| A A A |
<
 
>  

Alfons Walkiewicz

Rocznik 1921

Więzień w obozie Auschwitz-Birkenau, Flossenburg, Dachau.
Umierałem codziennie

Gdy wybuchła II wojna światowa, mieszkałem w Skarżysku Kamiennej i miałem siedemnaście lat. Nie było w Polsce miejsca, gdzie nie znajdowałyby się niemieckie wojska. Wiosną 1941 roku, jadąc pociągiem do Szkoły Technicznej w Radomiu, widziałem na stacji kolejowej w Rożkach siedmiu mężczyzn powieszonych przez Niemców na szubienicy przy peronie. Wisieli tam przez pięć dni. Zostali oskarżeni przez volksdeutchów o przynależność do partyzantki. Wisieli wysoko, kołysani przez wiatr, żeby pasażerowie wszystkich jadących pociągów mogli ich pięć dni oglądać. Dla mnie był to wstrząsający widok, ponieważ oglądałem ich dwa razy dziennie. Raz jadąc pociągiem rano do szkoły, a drugi raz wracając do domu.

Sześcioletni Alfons Walkiewicz zwany Foniusiem - 1927 r.

W marcu 1941 roku niemieccy żandarmi wtargnęli do budynku Szkoły Technicznej, pozamykali drzwi wejściowe i nakazali uczniom z trzecich i czwartych klas podpisać listę na wyjazd do pracy na roczną praktykę do Niemiec. Nie można było wydostać się z budynku. Niemcy, w obecności rektora szkoły oznajmili nam, że świadectwa ukończenia szkoły otrzymamy po ukończonej praktyce, po powrocie do Polski. Nie wierzyłem żandarmom. Otworzyłem okno w klasie od strony ulicy i wyskoczyłem z pierwszego piętra na trawnik. Mój kolega, Edek Markiewicz, poszedł moim śladem i skoczył za mną. Obaj wiedzieliśmy, że Niemcy będą nas poszukiwać i nie będziemy mogli spać spokojnie we własnym łóżku. Żandarmi wyłapywali z domów uczniów uchylających się od wyjazdu do Rzeszy. Aresztowanie nie groziło tylko tym, którzy pracowali w fabryce amunicji w Skarżysku. Rozpocząłem więc pracę w tejże fabryce. Wkrótce Niemcy zmienili jej nazwę na Hasag-Werken. Dwa miesiące później wszyscy pracownicy do lat 40 zostali powiadomieni przez dyrekcję zakładów, że za cztery dni wyjadą do pracy do Niemiec i będą pracowali tam w swoich zawodach w macierzystym Zakładzie Hasag-Werken w Leipzig, czyli Lipsku. Nie miałem innego wyjścia i postanowiłem pojechać razem z tysiącem innych pracowników do Lipska do fabryki amunicji.

Rankiem 3 maja 1941 roku, ponadplanowy pociąg towarowy stał na peronie dobrze mi znanego dworca kolejowego w Skarżysku, do którego wsiadłem wraz z innymi robotnikami z małym bagażem zwiniętym pod pachą. Było tam wielu moich kolegów. Po chwili pociąg odjechał w nieznane. Słuchałem, jak rozpędzone koła dudniły po szynach. Przez zakratowane małe okienko wagonu towarowego widziałem, jak uciekała Polska. „Uciekał kraj, gdzie się urodziłem i wychowałem. Czemu tak dziwnie potoczyły się losy i dzieje historii” – myślałem.

Do celu podróży jechaliśmy szesnaście godzin. Po wyjściu z pociągu, uformowani w czwórki, maszerowaliśmy przez Lipsk i widzieliśmy grupy wyrostków w brunatnych koszulach wałęsających się po ulicach. Już następnego dnia o godzinie szóstej rano była pobudka. Na śniadanie dostaliśmy herbatę ziołową z kromką chleba i odmaszerowaliśmy do pracy. Przez dziesięć godzin dziennie z półgodzinną przerwą pracowałem tocząc na automacie pierścienie łusek pocisków przeciwlotniczych. Gdy musiałem pójść do toalety, prosiłem kontrolera, żeby mnie zastąpił przy maszynie, bo inne stanowiska czekały na moje półfabrykanty. Przepuszczenie braków było uznawane za sabotaż, a za to obowiązywały surowe kary.

Wkrótce po napaści Niemiec hitlerowskich na Rosję, na ścianie w hali produkcyjnej przybita została duża mapa Europy obejmująca tereny Związku Radzieckiego po Ural. Od początku lipca 1941 roku majster Jaske każdego dnia przed rozpoczęciem pracy stawał na krześle przed mapą i wbijał szpileczki z chorągiewkami ze swastyką w zajęte przez wojska niemieckie tereny Rosji. Każdy „ubermensch” (nadczłowiek) wchodząc rano na wydział, zatrzymywał się przed mapą i śledził z nieukrywaną radością „drang nach osten” (parcie na wschód) swej armii. Im dalej wkraczali Niemcy, tym głośniej Jaske wrzeszczał na Polaków i domagał się zdwojonego wysiłku pracy. Zwiększyły się represje, a zapotrzebowanie na amunicję znacznie wzrosło. Publicznie karano polskich robotników za najdrobniejsze przewinienia, żeby zastraszyć innych i skłonić do lojalności.

W czasie przerwy w pracy chodziliśmy na obiad do budynku mieszkalnego odległego o dwieście metrów od fabryki. Pewnego dnia, niosąc swój obiad w blaszanej misce, podszedłem do szafki przy łóżku, żeby wyjąć z niej pozostawioną ze śniadania część porcji chleba. Trzymając w jednej ręce miskę z zupą a w drugiej chleb, wychodziłem przez drzwi na klatkę schodową do jadalni. Wtem pojawił się przede mną „werkschutz”, bardzo silnie uderzył mnie w twarz i wrzasnął.
- Im schlatraum kann man nich essen! (w sypialni nie można jeść)
Moja miska z zupą upadła na najniższy stopień schodów. Zamroczony uderzeniem podniosłem głowę i zobaczyłem mojego przyjaciela, Edka Markiewicza, zatrzymanego przez innego „werkschutza” na klatce schodowej. Prowadzili nas do kancelarii. Tam znajdowało się jeszcze trzech „werkschutzów” i rozpoczęło się widowisko linczowania nas. Jeden z nich postawił krzesło i kazał Edkowi pochylić się przez krzesło głową w dół. Zdjął zawieszony na ścianie bykowiec z wplecionym w środku drutem i z rozmachem przyłożył Edkowi cztery razy, po czym dał mi do ręki pejcz i nakazał wymierzyć mu dwadzieścia pięć uderzeń. Moje wahanie było bezskuteczne, więc zacząłem bić i liczyć na głos: jeden, dwa…pięć…
- Nie tak bij! – wyrwał mi pejcz z ręki i znów uderzył Edka trzy razy mówiąc do mnie.
- Tak masz bić, rozumiesz?!
Zacząłem bić trochę mocniej i doliczyłem aż do sześciu
- Nie, nie tak! Źle bijesz! Teraz ty się kładź! Ja ci pokażę, jak należy bić.
Przyłożył mi kilka razy tak silnie, aż zobaczyłem gwiazdy. Wtedy pejcz i polecenie bicia mnie otrzymał Edek. Bił mocniej moje pokaleczone ciało, a kiedy już osłabł, usłyszałem.
-Wstawaj! Kończy się przerwa obiadowa i nie mamy czasu na zabawy, dlatego sami to załatwimy i każdy dostanie od nas po dwadzieścia pięć uderzeń, jak wam obiecałem.
- Proszę pana – zacząłem się bronić. - Ja chciałbym już iść do pracy. Dostałem całą swoją porcję i mnie się już nic nie należy.
- Hals maul, du blade hund! (milcz, ty podły psie) – usłyszałem.
- Ty kładź się pierwszy! Szybko! – powiedział i wskazał ręką na Edka.
Czekałem na swoją kolej, a pot oblewał mi czoło. Dwóch „werkschutzów” ustawionych po bokach biło Edka na przemian wywijając pejczami. Nadeszła pora na mnie. W skroniach mi pulsowało, a napięcie paliło ciało i wysadzało z orbity oczy. Położyłem się na krześle z głową opuszczoną ku ziemi. Za każdym uderzeniem czułem, jakby tartaczna piła przecinała mi korpus i nie byłem pewny, czy przez zamknięte powieki spływa mi z oczu krew, czy lecą łzy. Już nie liczyłem uderzeń. Czy oni mnie chcą tutaj zatłuc na śmierć? Czy moje przewinienie za wejście na chwilę po kromkę chleba do szafki było przestępstwem? Nagle poczułem kopnięcie i usłyszałem gromki głos.
- Do pracy biegiem marsz!
Edek pierwszy powoli wyszedł z kancelarii i za drzwiami z trudem wyprostował się. Spojrzał mi w twarz, ale z bólu nie mógł słowa wymówić. Po chwili usłyszałem.
- Alek, wstyd mi jest nawet przed samym sobą i wyciągnął rękę w moją stronę.
- Ja Ciebie też bardzo przepraszam - odpowiedziałem.
Jadalnia była pusta, więc to widowisko musiało trwać pół godziny. Kiedy po powrocie na wydział poszedłem do mojego stanowiska pracy, ujrzałem jak majster Jaske toczył przy mojej maszynie gilzy pocisków. Gdy mnie ujrzał, odskoczył od maszyny, zacisnął pięści i wrzasnął.
- Gdzie byłeś do tej pory, ty podły psie?!
Odpowiedziałem po niemiecku.
- Przepraszam panie majster, ale ja zostałem służbowo wezwany do kancelarii. Ja wolałbym pracować przy swojej maszynie niż tam chodzić.
- Du schafkopf! (ty baranie jeden). Powinieneś chodzić do kancelarii po pracy!
- Tak jest panie majster – odrzekłem. Toczyłem znów gilzy łusek, kiedy do mojego stanowiska podeszła kontrolerka wydziałowa. Zwróciłem się do niej z prośbą, żeby mnie ktoś zastąpił przez kilka minut, bo poczułem się słabo i musiałem wyjść do ubikacji. Po dziesięciu minutach przyszedł majster, a z jego twarzy widać było, że dowiedział się o mojej wizycie w kancelarii i pozwolił mi odejść. W ubikacji nie mogłem siąść, choć trzęsły mi się nogi, a spodnie były zakrwawione. Kilka minut stałem nieruchomo oparty obiema rękami o umywalkę, potem pochyliłem się i zmoczyłem zimną wodą włosy, twarz i szyję. Z trudem opanowałem ból i wróciłem do maszyny. Wydawało mi się, że ten dzień nigdy się nie skończy. Zadawałem sobie pytanie, czy w obozie koncentracyjnym może być jeszcze gorzej niż tutaj.

Mijał październik 1941 roku. Upłynęło już pół roku od mojego przyjazdu do Lipska. Trudy wytężonej pracy dawały się każdemu z nas we znaki. Nadszedł dzień, kiedy zdecydowałem się pójść do kierownika i wyjaśnić sprawę kontraktu pracy w Hasak-Werken, która obejmowała pół roku. W przerwie obiadowej wszedłem do biura kierownika. Przy biurku siedział szef kompanii wartowniczych, którego podwładnych zdążyłem poznać wcześniej, kiedy poszedłem wziąć chleb z szafki.
- Guten tag – powiedziałem głośno w drzwiach.
Nie odpowiedział. Podniósł głowę znad biurka i odezwał się pełnym pogardy głosem.
- Was ist loss? (Co się stało?)
- Chciałem pana komendanta zapytać, kiedy będę mógł wrócić do Polski, bo ja jestem studentem i chciałbym kontynuować naukę.
- Es ist krieg! (jest wojna!) – Es gipt keine kontrakte mehr! (nie ma żadnych kontraktów)
W mgnieniu oka walnął mnie w lewe ucho prawą dłonią tak silnie, że od ucha przez nos przeleciało mi powietrze. Zobaczyłem gwiazdy w oczach. Od tego uderzenia pochyliłem się na bok i w tym momencie łokciem jego zgiętej ręki zostałem z półobrotu uderzony w szczękę. Zatoczyłem się na drugi bok. To mnie tak zamroczyło, że nawet już innych uderzeń nie odczuwałem. Wyszedłem ogłuszony przed budynek i z dużym wysiłkiem doszedłem do pobliskiej ławki. W lewym uchu nie ustępował dokuczliwy gwizd i wyciekała krew. Chyba nikomu nie przydarzyło się tak wiele przykrych zdarzeń w ciągu pół roku, które mnie spotkały. Postanowiłem uciec z Lipska do Polski, do moich przyjaciół. Po powrocie do pracy i po rozmowie z komendantem podszedłem do majstra laryngologa. Zgodził się, bo zobaczył, że nie byłem symulantem. Po bezskutecznym zabiegu laboratoryjnym, z uczuciem zbyt długiej jazdy na karuzeli, wyszedłem przed budynek i wróciłem do fabryki. Tego samego dnia wieczorem rozpocząłem przygotowania do ucieczki.

Był 9 listopada 1941 roku, kiedy razem z kolegą z Kielc, Romanem Kowalskim wyruszyliśmy w podróż. Po pracy wyszliśmy z Romanem na przystanek tramwajowy jadący w kierunku stacji kolejowej w Lipsku. W latach II wojny światowej Lipsk był największym dworcem kolejowym w Europie liczącym 24 perony. W obawie, żeby nas ktoś na stacji nie wylegitymował, spacerowaliśmy po ulicy. Na peron wyszliśmy krótko przed odjazdem pociągu. W pośpiechu weszliśmy na inny peron i pociąg podmiejski wywiózł nas w przeciwnym kierunku, na zachód. Dojechaliśmy do Weimaru. Dochodziła 22. Na dworze było ciemno, zimno i padał śnieg. Aby dojechać do granicy Guberni, musieliśmy wrócić do Lipska. Spojrzałem na rozkład jazdy pociągów. Najbliższy pociąg do Lipska odjeżdżał o godzinie 4:40 rano. Dwa dni jechaliśmy z wieloma przygodami przez Lipsk do Katowic. W końcu Roman dotarł do Kielc, a ja do Skarżyska. Na moje pukanie mama podeszła do drzwi i spojrzała na mnie przez okno werandy. Była sama w domu i strach ją obleciał.
- Syna w domu nie ma! Już wam to wiele razy mówiłam – rzekła.
- Dzień dobry – powiedziałem. – Wpuść mnie! To ja! Nie poznajesz własnego syna?
Mama przysunęła nos bliżej szyby, a po chwili zapytała niedowierzająco.
- Czy pan myśli, że matka nie poznałaby własnego syna?
- Mamo, mylisz się! Wpuść mnie!
Mama po chwili wahania otworzyła drzwi i uścisnęliśmy się serdecznie. W jej oczach ukazały się łzy radości. Ja też byłem bliski płaczu.

Związek Walki Zbrojnej

Rozpoczął się dla mnie nowy rozdział życia. Wstąpiłem do partyzantki i byłem aktywnym członkiem Związku Walki Zbrojnej. Dostarczałem proch i spłonki dla partyzantów z fabryki amunicji w Skarżysku. Miałem legitymację z Polskich Kolei Państwowych z fotografią i fałszywym nazwiskiem na Józefa Wernera, którą otrzymałem od mojego ciotecznego brata Leona Warchoła zatrudnionego na stacji kolejowej PKP w Jastrzębiu. Lolek przekazywał nam informacje o jadących transportach ze sprzętem wojskowym na wschód. W lipcu 1942 roku mój oddział został powiadomiony o transporcie przez Ostrowiec sprzętu wojskowego w kierunku Lublina. Brałem udział w tej akcji. Przed mostem kolejowym na rzece Kamienna w Ostrowcu podłożone zostały pod tory ładunki wybuchowe. Była to jedna z większych udanych akcji partyzanckich, która spowodowała wielkie straty sprzętu wojennego armii niemieckiej.

Od czasu mojej ucieczki z fabryki z Lipska poszukiwany byłem przez żandarmów niemieckich i nie mogłem przebywać we własnym mieszkaniu. Najczęściej spałem u mojej ciotki, a ciepłe noce spędzałem nad rzeką Kamienna, gdzie w krzakach miałem ukryte dwa koce, którymi się w nocy przykrywałem. Po przeprowadzonej akcji, mama w trosce o moje zdrowie, zachęcała mnie do wypoczynku i pozostania w domu. Tak też zrobiłem. Spałem twardo, ale miałem potworne sny. Rano, podczas śniadania, usłyszałem łomotanie do drzwi.
- Podejdź mamo do drzwi i zobacz, kto tak kołacze? Jeżeli to żandarmi, nie otwieraj! – powiedziałem.
- To Niemcy! – odpowiedziała mama i cofnęła się pobladła. Było już za późno. Usiłowałem wyskoczyć z pokoju na ulicę przez okno, ale i tam byli żandarmi. Zostałem aresztowany i wywieziony do więzienia w Radomiu.

Więzienie w Radomiu

Był październik 1942 roku. Stałem najpierw parę godzin skuty kajdankami i odwrócony twarzą do ściany. Potem brano mnie na przesłuchania i spisywano protokoły. Wynikało z nich, że przyznaję się do zarzucanych mi przestępstw i posiadania broni. Za każdym razem odmawiałem podpisania protokołu, bo nie chciałem sam na siebie wydać wyroku śmierci. Po przesłuchaniu, na którym byłem bity po głowie pękiem więziennych kluczy, zostałem wepchnięty do więziennej celi. Stałem jak wryty i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, gdy usłyszałem.
- Ty, nie stój tam jak na weselu. Połóż się koło mnie, tutaj na podłodze.
Cela nie była ogrzewana, a małe zakratowane okienko nie miało szyby więc leżąc bez koców, z zimna, tuliliśmy się do siebie coraz bliżej. Było jeszcze zupełnie ciemno, gdy na korytarzu więziennym usłyszałem krzyki i otwieranie sąsiednich cel. Przebywający tu więzień, Krakowiak, aresztowany w maju 1942 roku, powiedział mi, że stamtąd wychodziło się tylko na rozstrzelenie albo na transport do obozu koncentracyjnego.

Komendantem V oddziału politycznego radomskiego więzienia był Ferdynand Koch – największy wróg więźniów. Znęcał się nad bezbronnymi, kopał ich w brzuch lub podbrzusze, co powodowało paraliżujący ból i mimowolny skłon. Ferdynand wtedy śmiał się głośno i mówił, że polskie psy muszą mu się w pas kłaniać. Pluł nam w twarz, gdy staliśmy na baczność i krzyczał, że wszyscy Polacy będą całe życie kłaniali się do samej ziemi. Nienawidził Polaków i nigdy nie wiadomo było, za co bije i dlaczego. Raz dziennie, o tej samej porze, wynoszono z celi klozet i gnano nas przez korytarz do więziennej ubikacji okładając żelaznym łańcuchem po plecach i głowie najsłabszych, biegnących na końcu. Na czynności fizjologiczne przeznaczone było tylko pięć minut, bez względu na liczbę więźniów, a po upływie tego czasu Ferdynand, którego nazywaliśmy Fischaugen (Rybie Oko) wpadał jak burza do ubikacji i bijąc, wyrzucał wszystkich więźniów. Ze spodniami w garści biegliśmy jak gonione psy z powrotem do celi. Ludzie starsi, mniej sprawni, załatwiali się w pośpiechu w spodnie, za co byli podwójnie bici. Po pierwsze za to, że nie przestrzegali czasu, a po drugie za to, że śmierdzieli. Kał z podłogi Koch polecał zbierać gołymi rękami. Zawsze na jego służbie, raz w tygodniu, urządzano nam gimnastykę na więziennym podwórzu. Kazał nam wtedy zdejmować koszule, sam stawał pośrodku, wymachiwał i strzelał z bata, a my biegaliśmy w kółko w rytm jego krzyków jak tresowane zwierzęta cyrkowe. Kto nie nadążał w coraz szybszym biegu, tego smagał batem po gołych plecach. Potem były skoki przez schylonych więźniów. Po dwudziestu minutach tego sportu połowa więźniów była zbita do krwi i ledwo trzymała się na nogach.

Pogrzeb bohatera

Wezwano mnie znów na przesłuchanie razem z innymi więźniami. W pokoju oprawców siedzieli cywile biegle mówiący po polsku, a w rogu stało dwóch z SS. Oznajmili mi, że jeśli będę mówił prawdę, to szybko wyjdę na wolność. Zapytano mnie, skąd miałem broń i gdzie ją schowałem. Nie przyznałem się do posiadania broni. Wtedy podskoczyło do mnie dwóch drabów z SS. Jeden chwycił mnie za kołnierz, uniósł do góry i rzucił na podłogę a drugi krzyczał.
- Zginiesz marnie! Zgnoimy cię, jeśli się nie przyznasz! Kazano mi wstać i silnym uderzeniem w twarz znów powalono mnie na podłogę. Zacząłem krwawić. Zapytano mnie, czy znałem Krakowiaka. Powiedziałem, że nie.
- Do jakiej organizacji należysz?
- Do żadnej.
- To przez was giną nasi żołnierze i przez was wojna przeciąga się, ale my was wszystkich wyłapiemy i zniszczymy. Odpowiadaj! Czy znasz Krakowiaka ze Skarżyska?
- Nie znam.
- Łżesz, ty psie przeklęty – wrzeszczał gestapowiec i znów we dwóch porwali mnie w swoje szpony. Po chwili wprowadzili jakiegoś pobitego człowieka.
- Patrz ty polskie ścierwo! Poznajesz go?
- Nie poznaję - odpowiedziałem.
Gestapowiec uderzył mnie w twarz i znów zapytał.
- Gdzie wasza banda ma ukrytą broń? My wszystko o was wiemy. Kontynuowano bicie i kopanie, nawet kiedy leżałem już półmartwy na podłodze. Kopano mnie w bok i w plecy. Potem nastąpiła przerwa obiadowa i wepchnięto mnie do sąsiedniego pokoju. Po tym przesłuchaniu umieszczono mnie w piwnicy, gdzie ujrzałem leżącego Krakowiaka, który jęczał z bólu.
- Uspokój się – powiedziałem. – Zagrozili mi, że jeśli będę wył, to zaplombują mi gębę gipsem i wtedy będę cicho.
Rano wyprowadzili Krakowiaka z celi. Następnego dnia stanęliśmy wyprostowani na baczność, a przed nami przywlekli i położyli Krakowiaka. Koch, kopiąc go buciorami, wzywał do powstania. Nikt z nas nie drgnął, kiedy pastwił się nad umierającym człowiekiem. Rybie Oko bił i kopał dalej swą ofiarę. W końcu splunął i ryknął.
- To polskie gówno i tak do jutra zdechnie.
Całe ciało Krakowiaka było w ranach i sińcach, a mocz oddawał razem z krwią, bo odbito mu nerki. Wieczorem poprosiliśmy wartownika, żeby pozwolił przynieść z ubikacji wody w wiaderku i zaczęliśmy robić mu okłady. Nie wiedziałem, gdzie mam mu przykładać kompresy. Miał cięte rany głowy, oczy nabrzmiałe krwią, sine paznokcie, gdyż wbijano mu w nie szpilki, i dużo ciętych ran na rękach i nogach. Nie mogłem zrozumieć, jakim cudem on jeszcze żył.

Chory, po paru godzinach odpoczynku, zaczął o sobie opowiadać: nazywał się Krakowiak, był ze Skarżyska. Aresztowano go w Starachowicach. Jakiś szpicel doniósł, że służył w Polskim Wojsku. Obwożono go po lasach, aby wskazał miejsca, w których ukrył broń i amunicję, ale on nie pokazał Niemcom żadnych magazynów. Kluczył i twierdził, że nie może trafić. Gestapowcy wpadli w szał. Bili go do utraty przytomności, ale nie wydał nikogo. Wówczas przekazano go w ręce radomskiego gestapo. Kiedy rano służbę objął Koch, Krakowiak nie mógł już wstać do apelu. Koch rozpoczął śmiertelną serię kopnięć. Kopał go tak długo, aż ofiara przestała oddychać i dopiero wtedy wyszedł z celi. Potem kazał więźniom wywlec zwłoki za nogi na korytarz. Taki to był pogrzeb bohatera.

W nocy nie spałem i myślałem tylko, czy przeżyję następny dzień, kiedy znów mieli wziąć mnie na przesłuchanie, bo podejrzewano, że byłem wspólnikiem Krakowiaka. Rano otworzyły się drzwi do mojej celi i wywołano moje nazwisko. Wyprowadzono mnie na korytarz. Kazano mi się odwrócić twarzą do ściany i podnieść ręce do góry. Po paru godzinach stania w takiej pozycji przyprowadzono mnie do oprawców. Polecono usiąść, po czym gestapowiec trzepnął mnie tak mocno w twarz, że spadłem z krzesła. Wywleczono mnie potem za kołnierz do sąsiedniego pokoju, gdzie znajdował się kozioł. Przełożono mnie przez ten kozioł i przywiązano do niego moje ręce i nogi. Bez żadnych pytań zaczęła się siekanina bykowcami. Biło dwóch, na przemian. Przed rokiem takie bicie przeżyłem w Lipsku, w Hasag-Werken za to, że z miską zupy wszedłem do sypialni po kawałek chleba. Wtedy bicie przeżyłem, ale upokorzenia nie mogłem znieść i uciekłem z Lipska do kraju. Teraz znów bili. Jęczałem z bólu. Skóra pękała, spodnie przesiąknięte krwią przylepiały się do ciała. Zemdlałem. Otworzyłem oczy dopiero, gdy oblano mnie zimną wodą. Ponownie zawleczono mnie przed biurko na przesłuchanie. Jeden z oprawców prosił mnie obłudnie, żebym usiadł. Poprosiłem o zeznawanie na stojąco. Któryś z Niemców siłą posadził mnie na krześle. Ból był niesamowity. Padały pytania: „Do jakiej organizacji należysz?”, „Czy wiesz, co to jest sabotaż?”, „Czy podpalałeś fabrykę amunicji w Skarżysku?”
- Nie, to nie był sabotaż. Wierciłem otwory w zapalających bombach napalmowych, a przez potarcie białego proszku następuje samozapłon. To zdarzało się i innym pracownikom, jeżeli rozsypany na stole proszek ktoś chciał zetrzeć szmatą.
Padały wyzwiska, a potem czymś twardym dostałem w głowę i znów spadłem z krzesła. To chyba była kolba rewolweru. Krew polała mi się po twarzy. W końcu odprowadzono mnie do celi. Rany goiły się wolno i wolno mijały dni. Codziennie z przesłuchań wracali inni więźniowie, zbici i skatowani. W nocy słychać było tylko jęki. Co jakiś czas o świcie wywoływano kilku więźniów politycznych na rozstrzeliwanie. Nie pozwolono im zabierać żadnej odzieży. Każdy szedł w koszuli i kalesonach. „Dobrze, że dziś nie padło jeszcze moje nazwisko” - myślałem. Rozstrzeliwano w lasach pod Radomiem albo na więziennym podwórzu.

3 listopada o świcie wywołano mnie z celi. Byłem obolały i załamany psychicznie. Bałem się najgorszego. Wypędzono nas na więzienne podwórze. Było nas czterdziestu dwóch. Powiązano nam od przodu ręce sznurkami. Wydano chleb, który każdy z nas zjadł od razu i odstawiono nas ciężarowym samochodem na radomski dworzec kolejowy. Od wschodniej strony stacji kolejowej klęczeliśmy w czwórkach na betonowym podjeździe na perony. Gestapowska eskorta oznajmiła nam, że jedziemy do obozu koncentracyjnego. Długo jeszcze czekaliśmy na przyjazd pociągu. Wśród poszturchiwań nadzorcy SS, wepchnięto nas do jednego wagonu towarowego i zabroniono jakichkolwiek rozmów. Siadaliśmy kolejno na podłodze rozkraczając nogi, między które siadał następny więzień. Podłoga i ściany wagonu były wysypane chlorowanym wapnem. Zakratowane okno zabite było deskami, między którymi znajdowały się duże szpary. Zaryglowano drzwi i pociąg ruszył w kierunku Krakowa. W Skarżysku przetoczono nasz wagon na inny tor i doczepione zostały dwa wagony „żywych gęsi”, które intuicyjnie wyczuwały, że jechały na rzeź i przez całą dobę skarżyły się, i głośno gęgały. W Częstochowie jeszcze doczepiono kilka wagonów z więźniami i pociąg ruszył dalej. Przy załatwianiu potrzeb fizjologicznych pomocna okazała się znaleziona na podłodze mała butelka, którą każdy po napełnieniu musiał wylać, wspinając się wysoko na palcach, żeby sięgnąć do zakratowanego okna. Był to nie lada problem: unieść wysoko butelkę związanymi rękami i przechylić za oknem, podczas gdy pęd powietrza całą jej zawartość wwiewał do środka na twarze i oczy stłoczonych w wagonie więźniów. Noc była potwornie zimna. Niektórzy wstawali z podłogi i nacierali sobie wzajemnie plecy, ręce i nogi, aby trochę się rozgrzać. Zmęczeni i głodni jechaliśmy już dwie doby nie wychodząc z wagonu. U niektórych napięcie nerwowe objawiało się rozstrojem żołądka. Do smrodu chlorku, który powodował pragnienie, doszedł dodatkowo smród ludzkich odchodów wywołujący odruch wymiotny. Dobrze, że mieliśmy puste żołądki. Nagle usłyszeliśmy szczekanie psów, a po chwili, kiedy pociąg już stanął, słychać było tępe uderzenia kolbami karabinów w ściany wagonów. Wszyscy poderwaliśmy się na równe nogi i odwrócili ku drzwiom. Drzwi naszego wagonu towarowego otworzyły się. Tam oczekiwali nas na rampie kolejowej oprawcy SS ze stadem ujadających psów. To był cel naszej podróży pociągiem. Dotarliśmy do Auschwitz.

KL Auschwitz-Birkenau

Weszliśmy przez bramę, na której wykuty był napis: „Arbeit macht frei”. Wokół obozu, po obu stronach bramy, rozciągały się podwójne zasieki z drutu kolczastego podłączone do wysokiego napięcia. Nad ogrodzeniem, pomiędzy zasiekami, widać było wysokie wieżyczki wartownicze ze strzegącymi obozu, uzbrojonymi w karabiny maszynowe wartownikami – po kilku w każdej wieżyczce. W dali widać było wysoki komin krematoryjny. Czuło się mdły smród palonych ciał ludzkich. W łaźni kazano nam się rozebrać do naga, a nasze rzeczy zostały spakowane do oddzielnych worków. Po oddaniu ubrań przepędzono nas do drugiej sali, gdzie oczekiwali nas fryzjerzy. W błyskawicznym tempie spadały włosy, brody i wąsy. To było bolesne wyrywanie kępami a nie strzyżenie. Ogolonych zanurzano w dużej kadzi napełnionej silnie szczypiącym w oczy lizolem dezynfekcyjnym. Z tej kąpieli przechodziło się pod prysznice. W drzwiach do łaźni rozdawano mydło z gliny i jeden mały ręcznik na pięć osób. Gorąca woda była błogosławieństwem dla zmarzniętych i ubrudzonych kilkudniowym transportem ludzi, ale potem nagle odkręcano zimną wodę, co powodowało, że więźniowie wybiegali z bloku bez wycierania i bez konieczności popędzania ich. Biegliśmy nago ulicami wysypanymi ostrym żwirem, między blokami, niewytarci, po zimnym wietrze do magazynu odzieżowego. Przekleństwa miotane przez dygocące z zimna usta i jęki upadających na ostre kamienie, sprawiały ponury widok biegu pędzonych potępieńców do piekieł.

Do środka bloku wpędzano nas grupami, po dziesięciu. Wewnątrz podchodziliśmy pojedynczo do innych więźniów, od których otrzymywaliśmy koszule, kalesony, pasiaste ubranie bez doboru wielkości, okrągłą czapkę i drewniane buty. Przy wyjściu wydawano nam odbite na kawałku płótna numery, które należało przyszyć na marynarce i z zewnętrznej strony prawej nogawki spodni. Otrzymałem nr 73 526 i od tej pory utraciłem własne nazwisko. Staliśmy się numerami. One były jedynym dowodem tożsamości. Pod numerami każdy przyszywał „winkiel” (trójkąt). Kolor trójkąta oznaczał powód aresztowania więźnia: czerwony – polityczny, zielony – bandyta lub złodziej, czarny – sabotażysta, różowy – homoseksualista, fioletowy – babtysta, i z gwiazdą Dawida – Żyd.

Po ubraniu się zapędzono nas do sąsiedniego budynku, gdzie zniesiono nasze, oddane przed kąpielą, rzeczy. Tu dokonywany był ich spis na specjalnym formularzu, który każdy miał podpisać. Następnie spisywano dokładnie wszystkie dane personalne dotyczące nie tylko więźnia, ale i jego rodziny. Czy pije, czy pali, czy w rodzinie nie było wypadków obłędu, chorób zakaźnych jak kiła, gruźlica. Długo musieliśmy czekać na swoją kolejkę. Przyglądaliśmy się wzajemnie jeden drugiemu, a wielu załamywało się psychicznie. Przewodnik przyprowadził nas pod jakiś piętrowy, murowany blok i pożegnał słowami: „To jest blok nr 10, a na piętrze jest 10a i tam będziecie mieszkać. Macie tam miejsca pod dostatkiem i koce, możecie spać”. W ciemnościach panujących na bloku niemożliwe było zorientować się, gdzie kto się znajdował. Łóżek nie było. Na betonowej podłodze rozsypana była cienka warstwa słomy, na której leżeli rzędami obok siebie więźniowie. Ktoś mnie zagadnął.
- Panie, czy śpi pan spokojnie?
- Jak to śpię? – odparłem. – Przecież pan widzi, że stoję i szukam miejsca.
- Nie rozumie mnie pan – syknął zdenerwowany. – Czy pan śpiąc, nie rzuca się w nocy i nie kopie? Bo na ogół tu ludzie śpią niespokojnie.
Po paru minutach cisza zaległa blok i wszyscy pogrążyli się we śnie. Następnego dnia rano na apelu stałem na baczność przed blokiem zakwalifikowany jako zdolny do pracy „materiał ludzki”. Inni z transportu, wprost z rampy kolejowej poszli do komory gazowej. Ginęli bez rejestracji, a ich dokumenty palono w piecach do spalania śmieci. Rozpoczął się dzień ciężkiej pracy w obozie. Dzień pracy trwał tu dwanaście godzin. Zaczynał się o szóstej rano apelem, a kończył o szóstej wieczorem też apelem. Kilkudziesięcioosobowy zespół orkiestry dętej grał przy bramie wyjściowej rano, podczas wymarszu komand do pracy, grał i na powrót do obozu po pracy. Za jakieś przekroczenie regulaminu bądź braku więźnia, blok, a nawet cały obóz, miał apel karny i wtedy dzień z dwunastu godzin przedłużał się do późna w noc. Od pierwszego dnia po apelu zapędzono nas ośmiu do wałowania terenu między blokami. Czterech z nas ciągnęło za ciężki dyszel dużego, stalowego walca do ubijania drogi, a czterech innych pchało ten ciężar. Ci, którzy nie mieli butów, ranili stopy ostrym żwirem. Te rany jątrzyły się boleśnie i ropiały. Kiedy ktoś ustawał w pracy, miał jeszcze dodatkowe rany na głowie od uderzeń kapo kierującego walcem. Razem ze mną ciągnął walec przez tydzień nauczyciel przyrody z lubelskiego gimnazjum. Kapo znał go, bo codzień regularnie bił go za posiusiany siennik. Profesor spał na bloku obok mnie. Kiedy wstaliśmy do pracy następnego dnia, kapo zdążył jeszcze skontrolować siennik, na którym spaliśmy z profesorem. Posłanie przeschło, lecz pozostała na nim duża, zdradziecka plama. Kapo z miejsca zwrócił się do profesora i uderzył go w twarz. Naraz, wzdłuż cienkiego drelichu jego spodni, spłynęło na ziemię dużo moczu i utworzyła się mała kałuża. Kapo rozkazał profesorowi pójść na blok, a po powrocie wieczorem po pracy i po ustawieniu nas do apelu zauważyłem, że profesora brakowało. Minął dzień. Następnego dnia dowiedziałem się, że prof. Śliwiński zmarł.

Po kilku dniach, na porannym apelu, przyszedł przed nasz blok SS-man i wykrzyknął do czterystu stojących na baczność więźniów.
- Alle dreher austreten (tokarze wystąp).
Wystąpiłem i ja. Kiedy na zadawane pytania odpowiedziałem, że ukończyłem Szkołę Techniczną i umiem pracować na tokarce, strugarce i frezarce, SS-man zabrał mnie i drugiego starszego ode mnie tokarza, poza teren obozu do pracy w zakładzie napraw. Jesienią i zimą było tam cieplej pracować niż na dworze, kiedy słoty i mróz podwajały czas, a bezlitosna natura sprzymierzała się z ludzkim okrucieństwem. Po kilkunastu dniach mojej pracy przy tokarce schwytano jednego z więźniów na próbie ucieczki. Stało się to przed południem, w godzinach pracy. Natychmiast zawyły syreny. Kiedy słyszeliśmy doniosły głos syren alarmowych, każdy więzień musiał natychmiast paść twarzą na ziemię, obojętnie gdzie się znajdował i czekać aż do odwołania alarmu. Potem zarządzano apel, a gdy cały obóz, wśród wzmożonych wrzasków SS-manów i kapo, ustawił się blokami w przepisowych dziesiątkach, czekaliśmy godzinami na schwytanie uciekiniera. Nikt nie mógł wystąpić z szeregu. Czasem, gdy ktoś cierpiał na biegunkę, spuszczał szybko spodnie, kucał, i po kilku sekundach wstawał. Pilnujący nas SS-mani dostrzegali wszystko. Winny nieporządku zmuszany był skakać w kucki wokół własnych odchodów i szczekać jak pies. Tym razem czas schwytania uciekiniera wydłużał się. Głód odbierał wycieńczonym więźniom siły, a kogo zawiodły, tego życie liczyło się już na godziny. Schwytanym był młody Polak Edward Świerszczyka. Szedł kopany i popychany przez gromadę otaczających go SS-manów, potykając się, w postrzępionym pasiaku, oślepiony krwią spływającą z rozciętego czoła. Kilkanaście tysięcy ludzi, sztywno wyprostowanych na baczność, wpatrywało się w niego w milczeniu. Gdy doszedł do środka placu apelowego, uderzenie pięścią w plecy zmusiło go do wyprostowania się. Wtedy jeden z SS-manów, Schmidt, założył mu na piersi i plecy przewiązane sznurkiem przez ramiona dwie tablice z napisem: „Hurra! Ich bin wieder da! (Hura! Jestem znów tutaj). Drugi SS-man zawiesił mu na szyi bębenek i wcisnął do rąk pałeczki. Nim go powieszono, kazano przemaszerować wzdłuż szeregów w asyście Niemców. SS-mani i kapo pilnowali uważnie więźniów, aby nikt nie odważył się opuścić lub odwrócić oczu. Kto to uczynił, był natychmiast bity. Spojrzenia wszystkich wlepione były w skazańca. W dłoniach trzymał pałeczki i wybijał monotonny takt na zawieszonym na szyi bębenku. Uciekinier przeszedłszy wzdłuż szeregów, wrócił ponownie na środek placu, gdzie kapo wykańczali szubienicę. Musiał chwilę czekać. Wtedy zabrał głos komendant obozu, Rudolf Hess, o martwej, ziemistej twarzy. Przemawiał krótko, doniosłym głosem człowieka przywykłego do rozkazywania. Uciekiniera skazano na karę śmierci przez powieszenie.

Przed świętami Bożego Narodzenia kazano mi się przenieść na blok 24. Były tam drewniane, trzypiętrowe koje, a w nich sienniki ze słomą. Dostałem środkowe łóżko. Pode mną spał Antek Rychłowski z Jarosławia, numer 34. Jego ojciec był granatowym policjantem, którego Ukraińcy spalili we wrześniu 1939 roku. Antek przyjechał do Auschwitz pierwszym transportem tarnowskim w 1940 roku i pracował w obozie w komando „Kanada”, gdzie znajdowała się odzież i pieczywo z transportów Żydów. Rozbierani byli tam do naga. Zostawiali w pomieszczeniach cały swój dobytek i stamtąd pędzono ich do komór krematoryjnych a tam mordowano ich gazem cyklonem. Raz w tygodniu, w czwartek, dostawaliśmy zupę chlebową, do której wrzucany był chleb bądź pieczywo zabrane z komanda „Kanada”. Zdarzało się czasem, że w misce z zupą znajdowało się złoty pierścionek albo złotą obrączkę.

W wigilię Bożego Narodzenia spotkało mnie szczęście, bo znalazłem przy śmietniku czerwonego buraka. Antek przyniósł po pracy trzy przemarznięte ziemniaki i postanowiliśmy na ogniu z tych warzyw ugotować wieczerzę. Spaliłem wtedy cztery deski spod siennika i spadłem w nocy wraz z siennikiem na leżącego pode mną Antka, a zupę zjedliśmy i tak surową, i dostaliśmy obaj biegunki. Z każdym dniem stawałem się coraz słabszy. Minęło następnych kilka tygodni ciągłej walki o przetrwanie.

Pewnego dnia, po powrocie z pracy na blok, kapo poinformował nas o mającym odejść z Auschwitz transporcie więźniów do innego obozu. Z radością zdecydowałem się na wyjazd, bo wiedziałem, że Auschwitz jest obozem egzekucyjnym i jeżeli zastrzelą jakiegoś Niemca w Warszawie, czy w innym mieście, to w Auschwitz zamordują za jednego Niemca dziesiątki więźniów. Wielu z nas dobrze pamięta, jak podczas dziesiątkowania więźniów, wybrany został z szeregu ślusarz, Franciszek Gajowniczek, a stojący obok niego franciszkanin, Maksymilian Kolbe z Niepokalanowa, wystąpił przed szereg i powiedział.
- Ja pójdę zamiast niego, proszę go zostawić. On ma żonę i dzieci.
Wtedy Niemiec szyderczo zapytał.
- Czy ty wiesz, dokąd oni wszyscy idą?
- Tak, wiem – powiedział Kolbe.
Wraz z innymi wrzucono go do bunkra, gdzie wszyscy mieli ponieść śmierć głodową. Dwunastego dnia, tylko on jeden pozostawał półżywy. Miał jeszcze otwarte oczy i szeptał modlitwę, kiedy wstrzyknięto mu truciznę – fenol.

12 marca 1943 roku, wywieźli mnie transportem z tysiącem innych więźniów do obozu w nieznanym nam kierunku, jak się później okazało do kamieniołomów w KL Flossenburgu. Rozpędzony pociąg dudnił znów po szynach i widać było, jak oddalał się obóz zagłady Auschwitz, gdzie każdego dnia czyhała śmierć.

Kamieniołomy w KL Flossenburg

KL Flossenburg leży w Bawarii, blisko granicy czechosłowackiej. Teren był tam podmokły, malaryczny, otoczony górskim pasmem Alp. Kiedy pociąg stanął na stacji, popędzani przez wrzeszczących żołnierzy niemieckich, ustawiliśmy się w kolumnie czwórkami, przed dworcem kolejowym. Ruch pojazdów na ulicy został wstrzymany. Tylko przechodnie wpatrywali się w nas. Jakaś młoda Niemka, stojąca z małym chłopcem blisko mnie, odezwała się do dziecka: „Das sind banditen” (to są bandyci). Rozpoczął się marsz do obozu. Trasa liczyła trzy kilometry.

Drugiego dnia starzy więźniowie uświadomili nas, że w obozie wszyscy pracowali w kamieniołomach i nosili w górę po schodach – na brzuchu albo na noszach – ciężkie kamienie. Przebywali tam tylko skazani wyrokiem sądu na karę śmierci. Obowiązkiem kapo było, żeby więzień nie żył dłużej niż 100 dni. Wielu kapo ten okres skracało do paru dni. Tego samego dnia we Flossenburgu dostałem nowy numer więźnia 49212. Następnego dnia po apelu porannym kapo odliczył 150 więźniów do pracy. Ja w tym dniu pozostałem jeszcze w baraku. Mówiono nam, że musimy pracować solidnie, bo nasza grupa po trzech miesiącach wysłana zostanie na inne miejsce pracy. Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Nadszedł następny dzień, kiedy pomaszerowałem do kamieniołomów. Co się tam działo, trudno sobie wyobrazić i chciałoby się o tym wszystkim zapomnieć. Głębszy oddech można było złapać tylko wtedy, gdy odgłos syren nakazywał stać podczas wybuchu odwiercanych skał. Niektórzy więźniowie po dwóch przenosili nosze z kamieniami. Nosze składały się z dwóch kołków i przybitych do nich czterech desek, na które należało ładować kamienie. Jeżeli ktoś nałożył zbyt mało, kapo dokładał mu kamieni i dodatkowo dokładał po plecach styliskiem od łopaty, które nosił przy sobie. „Och! Żeby tak można było stanąć, odpocząć, zaczerpnąć powietrza. A może rzucić ten przeklęty kamień? Nie. Za żadne skarby. Zakazane. Zaraz byłaby karna kompania albo strzał”. Kapo mówił, że kamienie trzeba nieść równo, trzeba pokazać, że się jest godnym życia. Ktoś zaskowyczał. Stanąłem. Wysunąłem nogę do przodu i położyłem sobie kamień na kolanie. Tak jest lżej. Kapo raz już to widział. Pozwolił. Objąłem kamień, jakbym go pieścił. Zawsze to lepiej trzymać kamień na kolanie niż na ramieniu. Wysoko na schodach widać nosze z kamieniami. Obok, na ścieżce, kapo dokonuje egzekucji za upadek z kamieniami. Podszedł do więźnia, kazał mu się pochylić do przodu i styliskiem łopaty uderzył go od góry w kark… ten natychmiast upadł na twarz. Kapo położył leżącemu stylisko na szyi i zaczął bujać się na nim w prawo, w lewo, to znów w prawo. Pewnie ten człowiek już znieruchomiał, bo i kapo przestał się bujać. Zawsze musieli to robić najbliżej stojący dwaj więźniowie. Jeden stawał na jednym końcu i naciskali, aż go zadusili. SS-man stał obok. Trzeba było mieć sztywny drąg, bo giętki dusił i miażdżył długo. Czasem, gdy ktoś upadł, kamienie spadały po schodach i przygniatały innych, idących w tyle. Znów przełożyłem swój kamień z kolana. Najpierw na piersi i zaraz na bark. Inni pewnie robią tak samo. Po takim odpoczynku trzeba kamień podrzucić jak najwyżej. Potem i tak będzie się zsuwał z piersi na brzuch i na kolana, i trzeba wtedy odrobinę przykucnąć. Okrutne zmęczenie. „To jest kamienio-mordownia” – myślałem. „Czy wytrzymam? Muszę wytrzymać! Koniecznie muszę stąd kiedyś wyjść i wrócić do domu”.

Czoło pochodu wracało po następne kamienie, inni taszczyli zaduszonych i zastrzelonych. Brało się trupa za ręce i nogi, i rozhuśtawszy go, wrzucało się na „rollwagen” - przyczepę na gumowych kołach. Po pracy kapo szedł na czele kolumny więźniów. Na końcu kolumny jedni więźniowie pchali a inni ciągnęli „rollwagen” załadowany zamordowanymi kolegami. Przed bramą kapo zatrzymywał kolumnę i meldował Niemcowi stan wracających po pracy więźniów. Mijały kolejne dni.

SS skupiło we Flossenburgu największych okrutników. Nie powiedzieli im od razu, że będą mordować, ale wpoili w nich ideologię, która odsuwała hamulce, obawy i trwogę. Wzięli sobie wyręczycieli, kapo, oberkapo, zastępców kapo i donosicieli. Nie mogę się z tym pogodzić. Każdego dnia po przejściu bramy z napisem: „Arbeit macht frei” dowlekałem się do baraku bez sił, kładłem się na łóżku i umierałem codziennie, a potem rano dziwiłem się, że jeszcze żyłem.

Podczas porannych apelów starałem się ustawiać w pierwszym szeregu, abym mógł natychmiast wystąpić jako fachowiec do wykonywania jakiejkolwiek innej pracy i uchronić się przed noszeniem kamieni. Wolno mijały dni, tygodnie, a potem i miesiące ciężkiej pracy na dworze. Aż pewnego dnia rano, podczas apelu, kazano wystąpić z szeregu krawcom. Byłem jednym z pierwszych, któremu Niemiec zadał pytanie, co potrafiłem robić. Odpowiedziałem, że miałem warsztat krawiecki i umiem szyć garnitury, konfekcję damską, letnie odkrycia i wiele innych rzeczy. Zabrano mnie, wraz z trzema innymi krawcami, na blok „zugangów” (nowo przybyłych), ale szedłem, trzęsąc się ze strachu, czy nie każą mi uszyć garnituru dla komendanta i miałem takie uczucie jak na froncie, kiedy przelatują nad głową ciężkie pociski, a ja chowam się i myślę, czy zaraz nie będę miał pełno w spodniach. Szedłem i wydawało mi się, że teraz nie potrafiłbym nawet nawlec igły, bo tak mi się bardzo ręce trzęsły. Po chwili otrzymałem odbite na płótnie numery więzienne, winkle i przybory do szycia, i kazano nam przyszywać numery na drelichy więzienne. W tym dniu po pracy dostałem trochę więcej gęściejszej zupy. W tamtym czasie wojska radzieckie odbiły już Stalingrad i wzięły do niewoli 330 tys. niemieckich żołnierzy. Od tej pory Niemcy stali się jeszcze bardziej okrutni dla więźniów.

Na jednym z apelów przyszedł przed szeregi blokowy z Niemcem i zapytał, kto lubił mięso. Zapadła cisza. Potem padło pytanie, kto był jaroszem. Podniosły się trzy ręce z całego bloku, w tym i moja. Z tej grupy Niemiec wskazał mnie i jeszcze jednego chudego więźnia. Blokowy obejrzał nas obu i spytał, czy mieliśmy wszy. Odpowiedzieliśmy, że nie. Mieliśmy karmić psy. SS-man odprowadził nas do obozowej kuchni i kazał zabrać metalowe kubły z żarciem dla psów i powiedział.
- Nie wolno kraść psiego żarcia, wąchać go, wsadzać łap i nie wolno wyskrobywać kubłów po karmieniu, bo za to jest karna kompania.
Z trudem niosłem dwa wiadra naładowane kaszą gryczaną i mięsem. Kiedy doszliśmy na miejsce, Niemiec rozkazał otwierać po kolei drzwiczki klatek z psami i rozlewać pokarm z jednego kubła dla czterech psów, a sam stanął na zewnątrz przy drzwiach budynku. Kiedy zauważyłem, że odszedł na chwilę, nie było chwili czasu do stracenia. Wpakowałem głowę do wiadra z psim pokarmem i połykałem ciepłą jeszcze kaszę i duże kawałki mięsa szybciej niż te psy. Po zakończeniu karmienia, umyliśmy kubły i wróciliśmy na blok. Wieczorem z radością kładłem się do snu. Obudziło mnie dopiero wezwanie na kolejny poranny apel. Był 2 lipca 1943 roku, kiedy nadeszła wiadomość, że następnego dnia rano z obozu wyjeżdzała grupa siedmiuset więźniów. Mój numer także znalazł się na tej liście. Minęło już pięć miesięcy pobytu we Flossenburgu. Wtedy postanowiłem, że gdybym dożył dnia wolności, to pieszo pójdę na Jasna Górę do Częstochowy podziękować Matce Boskiej, że mi ocaliła życie. Już przecież wiele razy, wracając do obozu po morderczej pracy w kamieniołomach, modliłem się w drodze, żeby Pan Bóg pozwolił mi jeszcze jeden dzień przeżyć i zawsze mnie wysłuchiwał. Rano załadowali nas do wagonów towarowych wysypanych chlorem i po pełnej dobie podróży dojechaliśmy do celu.

KL Dachau

Dachau był obozem wzorcowym, w którym szkolono kadry oprawców SS dla innych obozów. To był uniwersytet SS, z którego wyszli tacy przestępcy wojenni jak Adolf Eichmann czy Rudolf Hess. Na obóz wybrano bezludne i bagniste tereny w pobliżu miasta, gdzie był wyjątkowo ostry klimat. Na tle czystego nieba widać było szczyty Alp.

Po dwóch godzinach oczekiwania na placu apelowym zostałem przydzielony jako fachowiec do pracy w baraku obozowym nr 2. Znajdowały się tam zakłady Messerschmitta. Wykonywałem instalacje elektryczne do samolotów. Na dachu budynku gospodarczego, gdzie znajdowała się kuchnia, pralnia, łaźnia, widniał wielki napis po niemiecku: „Jest tylko jedna droga do wolności. jej słupy milowe nazywają się posłuszeństwo, pilność, uczciwość, porządek, czystość, trzeźwość, prawdomówność, ofiarność i miłość do ojczyzny”. W zakładzie więźniowie podejmowali różne akcje sabotażowe. Osłabło tempo pracy. W produkowanych wyrobach więźniowie powodowali szkody. W zakładzie mieliśmy ukrytą stację nadawczą i łączność z francuskim ruchem oporu. Francuzi przekazali od nas wiadomość Anglikom, że na terenie obozu produkowane były części do samolotów i wkrótce lotnictwo alianckie zagroziło Niemcom bombardowaniem, jeżeli firma nie zwinie swej placówki z terenu obozu. Dla ostrzeżenia alianci zrzucili bomby napalmowe, które trafiły w budynek gospodarczy i zniszczyły ten szyderczy napis na dachu. Sabotaż z czasem wzmagał się i rosła liczba egzekucji więźniów.

We wszystkich niemal obozach przeprowadzano eksperymenty pseudomedyczne, ale nigdzie nie przybrały one takich rozmiarów jak w Dachau. Lekarz SS, Sigmund Rascher, zajmował się m.in. badaniem działań niskich temperatur na organizm ludzki. Tych, którzy nie wytrzymywali eksperymentu, poddawano sekcji zwłok. Najmniej bolesne były eksperymenty malaryczne stanowiące najpopularniejszy oddział badań dr. Klausa Schilinga. Jego zadaniem było wynalezienie środka uodparniającego organizm ludzki na zarazki malarii. Więzień po zarażeniu szedł do pracy i jeżeli był zainfekowany, zgłaszał się po dwóch tygodniach z wysoką temperaturą na rewir. Znane mi są dokładne szczegóły przeprowadzanych doświadczeń medycznych, ponieważ sam przebywałem na rewirze, na bloku 5, gdzie odbywały się doświadczenia.

Od stycznia do końca kwietnia 1945 roku najbardziej wstrząsającym faktem było pędzenie do Dachau więźniów z różnych obozów, co spowodowało śmierć dziesiątków tysięcy ludzi. Dozorcy SS strzelali do wszystkich, którzy nie mieli sił iść dalej, ponieważ Himmler rozkazał, żeby żaden więzień nie dostał się żywy w ręce wroga. Stosy zwłok piętrzyły się przed blokami i w krematorium. W tych warunkach w obozie wybuchła epidemia tyfusu plamistego. 29 kwietnia 1945 roku, rozkazem Himmlera, Niemcy mieli zwołać więźniów na plac apelowy i zmasakrować wszystkich za pomocą karabinów maszynowych. Rozkaz przewidywał spalenie obozu po masakrze. Oddziały niemieckie z dywizji SS „Wiking” były już przygotowane i zakwaterowane w koszarach na przedmieściach Monachium. Niebezpieczeństwo było ogromne, a wyczekiwana tak długo wolność niepewna. Nagle w obozie zapanowała cisza. Wkrótce przerwały ją krótkie serie karabinów maszynowych. Wreszcie zaczęła narastać wrzawa. Ktoś krzyknął „Amerykanie”! Była godzina 17, gdy pierwsi czterej żołnierze amerykańscy wpadli na plac apelowy przez główną bramę. Tysiące więźniów, jak rój pszczół, otoczyło ich i każdy chciał dotknąć ich munduru bądź ręki, która przyniosła wolność.

Po wyzwoleniu z Dachau mieszkał przy Keiserstrasse 36 w Monachium - 1946 r.
W śród nich byłem również i ja – więzień nr 49212. Byłem wolny! Jednak tyle razy już los zadrwił ze mnie i z moich marzeń o wolności, że ciągle jeszcze nie mogłem w to szczęście uwierzyć.

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl