| A A A |
<
 
>  

Jerzy Rostkowski

Rocznik 1919

Jerzy Rostkowski opisuje swoje losy podczas II wojny światowej, m.in. wyrzucenie przez Rosjan ze swojego domu w Mianowie koło Ostrowii Mazowieckiej, a następnie pobyt w majątku Państwa Moniuszków w Sabnie.


„Dobroć i mądrość” Stalina

W kampanii wrześniowej brałem udział jako ochotnik. Zostałem przyjęty do jednego z oddziałów należących do Podlaskiej Brygady Kawalerii. Oddział ten wycofywał się 8 września 1939 roku przez nasze gospodarstwo Mianowo po nieudanej próbie odbicia Ostrowii Mazowieckiej z rąk niemieckich.

Mianowo - od lewej: ks. Lutyński, Hala Rostkowska, Stefania Rostkowska (matka); od prawej: stoi p. Błeszyński, mąż cioci Janki z Piętaków, u góry siedzą Zdzisławek i Staś Rostkowscy, pomiędzy nimi nauczyciel Józef Kępa, niżej siedzi Jerzy Rostkowski
Po codziennych drobnych utarczkach (przeważnie z bronią pancerną), udało nam się wyjść z okrążenia niemieckiego w okolicach Białowieży. 24 września 1939 roku nastąpiło oficjalne rozwiązanie naszego oddziału. Pomimo tego, część zgrupowanych taborów, do których i ja się przyłączyłem, przejechała Białowieżę. Kiedy mijaliśmy pierwszą napotkaną po drodze wioskę, Popielewo, zobaczyłem stojącego przy płocie komisarza ziemskiego inż. Imielę ze starostwa w Ostrowii Mazowieckiej. Miał gospodarstwo uzyskane z tytułu osadnictwa wojskowego, do którego schronił się wraz z rodziną przed Niemcami. Państwo Imielowie zaproponowali mi gościnę. Byłem u nich około dziesięciu dni. Kilka dni później w Popielowie pojawiły się czołgi sowieckie.

W październiku otrzymaliśmy przepustki od miejscowej władzy potrzebne na powrót do domów. W domu zastałem matkę, siostrę Halinę i dwóch swych braci: Zdzisława i Stanisława. Sytuacja nie była zbyt ciekawa. Organizowała się już nowa władza proradziecka i większość mieszkańców okolicy zdołało ulotnić się do przyszłej Guberni Generalnej. Została jedynie moja rodzina. Pewnego dnia wracając do domu spotkałem po drodze trzech mężczyzn: radzieckiego kapitana i dwóch cywilów, starszego i młodszego. Wiedzieli, kim jestem, gdyż ten młodszy był pracownikiem sąsiedniego gospodarstwa. Starszy mężczyzna podszedł do mnie i zrewidował mi kieszenie, szukając broni. To, co znalazł, podawał temu młodszemu. Ten po przejrzeniu zwrócił mi wszystko. Na pytanie starszego, dlaczego tak robi, odparł, że to jest „choroszyj pan” i od takiego on nie będzie nic brał. Ostudziło to bardzo zapał starszego.

Kapitan zaproponował mi wspólny powrót do domu. Cały czas bawił mnie rozmową wychwalając dobroć i mądrość Stalina, opowiadał jak u nich jest dobrze. Po przyjściu do domu poinformował mnie i matkę, że przybędzie do majątku bateria artyleryjska i zainstaluje się w budynkach gospodarczych, przybędzie także generał radziecki w celu dokonania inspekcji. Młodszy towarzysz zobowiązany został do dostarczenia wszelkich niezbędnych produktów żywnościowych, natomiast służba domowa miała je odpowiednio przygotować. Mnie polecono zabrać klucze magazynowe od „komitetu” i prowadzić nadal gospodarstwo.

Rzeczywiście, wkrótce zjawiły się radzieckie wojska, które rozlokowały się w majątku. Pod wieczór przyjechał generał, który po dokonaniu inspekcji przyprowadził do dworu na kolację całą kadrę oficerską załogi bateryjnej. Generał przysłał do nas z zaproszeniem oficera politycznego baterii, który tak długo nas namawiał, aż zgodziliśmy się. Matka, wychowana u swej ciotki w Warszawie, skończyła pensję Wereckiej i znała język rosyjski. Generał usadowił ją przy stole po swej prawej ręce. Z lewej strony posadził swego szofera, zaznaczając, że u nich panuje równość.

W swym samochodzie przywiózł na uroczystość odpowiednią porcję ruskiej wódki i stary gramofon z tubą i ruskimi płytami. Spotkanie upłynęło, w „przyjaznej atmosferze”. Wszyscy byli zmęczeni podróżami i jak na jeden krótki październikowy dzień, nawałem przeżyć. Po trzech godzinach pożegnaliśmy się i rozeszliśmy na zasłużony wypoczynek. Przy pożegnaniu generał poprosił, ażeby ten pokój, jako że był obszerny i z osobnym wyjściem, pozostawić na kwaterę kadrze oficerskiej. Oczywiście otrzymał zgodę.

W czwartym dniu swojego pobytu Rosjanie zakomunikowali nam, że mamy opuścić gospodarstwo. Dali nam dwie godziny na przygotowanie się do wyjazdu, podstawili dwie swoje podwody, aby wywieść nas na poniemieckie gospodarstwo gdzieś w okolice Zambrowa. Nie zgodziłem się na to i poprosiłem, aby zawieziono nas za osadę Czyżew, do wioski Godlewo - Piątek. W wiosce tej mieli gospodarstwo rolne krewni ze strony dziadka, Sieniccy. Opuściliśmy dom rodzinny bez żadnych zapasów na dalszą egzystencję, zdani na ludzką łaskę oraz własną przedsiębiorczość. Do wybuchu wojny żyliśmy raczej w dość ścisłej symbiozie z włościanami wiosek otaczających folwark Mianowo. Potwierdziło się przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – starano się nam pomagać, jak tylko to było możliwe.

W tym czasie sąsiedzi, którzy usiłowali wykreślić Polskę z mapy Europy, ustalili między sobą nową granicę, obsadzając ją obustronnie posterunkami. Powstała wtedy Generalna Gubernia. W Warszawie matka miała ciotkę, u której wychowywała się i kształciła aż do wyjścia za mąż w 1910 r. Także u tej ciotki mieszkał mój najstarszy brat, Stefan, oraz siostra Zosia. Dostaliśmy od nich wiadomość, że przeżyli obronę Warszawy i zapraszają nas do siebie. Ciotka posiadała kamienicę przy ulicy Chmielnej 16. Była wdową i miała już za sobą 82 lata życia. Brat szykował się do końcowego egzaminu na Politechnice (studiował sekcję lotniczą) i od roku pracował w biurze konstrukcyjnym PZL na Okęciu. Siostra zaś, po nieudanym egzaminie na medycynę, została namówiona przez ciotkę do pozostania przy niej. W czasie okupacji ukończyła szkołę pielęgniarską na Koszykowej.

W drodze do Sabni

W Warszawie znalazł nas spadkobierca wieczystej dzierżawy młyna ze wsi Mianowo, Józef Szczeniak, który miał starszego brata Stanisława w Generalnej Guberni w powiecie Sokołów Podlaski. Na wieść o naszej sytuacji Stanisław Szcześniak zawiadomił swojego brata, że miał już propozycję od państwa Moniuszków, właścicieli majątku Sabnie, ażebyśmy się do nich zgłosili. Józef Szcześniak ofiarował się wszystkich nas przeprowadzić przez granicę. Po naradzie z rodziną ustalono, że ja pierwszy udam się do Sabni. Doszły nas bowiem słuchy, że moją osobą zaczęły interesować się władze radzieckie. Nie przypominam sobie dokładnie dat, ale gdzieś pod koniec października, po prawie całodziennej wędrówce pieszej, znalazłem się wraz z Józefem u jego brata we wsi Suchodół. Następnego dnia przeprowadził mnie on do Sabni.

Dworek w Sabniach
Zostałem bardzo serdecznie przyjęty przez właścicielkę gospodarstwa, panią Józefę Koniuszkową, z domu Mniszek-Tchórznicką. Była ona rodzoną siostrą Heleny Mniszkówny, mąż jej, Lucjan Moniuszko, prawnik z wykształcenia i zawodu, pełnił funkcję rejenta w Węgrowie. Przeważnie w soboty przyjeżdżał do Sabni dla omówienia toku prac ze swą najstarszą córką Danutą, studentką IV roku SGGW w Warszawie, która w tym czasie zajmowała się gospodarstwem. Ich pierworodny syn, Antoni Moniuszko, podobnie jak ojciec ukończył prawo na UW. Kampanię wrześniową, jako podchorąży artylerii, odbył w jednym z DAK-ów 18 Pułku AL. Po szczęśliwym powrocie do domu zainstalował się w Warszawie. Charakteryzowała go duża przedsiębiorczość, zmysł organizacyjny i żyłka handlowa. Dzięki tym cechom w niedalekiej przyszłości (1943 r.), kiedy zmarł ojciec i trzeba było opuścić Sabnie, stał się podporą rodziny w Warszawie. Państwo Moniuszkowie mieli jeszcze trójkę młodszych dzieci: Hankę, Michała i Elżbietę. Cała trójka uzyskała średnie wykształcenie na kompletach w Siedlcach.

Po przybyciu do państwa Moniuszków okazało się, że jestem już trzecią osobą korzystającą z ich gościnności. Rodzinę moją znali ze słyszenia, ponieważ mój stryj, ksiądz dr Wiktor Rostkowski, udzielał im ślubu (stryj zginął w 1939 roku w czasie oblężenia Warszawy).

W początkach listopada pojechałem do Warszawy. Skorzystałem z propozycji Stanisława Szcześniaka, który wiózł tam ziemniaki zamówione przez jego znajomych. W Warszawie ledwie dobrnąłem na Chmielną. Dojście od Nowego Światu było zagruzowane. Miasto w ogóle przedstawiało przerażający widok. Na podwórkach znajdowały się groby i palące się świeczki, które pozostały jeszcze po Dniu Zmarłych. Brat mieszkał u ciotki wraz z siostrą, gdyż jego kawalerka na Hożej również została zniszczona.

Mieszkańcy i rezydenci Sabna. Pierwszy rząd od lewej: z psem p. Józefa Moniuszko, p. Moniuszko, Jerzy Rostkowski, Irena Radomyska, Antoni Moniuszko. Drugi rząd od prawej: Hanka Radomyska, za nią Klara Kuszelewicz, Lilka Moniuszko, nad nią Michał Moniuszko, Hanna Moniuszko, nad nią Staś Rostkowski. Pierwszy z lewej Zygmunt Koc.
W grudniu 1939 roku przybyło do Sabni paru nowych rezydentów. Wśród nas znajdował się Zygmunt Koc, bratanek znanego pułkownika A. Koca. Otrzymał silny postrzał w udo w bitwie pod Mławą. Umieszczony przez Niemców w mławskim szpitalu, kiedy tylko odzyskał władzę w nogach, uciekł stamtąd do Sabni. U państwa Moniuszków podjął pracę rządcy. Państwo Moniuszkowie słynęli z gościnności. Szczególnie zaś pani Józefa wrażliwa była na wszelką ludzką krzywdę. Toteż wszyscy znajomi zagrożeni represjami czy też innymi kłopotami, chętnie korzystali z ich zaproszenia. Niewielki, stary modrzewiowy dworek w Sabniach często pękał w szwach. Szczególnie w 1940 roku, kiedy oprócz domowników zgromadziło się tu około 15 znajomych oraz zjechała z płockiego Helena Mniszkówna ze swoimi bliźniaczkami. Nosiła w owym czasie nazwisko drugiego męża – Radomyska. Była obłożnie chora, zmógł ją paraliż.

Wśród rezydentów przeważała młodzież. Najmłodszy był mój brat Stanisław oraz Mieczysław Jankowski, siostrzeniec pani Moniuszkowej. Mieli wtedy po osiemnaście lat. W 1942 roku, obaj polegli w potyczce na Lubelszczyźnie. Ja miałem 22 lata, a najstarszy z nas, Zygmunt Koc, przekroczył trzydziestkę. Jesienią 1940 roku Niemcy po pokonaniu Francji wzmogli swoją aktywność na terenach Generalnej Guberni. Odczuliśmy to i w Sabniach. Jednej nocy otoczyli dwór i dokonali przeglądu rezydentów. Szukali oficerów, ale na nich nie natrafili. Ponieważ dzień wcześniej kręcił się we dworze jakiś nieznajomy osobnik, Zygmunt Koc (oficer) i Czesław Warnicki (podchorąży broni pancernej) już nie nocowali w domu i w ten sposób uniknęli łapanki. Niemcy zabrali ze sobą dwóch młodzieńców, którzy wydali im się podejrzani. W dwa dni później pani Moniuszkowa zdołała oswobodzić zabranych do Sokołowa Podlaskiego aresztantów. Nie wiadomo za jaką cenę, ale powrócili oni do Sabni. Po tym fakcie jednak jeden z nich, Zbyszek Stasiewicz, wspólnie z Zygmuntem Kocem porzucili Sabnie. Gospodarstwo rolne pan Moniuszko przekazał w moje ręce (do 1939 roku miałem ukończone 2 lata PWSGW w Cieszynie).

Zygmunta Koca spotkałem ponownie na początku 1945 roku. Okazało się, że podczas powstania warszawskiego przyjął pseudonim „Dąbrowa” oraz zastępstwo dowództwa nad przebywającą w Kampinosie jednostką ułanów wileńskich, których przywiódł tam „Belina”. W trakcie ewakuacji z Kampinosu zostali rozbici przez Niemców i ulegli rozsypce. W tym samym roku Koc dostał się do Londynu i awansował na rotmistrza. Założył tam rodzinę, zmarł w Londynie 7 kwietnia 1968 r.

Pobyt w Sabniach zaliczam do swego najlepszego okresu w czasach trwającej okupacji. Pomimo wielkiego natłoku gospodarze bez szemrania znosili ten balast, usiłując utrzymać w całym gronie domowników rodzinną atmosferę. Należy im się za to ogromne uznanie. Sama tylko ilość posiłków (około 30 dziennie) świadczyła o ponoszonych nakładach. A przecież Sabnie nie były wielkim gospodarstwem (300 ha). Sytuacja okupacyjna, a zwłaszcza związane z nią kontyngenty, nie sprzyjała osiąganiu wielkich zysków z gospodarstw rolnych, położonych z dala od wielkich miast. Również nasilający się terror wobec ludności żydowskiej, od której przede wszystkim zależał handel w tych rejonach, nie ułatwiał sytuacji.

Jeżdżąc czasami po sąsiednich gospodarstwach, nigdzie nie spotkałem się z taką ofiarnością, jak w Sabniach. Większość obywatelstwa pozostawała w ścisłych gronach rodzinnych, a w obawie przed okupantem starszym latoroślom stwarzano fikcyjne miejsca pracy. Również w Sabniach starano się wszystkich podopiecznych wciągać do zajęć codziennych. W czasie długich jesiennych i zimowych wieczorów, większość towarzystwa zbierała się w gabinecie pani Koniuszkowej. Tam zwykle przez godzinę lub dwie szła na warsztat jakaś powieść, czytana na głos przez samą właścicielkę lub specjalnie do tego wyznaczoną osobę. Potem, w zależności od nastroju, śpiewano pieśni patriotyczne i legionowe. Przed pójściem spać odbywała się – przed specjalnie w tym celu zainstalowanym ołtarzykiem – wspólna modlitwa, którą celebrowała osobiście sama gospodyni. W ten sposób kończył się zwykle każdy dzionek.

Zima roku 1940 – 41 była dla nas bardzo uciążliwa, mroźna i obfitująca w opady. Utrudniała dojazd do stert stojących w polach i zwożonych do młocki w podwórzu. Sabnie oddalone o 12 km od Sokołowa Podlaskiego położone były przy szosie wiodącej w kierunku Sterdyń, a dalej po przeprawie przez Bug we wsi Nur, na tereny zaanektowane przez Związek Radziecki. Na przedwiośniu zauważyliśmy wzmożony ruch wojsk niemieckich. Ponieważ śniegi nie przestały zasypywać dróg, Niemcy naganiali sołtysów okolicznych wiosek do ich stałego odśnieżania. W granicach naszego gospodarstwa stała szkoła podstawowa, w której rozlokowana była artyleria niemiecka. Sołtys Sabni złożył meldunek Niemcom, że odmawiam pomocy szarwarkowej. W najbliższą niedzielę raniutko zjawił się w mym pokoju, który zajmowałem wraz z bratem i młodszym synem państwa Moniuszków, Michałem, patrol niemiecki z podoficerem i bagnetami na karabinach. Zgonili nas z łóżek, kazali się jak najszybciej ubrać, wziąć łopaty i zdać klucze magazynowe do pani Moniuszkowej. Za furtką obstawili nas i ostentacyjnie poprowadzili przez wioskę do odśnieżania. Pracowaliśmy już około dwóch godzin, gdy zjawił się oficer ze szkoły, odwołał nas z pracy i polecił wrócić do majątku. Okazało się, że przyjechał z Węgrowa pan Moniuszko. Dowiedziawszy się o całej sprawie, zadzwonił do szkoły do dowódcy baterii. Znał dobrze niemiecki i udało mu się wytłumaczyć, że nie posyłam ludzi na szarwark tylko dlatego, iż brak mi pracowników do młocki, a myszy niszczą ziarno w stertach. Natomiast brat mój i jego syn chorują. Trafił Niemcowi do przekonania i w ten oto sposób zostaliśmy zwolnieni. Tak naprawdę to nie posyłałem ludzi dlatego, że żal mi było moich pracowników, którzy nie posiadali dobrych butów, ani nawet odpowiedniego odzienia. Od tego czasu sołtys nie przysyłał nakazów do odśnieżania.

W Sabniach również dowiedziałem się, że zagraża mi gruźlica. Odkrył ją u mnie lekarz Bysław Czerwiński (syn byłego ministra oświaty), oficjalny narzeczony najstarszej córki Moniuszków, Danuty. Jeszcze w grudniu 1939 roku wyleczył mi silne odmrożenie uszu (przechodziłem wtedy w bandażach ponad dwa miesiące). Któregoś dnia, podczas zmiany opatrunku stwierdził, że prawdopodobnie mam początki gruźlicy. Znał się na tym, ponieważ pracował w szpitalu „Dzieciątka Jezus” właśnie na oddziale gruźliczym. Umówił się ze mną, że po wyleczeniu uszu zjawię się u niego w Warszawie i zrobię sobie prześwietlenie płuc. Podejrzenia jego okazały się słuszne. Skontaktował mnie z byłym wykładowcą z CWS-anu, majorem Lytyńskim, który był specjalistą od chorób płucnych. Ten po dokładniejszych badaniach zobowiązał się do próby podleczenia mojego zdrowia bezpłatnie. Skutecznie wyleczono mi gruźlicę dopiero w latach 70.

W Sabniach przeżyłem jeszcze jeden incydent z Niemcami. W czerwcu 1941 roku, w dniu wybuchu wojny z Sowietami, zostałem zatrzymany w charakterze zakładnika. Po przebytych badaniach w Sokołowie Podlaskim, noc spędziłem w piwnicy na zapluskwionej pryczy. Na szczęście dzięki staraniom pani Koniuszkowej wypuszczono mnie następnego dnia. W Sabniach pracowałem jeszcze do końca sierpnia 1941 roku. Potem razem ze swym bratem Staśkiem przeniosłem się w grójeckie. Kilkakrotnie jeszcze odwiedzałem panią Józefę podczas jej pobytu w Warszawie. Potem, już po wojnie, często spotykałem się z jej dziećmi. Mogę śmiało powiedzieć, ze złączyła mnie z tą rodziną dozgonna przyjaźń i wdzięczność.
odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl