| A A A |
<
 
>  

Antoni Wos

Rocznik 1916

Więzień obozu w Stutthofie.
50 razów bykowcem

Małe gospodarstwo w Tępczu – małej wsi kaszubskiej - nie wystarczało na utrzymanie mojej rodziny, dlatego pracowałem w lesie. Po otrzymaniu wezwania do Wermachtu, poszedłem ukryć się do leśnej ziemianki. Aresztowano mnie w lesie w grudniu 1942 roku, na szczęście z dala od uzbrojonego bunkra. Przewieziono mnie do gdańskiego Polizeipraesidium. Wiedzieli o mnie, że należałem do Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf”. Podczas przesłuchania katowali mnie, aby wydobyć z kim i gdzie współdziałałem. Nie przyznałem się i nikogo nie zdradziłem. Nie wyjawiłem również miejsca położenia swego bunkra, chociaż przy wizji lokalnej w lesie nieomal staliśmy w jego miejscu. Na jednym z „przesłuchań” dostałem 50 razy bykowcem – nie przyznałem się jednak, że jestem właścicielem karabinku i amunicji znalezionej przez gestapowców jakiś czas później w ukrytym bunkrze. Później zrzucono mnie skatowanego ze schodów do piwnicy. Dwa dni później, 18 stycznia 1943 roku znalazłem się w obozie koncentracyjnym w Stutthofie. Jako więzień polityczny, otrzymałem numer obozowy 21512.

W obozie byłem zmuszany do niewolniczej pracy przy wywożeniu zwłok. Praca ta polegała na załadunku 25 do 30 ciał na wóz. Do lasu ciągnęli go sami więźniowie. Tam znajdował się dół głębokości około półtora metra i wymiarach pięć na osiem metrów. Na wierzchu tej jamy układano w równych odstępach żelazne szyny podparte filarami. Jeszcze do dziś zostały tam ślady w postaci kamieni. Zbudowano w ten sposób makabryczny ruszt, na który nakładano kłody drewna. Na nie, miej więcej co sześć godzin, układano od 120 do 200 ciał. Kładziono je na krzyż, polewano specjalnym płynem i podpalano. W ogniu ciała skręcały się i przewracały. To był makabryczny widok. Stos płonął bez przerwy, dniem i nocą, od pierwszej połowy października, aż po koniec grudnia 1944 roku. Ile tysięcy, a raczej dziesiątków tysięcy zwłok, głównie kobiet rosyjskich i żydowskich spalono łącznie na stosie, tego już nie jestem w stanie obliczyć.

6 stycznia 1945 roku pognano mnie wraz z innymi na zachód w „marszu śmierci”. Trasa kolumny V, w której się znalazłem składała się z około 1100 więźniów i prowadziła m.in. przez Łebno, Strzepcz i Linię. 8 lutego, podczas postoju kolumny we wsi Linia udało mi się zbiec. Wcześniej w czasie marszu zdobyłem trochę słoniny i papierosów. Podczas postoju w kościele w Linii pod pozorem spotkania z żoną, poprosiłem pilnującego Niemca, bym mógł wyjść. Wręczyłem mu przy tym papierosy i słoninę. Znałem tę miejscowość, dlatego zdecydowałem się na ucieczkę. Usłyszałem ujadanie psów, ale był to fałszywy alarm. Śnieg sięgał do pasa toteż zabłądziłem i po długim czasie powróciłem do Linii. Zapukałem do okna, w którym świeciło się małe światło. Kobieta, która wyszła z domu, zorientowała się, że byłem uciekinierem. Jednak wskazała mi drogę ucieczki. Tak doszedłem do rzeki. By zgubić ślady, zdecydowałem się mimo zimna iść jej korytem. Doszedłem do Tłuczewa, potem do Miłoszewa. Tam zostałem przyjęty u Anastazji i Józefa Sikorów. Znalazłem bezpieczne schronienie. Wszedłem w kontakt z partyzantką i w lesie szczęśliwie doczekałem końca wojny. Po wojnie zostałem zaproszony przez komisję sądowo-śledczą z Gdańska, która 12 października 1967 roku dokonała wizji lokalnej w celu odnalezienia stosu całopalnego, na którym w sąsiedztwie obozu Stutthof likwidowano zwłoki więźniów. Po dwudziestu trzech latach miejsce w lesie było trudne do zlokalizowania. Wcześniej nikomu z byłych więźniów nie udało się tego dokonać. Dopiero Jan Thiel z Miłoszewa i ja wskazaliśmy to miejsce.

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl