| A A A |
<
 
>  

Maria Sendecka

Rocznik 1921

Sanitariuszka podczas II wojny światowej.
Jestem aby ratować życie

W czasach partyzantki szłam któregoś dnia przez las z jednym z naszych żołnierzy. Znaleźliśmy leżącego, rannego Niemca. Partyzant kazał mi wyjąć pistolet i zastrzelić go. Powiedziałam, że nie będę strzelać bo nie jestem od tego, żeby zabijać ale ratować życie. Na to on, że muszę się uodpornić, że żołnierz powinien znać „to” uczucie, że zawsze muszę być szybsza i przygotowana do użycia broni we własnej obronie. Nie mogłam tego zrobić. Przysięgałam ratować ludzi, a nie dobijać ich. Powiedziałam żołnierzowi, że mogę co najwyżej opatrzyć mu rany. Nie wiem jak skończyła się historia tego Niemca. Wiem tylko, że nasi żołnierze zabrali go, żeby wydobyć z niego informacje.

Byli Niemcy, którzy przychodzili do nas na herbatę. Szpiegowali. Chcieli wiedzieć, o czym rozmawia się w polskich domach. Wielu z nich rozumiało nasz język. Pomyślałam sobie przy którejś wizycie: dlaczego mam się bać i nie mówić tego, co naprawdę myślę? Pytam więc Niemca:
- Co wy się tu tak swobodnie czujecie? Nie jesteście u siebie.
- To jest wojna – mówi do mnie. – My tutaj jesteśmy panami.
- Tak? To powiedz mi, czy rzeczywiście czujesz się tu panem? Jeszcze nic nie wiadomo.
Nic. Polacy wierzą w cuda.
Wtedy pogroził mi palcem i powiedział:
- Ja wiem, co ty chcesz przez to powiedzieć.
- A ty co byś mówił na moim miejscu?!
- Musisz zrozumieć, że jesteś pod okupantem.
- I co? Dlatego mam robić wszystko, co mi każesz?
- Nie będę się na tobie mścił – powiedział. – Krzywdy mi nie zrobiłaś.
- Zgoda, a jaką krzywdę zrobili ci Polacy?
- Zapytaj Hitlera.
- Mało ma miejsca? Ja wiem, że Polska jest cudownym krajem, ale naszym. Była wolna i będzie wolna!
On na to:
- Czas pokaże.

Oczywiście nie z każdym można było tak rozmawiać. Ci, co do nas przychodzili byli tylko żołnierzami Wermachtu. Mówiłam po polsku, chociaż rozumiałam niemiecki, a oni rozmawiali w swoim języku. Tak toczyła się rozmowa. Innym razem przychodzili do nas do domu tacy, którzy rozsiadali się na krzesłach, kazali sobie usługiwać, i nie chcieli słyszeć języka polskiego. Jeden z nich powiedział coś do mnie po niemiecku, a ja kłamałam, że nic nie rozumiem.
- Musisz zacząć uczyć się niemieckiego – mówił – Przyda ci się.
- Nie ma takiej potrzeby. Szkoda się trudzić. To długo nie potrwa. J
edna z moich koleżanek powiedziała wtedy do mnie:
- Maryśka, bój się Boga! Co ty mówisz? To przecież Niemiec.
- Niech nie myślą, że mogą nam wejść na głowę. Jesteśmy u siebie – powiedziałam.
A Niemiec nie dawał mi spokoju.
- Powinnaś mówić po niemiecku.
- Będę mówiła po polsku. Język polski jest piękny, szlachetny, za to wy mówicie jak Żydzi.
Uuu… jak ja go obraziłam. Aż zaniemówił na chwilę, a później krzyknął:
- Jude!
- Tak, tak – mówię – Żydzi was świetnie rozumieją.
Był wściekły.
- To by się wodzowi bardzo nie spodobało.
- Ja mam gdzieś takiego wodza, który własny naród niszczy, swoich rodaków traci. Dobrze wiem, co on robi z Niemcami, którzy są przeciwni wojnie.
Miałam wrażenie, że się przez chwilę zastanowił. Nic na to nie odpowiedział.

 

Aresztowanie

Bracia niedawno wrócili z lasu. Schowali w sianie broń i położyli się. Jeszcze nie zdążyły im wyschnąć mokre od rosy nogawki. O 4 rano słońce zaczęło wschodzić. Był 13 lipca 1944 roku. Przyszło gestapo. Ponad dwudziestu Niemców otoczyło dom. Siostrom - Helenie i Jance - kazali przerzucać siano. Jakiś cud sprawił, że nie znaleźli broni. Gdyby znaleźli, nie musieliby nas nigdzie wieźć – zamordowaliby nas na miejscu. Tak postępowali z rodzinami, u których znajdowali broń. Zaprowadzili nas do samochodu. Mężczyzn po dwóch zakuwali w kajdany. Najpierw jechało gestapo swoim samochodem, później my w ciężarowym samochodzie do przewożenia bydła, a za nami jeszcze jeden samochód z uzbrojonymi Niemcami. Przyjechali taką grupą, ponieważ bali się, że partyzanci będą próbowali nas odbić. Było nas razem z sąsiadami dwanaście osób. Zawieźli nas do więzienia w Zamościu na Okrzeję. Więzienie było otoczone wysokim murem z kolczastym drutem podłączonym do prądu. Zaprowadzili mnie do dużej celi. Na piętrowych pryczach spało trzydzieści kobiet. Po piętnaście na górze i na dole. Wysoko były dwa wielkie, zakratowane i zasłonięte szmatami okna. Zrobiłyśmy w szmatach dziurki i przez nie patrzyłyśmy, co działo się na dziedzińcu.

O piątej rano była pobudka. Musiałyśmy sprzątać swoją celę, doprowadzić do porządku prycze, a to nie było łatwe – stara słoma, na której spałyśmy bardzo się sypała. O 6 rano przychodziła korytarzowa z kotłem i dawała nam śniadanie. Przynajmniej tak to się nazywało – kawałek starego chleba i kawa. Smakowała jak woda, którą ktoś umył garnek po kawie. Czasem po śniadaniu szłyśmy do łaźni umyć się albo coś uprać. Przed obiadem kazali nam robić jakiś wariacki spacer przez 30 minut. Chodziłyśmy po placu w kółko, jedna za drugą z rękami do tyłu. Wypuszczali nas po kilkadziesiąt osób w czterech turach. Później był „obiad” – na przykład kapusta z robakami, kartofel i czasem kawałek czerwonego mięsa. Ludzie mówili, że to konina ze zdechłych zwierząt. Wieczorem znowu dostawałyśmy kawę. W międzyczasie kobiety robiły różańce z chleba, rozmawiały, jedne rozpaczały opowiadając o swoim domu i dzieciach, inne pocieszały, że to się niedługo skończy, ale przede wszystkim słychać było modlitwę. Bardzo często śpiewały. „Słuchaj Jezu jak Cię błaga lud…” Ja prawie cały czas płakałam.

 

Sweter w kolorze rezedy.

Na jednym ze spacerów zaczepiła mnie idąca za mną dziewczyna. - Nie oglądaj się do tyłu, ja będę mówiła a ty słuchaj.
To była młodziutka Halina Białówna. Jej ojca wywieźli do Oświęcimia, matka pojechała za nim i już nie wróciła. Halina postanowiła pomagać Polakom zdradzając Niemców – pracowała jako strażniczka w więzieniu. Któregoś dnia przywieźli nauczycielkę z wyrokiem śmierci. Halina chciała ją ratować – miały uciec razem do lasu. Nauczycielce się udało, ale Halinę złapali. Miała przy sobie broń. Od tamtego czasu siedziała sama w małej, zawsze ciemnej celi. Któregoś dnia korytarzowa powiedziała do mnie:
- Obiecałam Halinie, że cię przyprowadzę. Grozi mi za to śmierć, ale pomogę wam. Zastukam trzy razy, jeśli będziecie w niebezpieczeństwie – tak powiedziała i wypuściła mnie z celi.
Halina poczęstowała mnie miodem i chlebem, który przysłali jej chłopaki z lasu. Niemcy pokroili go na ćwiartki, na szczęście grypsu nie znaleźli. Partyzanci pisali, że nas wkrótce uwolnią, że atak już jest zaplanowany. Nie zdążyli. Zaczęły się naloty. Całe więzienie drżało od wybuchów. Zdawało się, że świat się wali. Jeden wielki jęk samolotów. Latały ponad samym dachem – Niemcy i Sowieci). Ponieważ Białówna była na początku strażniczką, wiedziała, co Niemcy robią z Polakami. Opowiadała mi o medycznych eksperymentach na ludziach, o tym jak ich strasznie bili, jak obiecywali, że wypuszczą za informacje, ale nikogo nie wypuścili. Wykorzystywali tylko ludzką słabość. Halina opowiadała, że bili jednakowo tych, co mówili i tych, co nie. Jak któryś stracił przytomność, to wylewali wiadro wody na głowę i dalej bili, a jak nadal nie chciał mówić, to bili pejczami skręconymi z drutu z ołowianymi końcówkami w taki sposób, że wyrywali przy tym kawałki ciała. Wyrywali również paznokcie. Jeśli ktoś te tortury wytrzymał, był ogromnie okaleczony. Na przesłuchanie doprowadzali a z przesłuchania nieśli i wrzucali do celi, żeby ofiara „zdychała”. Oprawcy mówili przy tym :
- Oprzytomnieje jak zimna posadzka wyciągnie z niego gorączkę.
Mało kto wyszedł z życiem z tej katowni. Mimo wszystko Halina próbowała mnie pocieszać. Mówiła, że ma nadzieję i będzie ją miała do końca, że ma stały kontakt z chłopakami i to już długo nie potrwa. Siedziałyśmy w tej ciemnej celi i próbowałyśmy żartować przez łzy.
- Masz bardzo ładny sweterek, taki trudny do określenia kolor – powiedziałam do niej.
- Wiem – odpowiedziała – to kolor rezedy.
Bardzo rzadko można było spotkać Halinę, znajdowała się pod szczególnym nadzorem. Kiedyś spotkałyśmy się przypadkiem w łaźni, pomagałam umyć jej plecy, były całe sine. Krzyknęłam „Boże!”, a ona zaczęła się śmiać: „Trzeba było zobaczyć mnie dwa tygodnie temu. Teraz są już całkiem ładne.” Była bardzo dzielna. Do końca wierzyła, że doczeka wolności. Niemcy zamordowali ją w lipcu 1944 roku.

 

Ludzie widzieli wszystko

Któregoś dnia zawołali mnie do pomieszczenia, w którym siedzieli Niemcy i polska strażniczka. Powiedziała, że jestem zwolniona. Na stole leżały moje rzeczy. Byłam oszołomiona. Nie wiedziałam, co się dzieje. Zapytałam, co z moimi braćmi, a ona powiedziała:
- Cicho ! Zabieraj swoje rzeczy i uciekaj!
Rozpłakałam się i dalej pytałam, co z moimi braćmi i czy sama mam stąd wyjść? Niemcy siedzieli obok i słuchali a strażniczka się wściekła i zaczęła krzyczeć:
- Wyjdź stąd! Na miłość Boską wyjdź! Chcesz wrócić do celi? Wyjdź jak najszybciej za bramę i nie oglądaj się ! – wrzeszczała.
Zwolnili wtedy sporo kobiet. Szłam do bramy i nie wierzyłam, że jestem wolna. Nie wiedziałyśmy czy za bramą będzie czekał na nas samochód, żeby nas pozatruwać, czy kula w łeb. To był przecież koniec wojny. Niemcy robili z nami „porządek”. Szłam przed siebie, nie wiedziałam dokąd. Kierowali mną nieznajomi ludzie. W Komarowie nie miałam już domu. Okazją dostałam się do Tyszowiec. Niemcy już opuścili miasto. Widać było jak bocznymi drogami i polami szły ich całe tabuny. Na drugi dzień po zwolnieniu umówiłam się z koleżanką Czesią Lesiuk, że pójdziemy na piechotę do Zamościa dowiedzieć się co z naszymi rodzinami, co z moimi braćmi. Kobiety, które były strażniczkami w więzieniu niemieckim bały się nas i nie chciały nic powiedzieć. Dotarłyśmy do pana Stawarskiego. Powiedział żeby nikogo nie słuchać, że teraz musimy tylko czekać, bo jest straszny bałagan i nikt nic nie wie. W drodze powrotnej do Tyszowiec, wstąpiłam do ciotki. Okazało się, że jeden z braci jest u niej, reszta nie wróciła. Po miesiącu dostałam wiadomość, że ludzie z różnych stron zbierają się w Zamościu na Rotundzie i będą szukać ciał swoich bliskich. Wtedy znaleźliśmy ciała zakopane w schronach na samochody. Po ubraniach rozpoznałam ciała dwóch swoich braci. Ludzie opowiadali, że Niemcy wozili więźniów trzema albo czterema samochodami przez pół godziny. W ten sposób, powolutku dusili ich gazem spalinowym. Niemcy wydali rozkaz, że w czasie gdy jeździły samochody nikt nie miał prawa wyjść na ulicę, a okna miały być zasłonięte. Mimo to ludzie wiedzieli wszystko. Później samochody podjeżdżały tyłem do schronów, żołnierze podnosili klapę i wysypywali ciała do wykopanych wcześniej dołów. Ciała leżały jedne na drugich. W jednym dole było 54 ciał, w drugim miej więcej tyle samo. Nawet, jeśli któraś z ofiar odzyskała przytomność, to udusiła się przygnieciony trupami.

 

Getto

Na początku wojny Niemcy zburzyli w Komarowie żydowskie domy i zrobili getto, taki jakby wielki szałas. Chcieli mieć ich wszystkich razem. Niemcy przychodzili do żydowskiego radnego patrzyli na zegarek i mówili, że potrzebują tylu i tylu ludzi:
- Za 20 minut mają tu być !
Wykorzystywali te osoby do najcięższych robót: w kamieniołomach, przy budowie ulic, dróg kolejowych. Jeśli któraś opadała z sił przy tak ciężkiej pracy i tak marnym jedzeniu, Niemcy zabijali ją jak psa, a silniejszym Żydom kazali „sprzątnąć to gówno” – tak mi opowiadali w więzieniu ci, którzy byli świadkami tych wydarzeń. Na własne oczy widziałam, jak Niemcy wybrali tylko młode Żydówki i kazali im zamiatać rynek w Komarowie. Po skończeniu miały zrzucić śmieci ze skarpy do rowu. Jak weszły na skarpę, to przyszedł Niemiec z karabinem maszynowym i przejechał się po nich serią raz, a później drugi raz. Pac, pac, pac… jedna po drugiej. Pomyślałam: „Jezus Maria. Zwierząt w ten sposób się nie traktuje”.
Innym razem widziałam, jak Żydóweczka szła ulicą. Nikogo nie zaczepiała. Młoda, ładna, chciała żyć. Nagle strzał… leży. Nie mogłam na to patrzeć. Takie to było życie za Niemców. Ale potrafiliśmy się mimo tego wszystkiego śmiać, żartować. I mieliśmy nadzieję! Nadzieję, bo tak być nie mogło, to musiało się kiedyś skończyć. Ludzie ginęli na moich rękach. Wtedy serce pękało. Szkoda było każdego Polaka. Nie umiem sobie wyobrazić, jak rwały się serca matek, które słyszały za ściany krzyk swoich dzieci bitych przez wroga. A wróg bił, żeby zabić. Nigdy nie myślałam o żadnych wyróżnieniach, medalach. Nie liczyłam, że mi kiedyś ktoś, coś wynagrodzi za to co cierpiałam. Polska to tak jak matka. Za to, że walczyłam za matkę mają mi płacić? Nikt też nie myślał, żeby się ratować czy ukrywać. Czy idąc do lasu mogłam wiedzieć, że kiedykolwiek wrócę? Łatwo jest się schować. Trzeba było iść!

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl