| A A A |
<
 
>  

Zofia Dłużniewska

Rocznik 1927

Łączniczka Związku Czynu Zbrojnego
Najmłodszy żołnierz

Moja siostra Basia była młodsza ode mnie o cztery lata, a Krystyna starsza o dwa. Mieszkałyśmy z rodzicami w Legionowie koło Warszawy, w pięknym domu z dużą działką. Miałyśmy gdzie się bawić. Nie trwało to długo. Wojna wybuchła, kiedy miałam 12 lat. Mój ojciec razem z panem Dietrichem założyli we wrześniu 1939 roku komórkę konspiracyjną, która początkowo nosiła nazwę „Związku Czynu Zbrojnego”. Od 1940 roku pod pseudonimem „Magda” byłam łączniczką organizacji ZCZ dowodzonej przez dr med. kpt. Amałowicza. Nigdy nie zapomnę, jak przedstawił mnie dowódcy III Batalionu, porucznikowi Tokajowi:
- Oto jest nasz dzielny, najmłodszy żołnierz !
W 1942 roku otrzymałam przydział do Wojskowej Służby Kobiet. Pełniłam funkcję łączniczki oddziałów liniowych dowództwa 3 kompanii. W tym samym roku, kiedy tworzono struktury organizacyjne, powstała w naszym domu skrzynka kolportażu prasy konspiracyjnej obsługiwana przez moją mamę Teodozję Wiśniewską.

 

Zagipsowane usta

Jako kurierka przenosiłam meldunki, gazety, a nawet broń. Jeździłam do Warszawy i Nieporętu. Z Legionowa do Chotomowa chodziłam pieszo. Na wysokości koszar wojskowych musiałam mijać Niemców, którzy trzymali karabiny wycelowane prosto we mnie. W 1944 roku zostałam wysłana do dowódcy 3 kompanii porucznika Krasińskiego z meldunkiem. Był dyrektorem szkoły w Chotomowie. To był anioł, nie człowiek. Cieszył się ogromnym szacunkiem. Mimo, że był dyrektorem i światłym człowiekiem, miał swoje gospodarstwo. Zawsze pozostanie w mojej pamięci obraz, kiedy zastałam go z koniem w kieracie i dałam do ręki meldunek. Rozpakował przy mnie i głośno przeczytał: „Godzina „W” wybiła.” Zginął na początku powstania. Prowadził w Legionowie kontratak na załogę niemieckiego pociągu pancernego.

Jeździłam jako kurierka między innymi do Warszawy, do szkoły handlowej przy ulicy Królewskiej 16. Nie wiedziałam wówczas, że jest tam składana broń i amunicja, a szkoła podczas powstania będzie fortecą dowodzoną przez dyrektora Mokrzyckiego. Któregoś dnia niosłam przesyłkę ulicą Senatorską od Placu Bankowego. Zdziwiło mnie, że w okolicy nie było żywego ducha ale otrzymałam rozkaz więc szłam pod wskazany adres. Nagle jacyś ludzie wciągneli mnie w bramę pytając z przerażeniem co w takim momencie robię na ulicy. Poinformowali mie, że chwilę wcześniej tuż obok skończyły się rozstrzeliwania. Rozstrzeliwani modlili się, płakali i głośno krzyczeli:
„Niech żyje Polska!”, za co Niemcy gipsowali im usta.
Ojciec musiał sprzedać dom, bo nie mieliśmy pieniędzy. Wynajmowaliśmy mieszkanie w Legionowie, w kamienicy na pierwszym piętrze. Vis a vis naszych drzwi miał swoją kwaterę przystojny Niemiec, Hans. Zawsze nam się kłaniał, ale ojciec zabraniał nam odpowiadać.

Był rok 1944. Ostatnie „podrygi” Niemców. Chodzili po domach i zabierali młodzież - wszystkich, którzy jeszcze pozostali w Legionowie i okolicach. Szukali w każdym domu, a później zwozili na duży plac przy ulicy Batorego. Przez okno zobaczyłam, jak dwóch Niemców zbliżało się do naszego domu. Byłyśmy same z mamą. Przerażona pobiegłam do niemieckiego sąsiada i tłumaczyłam mu, że przyszli po nas i prosiłam żeby nam pomógł. Wślizgnęłam się do jego mieszkania i schowałam za szafą, ale wydał mnie Niemcom. Dołączyłam do zgromadzonej na placu młodzieży. Mama nie wiedziała, co robić. Pobiegła do szpitala po starszą siostrę. Ta przyszła i prosiła Niemców, żeby wzięli ją zamiast mnie, ale zobaczyli na jej ramieniu czerwony krzyż. Nie chcieli tracić pielęgniarki i kazali jej odejść. Stałam z tłumem otoczonym strażnikami i żandarmerią. Ulicą Batorego przejeżdżał samochód z generałami. Jechali z frontu. Zdziwił ich tłum, więc zatrzymali się. Wysiedli z samochodu i zaczęli rozmawiać z tymi, którzy nas pilnowali. To była długa rozmowa, a skutek był taki, że generałowie weszli w tłum i wyprowadzili sześć dziewcząt w tym i mnie. Zawieźli nas do lasu. Tam, w drewnianych domkach mieli swój sztab. Kazali nam usiąść i pytali jak się nazywamy, czy tańczymy, czy pijemy, czy palimy. Byłyśmy przerażone. Z drugiego pomieszczenia dochodziły odgłosy maszyn drukarskich. W końcu wyszedł stamtąd jakiś Niemiec i dał każdej z nas dokumenty i zaświadczenia, że pracujemy w kuchni dla Niemców. Powiedzieli, że mamy szczęście, że z tymi papierami żaden Niemiec nie zrobi nam krzywdy. Dowiedziałyśmy się również, że młodzież z placu czeka śmierć – zostaną wywiezieni do Niemiec, gdzie jest bombardowanie.
-Jak będziecie potrzebne, to po was przyjedziemy – powiedzieli w końcu i pozwolili nam odejść. Nigdy nie przyjechali. Tak to się skończyło. Postanowili uratować sześć dziewczyn.

 

Aresztowanie i pobyt w Kazuniu

18 października 1944 roku do domu weszło gestapo:
- Jesteście aresztowane!
Nie wiedziałam, co robić. Zaczęłam błagać jednego z nich, żeby mnie puścił na chwilę do piwnicy. Krzyczałam i przysięgałam, że zaraz wrócę. Zagrodził mi nogą drzwi i powiedział, że jeśli nie przyjdę, zastrzeli moją matkę i siostry. Wyszłam z budynku i zaczęłam biec do starszego Niemca, oficera, który mieszkał jakiś kilometr ode mnie obok mojej koleżanki. Któregoś dnia powiedział jej, że bardzo mu się podobam. Być może przypominałam mu córkę lub wnuczkę. Miałam nóż na gardle i postanowiłam błagać go o ratunek. Padałam z nerwów na kolana, wstawałam i dalej biegłam. Zastałam go podczas odpoczynku. Kazał mi się odwrócić. Szybko się ubrał, a kiedy wyjaśniłam, co się stało, chwycił mnie za rękę, żeby było szybciej i biegliśmy razem. Gestapowiec stał z mamą przed domem. Obaj Niemcy zaczęli rozmawiać. Gestapowiec w końcu powiedział:
- Befehl ist befehl! (rozkaz to rozkaz).
Niemiecki oficer spojrzał na mnie prawie złożył ręce.
- Befehl ist befehl.
Tego dnia aresztowano jedenaście kobiet i czterech mężczyzn. Wszyscy należeli do AK. Uwięziono nas w twierdzy w Kazuniu. Kobiety zamknięto w jednej celi. Na betonie stała szafa – jedyne wyposażenie. Mama wyjęła drzwi i zrobiła z nich prowizoryczne łóżka. Ja spałam w szafie. Więziono nas przez dwa tygodnie. Któregoś dnia zabrali na przesłuchanie moją starszą siostrę Krystynę Wiśniewską. Ocaleliśmy, ponieważ nikogo nie zdradziła. Była bita do nieprzytomności. Kiedy ją przyprowadzili, miała czarne plecy i nogi. Po latach okazało się, że straciła wówczas nerkę. Miała tak zmasakrowane ciało, że nawet strażnik się nad nią litował i w tajemnicy, o godzinie jedenastej w nocy przynosił maść gojącą i matę do leżenia. O 5 rano zabierał z powrotem matę. Mnie i moją 13-letnią siostrę również przesłuchiwano. Nie bili nas, tylko wykładali na stół narzędzia, którymi znęcali się nad Krystyną. Podczas przesłuchań „udawałyśmy głupie”, chociaż wiedziałyśmy wszystko o wszystkich – w naszym domu była przecież poczta. Wszystkie te dzieci, które udawały przed wrogiem i okłamywały go, były bohaterami. Mamę również bili. Próbowała to przed nami ukryć, ale na plecach miała szramy po pejczu.

 

Placki z żytniej mąki

Zbliżał się koniec wojny. Niemcy powoli wycofywali się z Polski. Nie wiedziałyśmy, co z nami zrobią. Mówili, że nas rozstrzelają. Przyjechały furmanki, kazali wsiadać. Pilnowali nas strażnicy z karabinami. Jechaliśmy przez pola, na przełaj. Byłam pewna, że na rozstrzelanie. Dojechaliśmy na stację kolejową Modlin gdzie było czarno od Niemców. Wyglądało to tak, jakby mieli zbiórkę w tym miejscu i dalej ruszali razem. Kazali nam wejść do bydlęcych wagonów, żeby wywieźć do obozu koncentracyjnego. Nagle, na niebie pojawiło się mnóstwo samolotów, dziesiątki. Rozpoczął się dywanowy nalot. Było południe. Spojrzałam w niebo i zobaczyłam, że całe jest w złocistych kulach. Bomby spadały wszędzie. Niemcy, którzy nas pilnowali uciekli. Mama kazała nam wysiąść z pociągu i wejść w zboże. I tak skulone biegłyśmy polem przed siebie. Dotarłyśmy do wsi Cieksyn. Nalot trwał. Mama z najmłodszą siostrą pobiegły schować się w kościele, a ja z Krystyną ukryłam się w jakiejś chacie. Wszystko się trzęsło. Ze ścian spadały różne przedmioty. Na szczęście żadna bomba nie trafiła w „naszą” chatę. Kiedy zrobiło się cicho, wyszłyśmy na zewnątrz i zobaczyłyśmy pogrom Niemców – ich ciała leżały bez rąk, bez nóg, bez pleców. Ziemia wyściełana była setkami trupów. Odnalazłyśmy mamę z siostrą. Coś działo się na placu kościoła. O zachodzie słońca poszłam z Krystyną pod mur kościelny i przez dziurę widziałyśmy ciasno poukładane wokół kościoła ciała Niemców w trzech rzędach. Ci, którzy ich tam ułożyli, zdejmowali z nich buty i odznaki wojskowe.
Poszłyśmy z mamą na najbliższą stację kolejową. Tam spotkałyśmy właścicieli kina z Legionowa. Mama zapytała, co działo się w Legionowie, od momentu kiedy stamtąd wyjechaliśmy. Odpowiedzieli, że cały Legionów był wysiedlony, a aresztowanych rozstrzelali pod Chotomowem. Pojechałyśmy pociągiem do Częstochowy metę AK. Tam się nami zaopiekowano. Mieszkałyśmy w małym parterowym domku do wyzwolenia Częstochowy 17 stycznia. Podczas wojny byliśmy bardzo biedni. Ojciec sprzedawał, co się dało, żeby mieć pieniądze na jedzenie. Któregoś razu mama zachorowała. Ojciec wezwał dr. Amałowicza, akowca, naszego dowódcę. Idąc do pokoju mamy widział, jak w kuchni robiłyśmy z siostrą placki z żytniej mąki na fajerkach. Zobaczył, jaka była straszna bieda. Wieczorem pod nasz dom zajechała furmanka z górą jedzenia – pełna warzyw, owoców i wszystkiego, co można było zebrać z pola. Dr Amałowicz kazał przywieść nam jedzenie i zaopatrzył na zimę. To był wielki dowódca i wspaniały człowiek.

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl