę domu. Wynajem wiązał się z zapewnieniem lokatorom świeżych owoców i warzyw. Musiał powstać ogród warzywny - sad z 60 drzewami dorodnych czereśni już istniał. Czasami cały ten sad był sezonowo wydzierżawiany. Były też lata, kiedy to ja musiałem się zajmować zbiorem owoców. Ogrodem warzywnym natomiast, nikt z rodzeństwa nie chciał się zajmować. Ziemia między drzewami była orana przez Niemca, który pracował z koniem.
Kaletnik był konglomeratem różnych narodowości. Mieszkało tam bardzo wielu bogatych Niemców. Jedynie wspomniana już wdowa była biedna. Ci niemieccy „volksdeutsche” wówczas to byli „Niemcy polskiego pochodzenia”. Przed wojną nie używało się tego słowa - powstało ono podczas okupacji.
            

Niemcy trzymali się  oddzielnie i nie utrzymywaliśmy z nimi stosunków towarzyskich. Niemcy przychodzili na zebrania organizowane przez mojego ojca i tylko słuchali. Było wiadomo, że to byli członkowie „Piątej Kolumny”- dywersyjnej armii hitlerowskiej w Polsce. Ich szefem był sklepikarz z Różycy – Szyndel. Niemcy zachowywali swój odrębny styl życia na przykład  zbierali się przeważnie w niedzielne lub sobotnie popołudnia w domu Szyndla i przy otwartym oknie grali fragmenty jakichś utworów. Gdy ktoś z nich umarł, odbywały się pogrzeby ewangelickie, prowadzone na cmentarz ewangelicki, który się mieścił w Żakowicach. Zawsze była wtedy obecna orkiestra, nieraz 20 osobowa, złożona z młodzieży niemieckiej, która bardzo uroczyście grała marsze pogrzebowe.

Nie miałem kolegów Niemców

Jedynie czasem mówiliśmy sobie „cześć”. Spotykaliśmy się czasem z jakimś rówieśnikiem ale nie mieliśmy potrzeby wspólnego spędzania czasu, ani wspólnych zainteresowań. Był taki młody chłopak Niemiec- Bronek Lesing, znaliśmy się, ale on miał swoich kolegów a ja miałem swoich. Przychodził do mnie też młodszy chłopiec, syn Apelta. Plątał się koło mnie, ale się nie przyjaźniliśmy. Potem ta znajomość zakończyła się w czasie okupacji dość smutno. Może nie smutno, ale z niesmakiem i przykrością.
Nie miałem żadnej zabawki kupowanej w sklepie, każda zabawka była własnej roboty. To co sam zrobiłem stanowiło dla mnie największą radość i przyjemność. Przede wszystkim moją pasją była budowa maleńkich łódek. Trwała ona przeważnie całą zimę, by na wiosnę można było spuścić łódkę jak najszybciej na nasze stawy. Dwa lata przed wybuchem wojny zacząłem budowę modelu jachtu „Dal”. Byłem zafascynowany  książką „Wyprawa jachtu „Dal” i według tej książki, czytając i oglądając rysunki, zrobiłem szkic i zacząłem budować model. Do wojny, przez dwa lata, zdążyłem zaledwie zbudować dłubany w drewnie kadłub. Gdy go robiłem młody Apelt, nie wiem nawet jak miał na imię, przychodził przyglądać się mojej pracy. Gdy Niemcy wkroczyli do Polski, to on przyszedł do mnie i powiedział: ”Dawaj mi ten jacht!”
I zabrał mi ten niedokończony kadłub. Musiało go to fascynować tak dalece, że postanowił go sobie przywłaszczyć. Głupi epizod. To były takie sporadyczne kontakty z Niemcami, innych nie było. Niemcy stanowili odrębną grupę.
Z tymi Niemcami, gdy nie było takiego wyraźnego zaostrzenia sytuacji politycznej,  współżycie układało się bez wyraźnych zadrażnień. Były domysły, były podejrzenia, ale zaczęło dziać się gorzej od połowy 1937 roku. Zaczęły się wtedy podczas pogrzebów demonstracje niemieckie – młodzi Niemcy zaczęli chodzić ubrani po hitlerowsku, w białe skarpety, półbuty, krótkie spodnie. Dziewczęta niemieckie zaczęły organizować Deutsche Bund Mädel – organizację dziewcząt niemieckich.

Szkoła


Naprzeciw mojego domu mieszkali Żydzi – Bolesławscy i Szwarcowie. Abba Szwarc miał 3 synów i córkę. Był szewcem. Synowie Żydów: Icek Szwarc i Majer Bolesławski byli moimi kolegami. Siedzieliśmy w jednej czteroosobowej ławce.  Majer Bolesławski tęgo zbudowany i silny był moją „ochroną”. Jako mój kolega, czuł się w obowiązku chronić mnie przed maltretowaniem.
W  okresie pierwszych dwóch klas uczęszczałem do szkoły w Różycy. Mieściła się ona w niewielkim lasku, w zniszczonym dworku  na posesji państwa Płócienników.Składała się z jednej sali i pokoju, gdzie mieszkał jej kierownik i jedyny nauczyciel - Niemiec. Nazywał się Szwakop. Była to polska szkoła – uczył nas polskiego i rachunków. Zacząłem do niej uczęszczać w 1932 roku w wieku 6 lat. Szkoła była dwuklasowa. Każda klasa miała 30 - 40 uczniów zarówno chłopców jak i dziewczynek. Klasa druga miała zajęcia od 8 do 11, a klasa pierwsza od 11 do 14. Nauczyciel był sympatyczny choć metody miał radykalne i kontrowersyjne. Jako jedyny pracownik placówki dawał sobie doskonale radę z niesforną dzieciarnią. W czasie przerw nie graliśmy w piłkę nożną, ponieważ sport ten był w szkołach zabroniony. Uznawano go za zbyt brutalny, nie wolno było też uprawiać boksu, ani  nawet koszykówki. Dopuszczano jedynie siatkówkę. Graliśmy natomiast w „międzynarodówkę” i inne mniej brutalne gry. Huśtaliśmy się też na gałęziach w lesie. Nauczyciel mimo swej radykalności był bardzo lubiany, bo był sprawiedliwy.
Naukę w tej szkole skończyłem w 1934 roku po drugiej klasie. Szkołę wtedy  przeniesiono do innego budynku. Była ona odległa od mojego domu tylko 100 m, ale była w Różycy.

Młodzież ze Szkoły Podstawowej w Różycy, powiat Brzeziny, woj. łódzkie, rok 1934 lub 1935. Jednym z uczniów był Mirosław Chwiałkowski.

 

Drużyna ZHP im. Tadeusza Kościuszki w Różycy na obozie we Włodzimierzowie nad Luciążą w 1947 roku

Mirosław Józef Chwiałkowski, drużynowy harcerzy w Różycy, 1945 do 1947 rok

Nowa szkoła była czteroklasowa. Jej kierowniczką była kobieta, a ponadto pracowało tam czworo nauczycieli. Każda klasa mieściła się w oddzielnej sali. Nauka we wszystkich klasach rozpoczynała się tym razem o jednej i tej samej godzinie. Uczono języka polskiego, matematyki, historii, geografii, przyrody, robótek ręcznych, religii. Religię wykładał ksiądz Marian Majcherczyk.

Grupa chórzystów i ministrantów kościoła w Kaletniku, 1932 lub 1934 rok

Uczniowie wyznania rzymsko-katolickiego mieli obowiązek uczestnictwa we mszy w każdą niedzielę. Obecność na mszy była sprawdzana przeze mnie na specjalnej liście, a potem na lekcji religii przeglądana przez księdza. Żydzi byli z tego obowiązku zwolnieni a Niemcy mieli swoją powszechną szkołę niemiecką z językiem niemieckim w Żakowicach.

 

 

 

 

 

Epilog

Wkrótce po wkroczeniu Niemców - w 1940 r., Niemiec Szyndel, mający w Różycy swój sklep, wraz z  niemieckim piekarzem Bicerem, w którego piekarni kupowaliśmy chleb przez 10 lat, przyszli w nocy w towarzystwie niemieckich żandarmów, aby aresztować mojego ojca. Ojciec zdołał tylko wejść do pokoju w którym spałem z bratem i powiedział:  „Uciekajcie, bo przyszedł Szyndel z policją. Wyskoczyliśmy przez okno do ogrodu, potem pobiegliśmy do lasu, a ojciec poszedł wpuścić ich, ponieważ wciąż stali przy furtce i dzwonili. Po dwóch godzinach, gdy już odjechali  zabierając Ojca ,wróciliśmy do domu.

Kazimierz Chwiałkowski (1891-1942), ojciec Mirosława, założyciel i prezes oddziału Polskiego Związku Zachodniego w Kaletniku-Różycy i Żakowicach, 1937 do 1939 rok


Od tej chwili życie się dla mnie absolutnie zmieniło.
Zostałem osadzony przez okupantów niemieckich w karnym obozie pracy przymusowej – Baudienst gdzie na skutek niewolniczej pracy, wycieńczenia i niedożywienia ciężko zachorowałem i gdyby nie pomoc kolegów z konspiracji niechybnie bym zmarł.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemiecki obóz pracy przymusowej dla młodzieży polskiej w Kaletniku, tzw. "Baudienst in GG Abteilung 1/202"

Grupa chłopców polskich z n iemieckiego obozu Baudienst w Kaletniku, 1944 r.

Budowa torów kolejowych w lesie będzelińskim koło Kaletnika na odcinku Łódź-Tomaszów Mazowiecki-Radom, 1942 lub 1944 rok

 

 

 

 

Żołnierze z odziału partyzanckiego "SAM" Armii Krajowej Obwodu "Węzeł" - Brzeziny-Koluszki Okręgu "Barka"- Łódź

 

 

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl