| A A A |
<
 
>  

Alicja Grzymalska

Rocznik 1966

Członek „Pomarańczowej Alternatywy”. 1 maja 1989 roku brała udział w manifestacji organizowanej przez „Solidarność Walczącą”, gdzie została potrącona przez samochód MO oraz sfilmowała przejechanie innej osoby przez milicyjną nyskę.


Nie tylko zabawa

Miałam 15 lat, kiedy wprowadzono stan wojenny. Zostałam wychowana w rodzinie o ogromnych tradycjach niepodległościowych i patriotycznych. Moją świadomość kształtował dziadek, oficer w armii Hallera, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, a przede wszystkim mama, sybiraczka, prześladowana przez system komunistyczny. Pamiętam jej codzienne wieczorne modlitwy o wolną Polskę. W dzieciństwie nie opowiadano mi bajek. Od dziecka uczono mnie patriotyzmu, poświęcenia drugiemu człowiekowi. I tego, że wolność zaczyna się wtedy, kiedy kończy się strach. Nauczono mnie, że jeśli walczę o słuszną sprawę, to nigdy nie powinnam się bać. Nie lękajcie się... Te słowa naszego Ojca św. brzmią mi do dzisiaj głośno i wyraźnie. Pamiętam cudowne opowieści o Kresach i te mniej miłe o Syberii, Katyniu i łagrach. Nauczono mnie odróżniać dobro od zła.

Stan wojenny

Nadszedł 13 grudnia 1981 roku. Do dzisiaj jak relikwie przechowuję zdjęcia zrobione tamtego grudniowego poranka radzieckim aparatem „smiena”. Czołgi na ulicach, szpalery ZOMO pod Pafawagiem. Wtedy zrozumiałam, że już nigdy im nie zaufam. Cokolwiek by nie zrobili, jakkolwiek nie zmieniliby swojej nazwy czy szyldu. Rozjechano wolność. Zabito nadzieję. Zniszczono tak ogromny ludzki potencjał. Tego nigdy nie dało się odbudować. Ale pamiętam także tą cudowną ludzką solidarność, kiedy chodziłyśmy z mamą zanosić jedzenie dla strajkujących. Takie zwykłe ludzkie gesty, które wtedy nabierały zupełnie innych wymiarów. Stan wojenny był ogromnym dramatem. Tyle niepotrzebnych ofiar, ludzkich tragedii, ale wtedy poczułam tak naprawdę, czym jest wolność. Kiedy chodziłam każdego trzynastego na msze do Katedry zawsze otoczonej szpalerami ZOMO, słuchałam słów księdza, który mówił o prawdzie, wolności. Czułam, że jestem dużo silniejsza niż milicjant stojący obok mnie z pałką i granatami łzawiącymi. Miałam wtedy 15 lat, ale dużo szybciej dojrzałam.

„Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, gromadę błaznów wokół siebie mając...”. Pamiętam, że kiedy cytowałam w klasie na głos ten fragment wiersza Miłosza, pani z polskiego zamykała okna, żeby nikt nie słyszał. W szkole organizowaliśmy tzw. ciche przerwy. Każdego trzynastego przychodziliśmy ubrani na czarno, z przypiętymi opornikami i milcząc siedzieliśmy na przerwie. Nasz pan od fizyki biegał po korytarzach i krzyczał „mówcie coś, rozmawiajcie!”. Mieliśmy w szkole rusycystkę, przez którą bardzo dużo osób zostało relegowanych ze szkoły. Chodziła na manifestacje i wypatrywała uczniów z naszego liceum. Kiedyś zerwała mi z szyi krzyżyk z koroną, który nosiłam. Doszło do rękoczynów.

Major i Pomarańczowa Alternatywa

W stanie wojennym razem z mamą zwykle o 3 w nocy rozwieszałyśmy plakaty odręcznie namalowane o treści: „Milicjancie – Ty też jesteś Polakiem, nie bij”. A potem fotografowałyśmy siły specjalne, które to zrywały. Jeździłyśmy też do sowieckich garnizonów m.in. w Legnicy i rozdawałyśmy ulotki. To było nawet ekscytujące.

W 1986 roku rozpoczęłam studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Nasz rok był pełen tzw. wywrotowców, do których należeli m.in. Mateusz Morawiecki, syn Kornela, Sławek Sobieszek ps. Szeryf, szef Młodzieżowego Komitetu Oporu, Adam Samuel, Wojtek Stando z SW i wielu innych przyjaciół. Od początku studiów zaangażowałam się w działalność w niezależnych ruchach młodzieżowych. Mówiono o mnie „Alicja stu tysiąca” i jednej organizacji. Byłam członkiem „NZS-u”, „WIP-u”, „SPCz-u”, a przede wszystkim „Pomarańczowej Alternatywy”.

Pomarańczowa Alternatywa
Majora Fydrycha, legendarnego przywódcę „PA”, poznałam w 1985 roku. Zauroczył mnie od razu. To zauroczenie trwa do dziś, a minęły 22 lata. Taka forma protestu przeciwko systemowi chyba była mi najbiższa bliska. W moim malutkim mieszkaniu w rynku, parę metrów od ul. Świdnickiej, gdzie rozpoczynały się wszystkie akcje-happeningi, odbywały się tajne spotkania, stamtąd też wyruszaliśmy na akcje. Do dzisiaj na klatce zachowały się napisy i rysunki z tamtych czasów. W późniejszych latach broniłam ich jak niepodległości przed zamalowaniem.

Czasem uciekałam na strych. Był trzy razy większy od mieszkania. Tam malowaliśmy transparenty, przygotowywaliśmy rekwizyty. Do dzisiaj część z nich się zachowała, takie małe „muzeum ruchu rewolucyjnego” – plastikowe, wojskowe hełmy, mundury, karabiny, którymi zdobywaliśmy Śnieżkę w rocznice interwencji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i oczywiście smok wawelski z happenningu pt. ”Jaruzelski – smok wawelski”. Generał mówił nawet o tym na plenum KC PZPR. Zachowały się też tablice z okresu kampanii wyborczej Majora na prezydenta „Czerwony Generał czy pomarańczowy Major – Wybór należy do Ciebie”.

Przed każdą akcją pod moim domem stał „Zielony Las”. Tak nazywaliśmy milicyjną nyskę pełną esbeków, którzy dla zakamuflowania, zamiast w samochodzie MO, obserwowali ulicę ze środka zielonego samochodu z wielkim napisem „Zielony Las”. Oczywiście od początku wiedzieliśmy, kim byli pasażerowie.

Nie tylko zabawa

Happeningi odbywały się z okazji świąt np. Dnia Wojska Polskiego, Dnia Milicjanta, Święta Rewolucji Październikowej. Był też oczywiście Dzień Tajniaka.

Dzień Dziecka 1987 r. - Alicja Grzymalska z kamerą
I oczywiście Dzień Dziecka, kiedy dziesięć tysięcy krasnali wyszło na ulicę. Ale „Pomarańczowa...” to nie była tylko zabawa. Byliśmy zatrzymywani, przesłuchiwani, straszeni, bici, wyrzucani ze szkół. Stosowano wobec nas tzw. przemoc psychiczną. Pamiętam, jak kiedyś po zatrzymaniu, dwóch rosłych esbeków, prowadziło nas przez ciemne podwórza Urzędu Bezpieczeństwa mówiąc, żebyśmy patrzyli w niebo, bo widzimy je ostatni raz i za chwilę nas „rozwalą”. Potem wprowadzono nas do pokoju z wygłuszonymi drzwiami i powiedzieli, że możemy sobie krzyczeć, a i tak nikt nas nie usłyszy. Byliśmy wtedy bardzo młodzi. Niektórzy z nas mieli po 15 lat. To na pewno miało wpływ na psychikę. Pamiętam też historię pobicia naszego przyjaciela, 18-letniego Andrzeja Kielara, który stanął w obronie młodszego, 15-letniego Jacka Kudłatego. Zostali zatrzymani podczas jednej z ulicznych akcji i wciągnięci do samochodu przez esbeków. Andrzej z poważnymi obrażeniami głowy znalazł się w szpitalu. Ten sam esbek (znane są jego personalia) pobił też siostrę naszego kolegi, 12-letnią Grażynkę. Historia Andrzeja skończyła się tragicznie. Zmarł niedawno na tętniaka. Miał 37 lat. Nie wiem, czy ta historia sprzed lat nie miała na to wpływu. Takie były losy dzieci rewolucji.

1 maja 1989 roku uczestniczyłam we wrocławskiej manifestacji organizowanej przez „Solidarność Walczącą”. Całość manifestacji rejestrowałam na kamerze video. „Pomarańczowa Alternatywa” otrzymała ją w prezencie od Andrzeja Wajdy. Cała manifestacja miała przebieg bardzo pokojowy. Przeszliśmy z rynku pod tablicę „Solidarności” na Grabiszyńskiej cały czas konwojowani przez uzbrojone oddziały MO. W drodze powrotnej na wysokości klubu sportowego „Gwardia” zrobiło się małe zamieszanie. Pamiętam, ze podeszło do mnie dwóch funkcjonariuszy SB i krótko rozmawialiśmy. W pewnym momencie zauważyłam, że po drugiej stronie ulicy, na pl. Wolności, rozpędzony samochód taranuje przechodniów. Udało mi się nagrać moment przejechania człowieka, który w ostatniej chwili odepchnął od siebie dzieci, z którymi spacerował. Milicyjna nyska przejechała po nim. Całe to wydarzenie nagrałam na taśmie filmowej. Nagle poczułam dziwny ból w okolicy ścięgna Achillesa. Z przerażeniem zobaczyłam wokół siebie plamę krwi. Stałam między nyskami MO. Zorientowałam się, że zostałam zraniona. Na szczęście byli ze mną moi koledzy z „pomarańczówki”, którzy zabrali ode mnie kamerę, a mnie zabrało pogotowie razem z przejechanym mężczyzną. Pojechaliśmy do szpitala przy pl.1 Maja. Do dzisiaj brzmi mi w uszach jego przeraźliwy krzyk. Przeżył tylko dlatego, że był bardzo masywnie zbudowany. Ja, z diagnozą rany ciętej w okolicy ścięgna Achillesa, zostałam zabrana do domu. Leszek Budrewicz, opozycjonista, poeta, działacz „WIPu”, organizował dla mnie zbiórkę pieniędzy w kościołach. Do dzisiaj zachowałam kopertę z napisem „pomoc dla ofiar ataków ZOMO”.

Strajki we Wrocławiu w 1989 roku

Przez pół roku nie mogłam chodzić, więc koledzy ze studiów nosili mnie na zajęcia. Przez wypadek mam niedowład prawej nogi i chory kręgosłup. Po paru miesiącach odnalazłam poszkodowanego w tym wypadku mężczyznę. Przejechany mężczyzna do dzisiaj nie chodzi. Mój film był dowodem w sprawie. Sprawa została jednak umorzona. Był rok 1989. W powietrzu czuć było powiew wolności. Ale to były tylko okruchy wolności... Moi przyjaciele z „PA” odnaleźli milicjanta, który kierował nyską MO. Nie poniósł żadnych konsekwencji. A w telewizji pokazali zdjęcia z Magdalenki i okrągły stół...

Nie żałuję mojej straconej młodości, gdzie zamiast cieszyć się kwiatkami, biegałam między petardami i gazami łzawiącymi. Moje problemy zdrowotne też są niczym. Zawsze można zacisnąć zęby z bólu. Pozostał tylko żal, kiedy patrzę na zdjęcia, na których Adam Michnik podaje z wielką radością rękę Kiszczakowi, kiedy oprawcy zacierają ręce i śmieją się głośno, kiedy widzę byłych funkcjonariuszy SB zajmujących intratne stanowiska w urzędach, państwowych spółkach, na uczelniach czy w mediach a ich ofiary nie mogą się już bronić. Ale wierzę w sprawiedliwość. Ta wiara jest bardzo silna. Zło dobrem zwyciężaj.

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl