| A A A |
<
 
>  

Leopold Tebinka

Rocznik 1919

Autor wspomina ucieczkę z węgierskiego obozu dla internowanych do Francji, odwrót wojsk francuskich w wojnie z Niemcami. Opowiada o pomocy Francuskiego Ruchu Oporu w ukryciu i przedostaniu się do Hiszpanii oraz pobyt w hiszpańskich więzieniach dla więźniów politycznych.

 

Z Węgier do Francji

Mieliśmy przyjazne stosunki z mieszkańcami Rakoscsaby, a nawet otwarty kredyt u sympatycznej właścicielki sklepiku, który założyliśmy z własnej inicjatywy w obozie. Niektórzy, mimo zakazu wypuszczali się do odległego o dwadzieścia kilometrów centrum Budapesztu – te wycieczki jednak nie były mile widziane. Polski konsul zwrócił się do wszystkich internowanych żołnierzy specjalnym okólnikiem w tej sprawie: widok polskiego munduru na budapeszteńskiej ulicy rozwściecza niemieckie poselstwo, a Węgrzy są zmuszeni liczyć się z Hitlerem. Nie nadużywajcie ich gościnności!

Incydent zdarzył się zaraz na początku naszego internowania – węgierski strażnik uderzył polskiego podoficera na apelu. Natychmiast podjęliśmy strajk głodowy. Strażnika usunięto, nas przeproszono.
W marcu sekcja polska radia BBC podała elektryzującą wiadomość: generał Sikorski, Naczelny Wódz na wychodźstwie, zawarł porozumienie z rządem francuskim mówiące o utworzeniu polskiego wojska we Francji. "Wzywa się wszystkich..."

W obozie zapanowało podniecenie. Oczywiście bez pomocy polskiego konsulatu i cichego przyzwolenia władz węgierskich nie byłoby mowy o tak trudnym przedsięwzięciu jak dotarcie z serca Węgier do Francji. Po prostu wszystko zostało doskonale zorganizowane. Przedstawiciel konsulatu przekazał nam poufną wiadomość: 23 marca o północy do Rakoscsaby zostanie podstawiona ciężarówka dla uciekinierów.

Na dwa dni przed terminem zrobiliśmy dowcip. Po wieczornym apelu położyliśmy się wszyscy spać w jednej sali, drugą pozostawiając pustą. W środku nocy odkryto, że sala jest pusta, odgwizdano apel i przeliczono nas – byli wszyscy. Kapitan Csató uśmiechnął się tylko pod wąsem. Ten sam numer powtórzyliśmy następnej nocy, a na trzecią noc dobrze znaną drogą przez strych – uciekliśmy. Oczywiście nie wszyscy – kilku. Ciężarówka zawiozła nas do Pesztu, gdzie polski konsulat wynajmował spory, dwupiętrowy budynek urządzony jak hotel. Tam dostaliśmy cywilne ubrania – z żalem pożegnałem się z moją nieocenioną peleryną. Przez kilka dni oczekiwaliśmy na zorganizowanie nam dalszej podróży i w końcu wyruszyliśmy pod opieką człowieka z konsulatu. Z dworca w Budapeszcie odjechaliśmy pociągiem. Opiekun dowiózł nas do miasta Barcs, położonego nad Drawą, stanowiącą naturalną granicę pomiędzy Węgrami i Jugosławią.

Barcs było doskonale przygotowane na nasze przyjęcie – po dwóch, trzech zakwaterowano nas w prywatnych domach przy ulicy biegnącej wzdłuż dużego boiska do piłki nożnej. Mieliśmy spędzić tam jakiś czas w oczekiwaniu na dalszych uciekinierów, a po skompletowaniu dostatecznie dużej grupy jednym rzutem przeprawić się na stronę jugosłowiańską. Jak się później okazało, taki przerzut był logicznie uzasadniony: w Splicie miał oczekiwać grecki frachtowiec wyczarterowany przez polski konsulat i należało upchnąć na niego jak największą grupę uciekinierów.


Przerzut przez Drawę wyznaczono na 10 kwietnia, przed świtem. O czwartej rano zaczęliśmy gromadzić się na łące nad rzeką. U brzegu oczekiwały łodzie, głębokie, obszerne, w każdej było po dwóch miejscowych wioślarzy. Z minuty na minutę przybywało nas – młodych żołnierzy przebranych w cywilną odzież. Sztuka przeprawy polegała na tym, by dostać się łodzią w ciągnący środkiem rzeki szybki nurt, pozwolić mu się unieść aż do najbliższego zakola, a następnie wyskoczyć z nurtu i wykorzystując rozpęd wylądować na piaszczystym brzegu po stronie jugosłowiańskiej. Zadanie z pozoru proste, ale przeładowane łodzie zanurzyły się niemal po burty i najmniejszy błąd groził wywrotką. Dzięki opanowaniu i umiejętnościom naszych przewoźników wylądowaliśmy szczęśliwie na słoweńskiej plaży – nie wywróciła się ani jedna łódź. Cała przeprawa trwała około pół godziny.

Ku naszemu zdumieniu oczekiwano nas tam i to nie bezczynnie! Gościnni Słoweńcy przygotowali dla nas śniadanie: na opadającej łagodnie ku rzece łące ustawili kilka długich stołów i zapełnili je tak, że niemal uginały się pod ciężarem przysmaków: wędliny, chleb, owoce, ciasta i wspaniałe miejscowe wino. Z radością stwierdziliśmy, że dobrze rozumiemy ich język – po kilku miesiącach daremnych prób opanowania choćby podstaw węgierskiego była to prawdziwa ulga. Śniadanie przeciągnęło się do południa, kiedy to nasz opiekun z konsulatu zarządził wymarsz na stację kolejową. Nikt nie pytał nas o pieniądze czy bilety – po prostu wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Zagrzebia. Na dworcu w Zagrzebiu nasz opiekun przekazał nas miejscowemu konsulowi polskiemu i zawrócił – zapewne organizować następny przerzut.

W Zagrzebiu przebywaliśmy parę dni pod opieką polskiego konsulatu, zorganizowano dla nas noclegi, wyżywienie, jednocześnie wyprawiano nas niewielkimi grupami do Splitu. Tam, zakwaterowani w domach wypoczynkowych oczekiwaliśmy przez kilka dni na skompletowanie całej grupy. 18 kwietnia do portu zawinął grecki frachtowiec „Patris”. Tej samej nocy zaokrętowaliśmy się i odpłynęliśmy do Marsylii.
Cała akcja od momentu naszej ucieczki z Rakoscsaby aż do zaokrętowania na „Patris” została przemyślana i przeprowadzona perfekcyjnie, dopięta na ostatni guzik. I nie była to jakaś wyjątkowa sprawa – takich zorganizowanych przerzutów było wiele. Dziś moje zdumienie budzi bezradność organizacyjna Polaków, bałagan, powszechny brak kompetencji w podejmowanych przedsięwzięciach. Jak to? Wtedy potrafiliśmy...


"Patris" zawinął do Marsylii 20 kwietnia. Nie było nam dane zwiedzić miasta, które już z dala urzekło nas widokiem białych, wysoko wypiętrzających się budynków, wież, skalistych fortów, lasem masztów portu jachtowego, a przede wszystkim palmami. Wielu z nas zobaczyło naturalnie rosnące palmy po raz pierwszy w życiu. Zostaliśmy przywitani przez przedstawiciela polskiego rządu i natychmiast skierowani do oczekujących w porcie ciężarówek, tak, że przez miasto przemknęliśmy tranzytem.

Madmoiselle, voulez vous promenez avec moi?

Po kilku godzinach niezbyt wygodnej jazdy dotarliśmy do polskiego obozu wojskowego położonego w południowej Francji w pobliżu małej wioski Coetquidan, od której obóz przyjął nazwę. Dla większości pobyt tam był bardzo krótki. Przeszliśmy weryfikację osobistą - zostaliśmy wcieleni do Wojska Polskiego we Francji, tej części Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którą później nazywano potocznie „żołnierzami Sikorskiego” lub urągliwie „lordami”. Następnie wyfasowaliśmy mundury i po dwóch dniach odjechaliśmy z Coetquidan do Partheney w prowincji Dordogne, gdzie znajdował się obóz przejściowy, skąd kierowano nas na szkolenia w różnych rodzajach broni.

W Partheney mieliśmy sporo swobody – mogliśmy wychodzić do miasta i mieszać się z cywilną ludnością. Było to bardzo atrakcyjne, po wielu smutnych miesiącach izolacji znaleźliśmy się w normalnym, cywilizowanym mieście. Nikt nie znał jeszcze francuskiego - opanowaliśmy właściwie tylko jeden zwrot: „madmoiselle, voulez vous promenez avec moi?” Jak się okazało był to zwrot przydatny i skuteczny. Niestety i tam postój trwał krótko. Po kilku dniach zostałem odesłany wraz z grupą podchorążych piechoty do miejscowości Grandville w Normandii, gdzie mieliśmy zostać przeszkoleni na specjalnym kursie broni przeciw pancernej. Kurs okazał się krótki, ścisły i tajny. Polegał na opanowaniu umiejętności posługiwania się działkiem 25 mm, w którym zastosowano nowy rodzaj pocisków. Zewnętrzna powłoka pocisku była wykonana z miękkiego materiału, który po uderzeniu w pancerz czołgowy przyklejał się do niego, podczas gdy część wewnętrzna eksplodowała rozrywając się na dziesiątki stalowych odłamków, które masakrowały żołnierzy w środku czołgu i tych znajdujących się w jego pobliżu.
Ukończenie tego kursu określiło moją żołnierską przyszłość na cały okres wojny: miałem już pozostać w formacjach pancernych do samego końca.

Mój schron 8B

Z Gandville nasza grupa została przerzucona do Sancerre, gdzie znajdowały się największe w tamtej części Francji arsenały. Aby zmniejszyć ryzyko utraty całej przeszkolonej grupy, przydzielono każdego z nas do innego schronu przeciwlotniczego. Był to teren doskonale zagospodarowany i zabezpieczony, bo z oczywistych względów arsenał Sancerre stanowił priorytetowy cel niemieckich nalotów. Otrzymałem przydział do schronu 8B.

Pierwszy alarm lotniczy zastał nas przy fasowaniu ładunków do 25 milimetrówek. Na odgłos syren wszyscy pognali do przydzielonych schronów, a ja, zgodnie z otrzymaną na wypadek nalotów instrukcją, zabrałem się do zabezpieczania opuszczonego magazynu. Kiedy skończyłem, bomby już padały ze świstem i rozrywały się wokół mnie. Nie było mowy, żeby biec do daleko położonego schronu 8B – po prostu rzuciłem się na oślep do pierwszego z brzegu, a był to schron 8A. Było tam ciasno, ciemno, z zewnątrz dolatywał huk rozrywających się bomb, wnętrze z wolna wypełniał dym. Niektórzy modlili się głośno, inni popłakiwali ze strachu. Ja, nieproszony gość, siedziałem skulony tuż przy wyjściu. W pewnym momencie bliska, potężna eksplozja zatrzęsła naszym schronem, z sufitu sypnęła się ziemia... Ocaleliśmy. Po odwołaniu alarmu dowiedziałem się, że był to największy dotąd nalot na Sancerre – 250 niemieckich samolotów. Po całym terenie uwijały się wozy strażackie gasząc pożary, jeden schron został całkowicie zniszczony. Bomba trafiła w sam jego środek rozrywając beton i grzebiąc wszystkich, którzy się tam ukryli. Był to schron 8B – mój schron.... Gdybym.... Nie, nie było czasu zastanawiać się nad cudownym ocaleniem. Pospiesznie dokończyłem fasowania działek i amunicji, byliśmy gotowi ruszyć na front. Dowódca 9 kompanii, kapitan Srochala, znalazł się raptem w dziwnej sytuacji. Zgodnie z rozkazem francuskiego dowództwa miał rozdzielić naszą kompanię tak, aby każde działo przeciwpancerne znalazło się w innym batalionie francuskiej piechoty. Krótko był naszym dowódcą. Pożegnaliśmy się i odeszliśmy zostawiając kapitana siedzącego samotnie na koniu. Moje działo wraz z załogą zostało przydzielone do 246 batalionu piechoty francuskiej, zmierzającego do Beouvais. Mieliśmy zapewnić obronę miasta położonego na skrzyżowaniu kilku ważnych dróg i mającego stanowić punkt oporu w marszu Niemców na Paryż. Kiedy dotarliśmy tam, powitał nas widok, jaki my, Polacy, znaliśmy dobrze: wymarłe miasto, zasłane trupami żołnierzy i cywilów, zaduch dymu z płonących budynków i rozkładających się ciał. Dla Francuzów był to szok. Dowódca batalionu nawet nie wysłał zwiadu, nie próbował zająć miasta, umocnić się - wydał rozkaz odwrotu. Natychmiast rozpoczął się ten odwrót – bezładny, szybki, byle dalej od Niemców. Przykro o tym pisać...

"Odwrót" Francuzów

W imieniu naszej sześcioosobowej załogi działka zażądałem rozkazów. Francuski dowódca popatrzył na mnie zdziwiony, po czym rzekł: „position ici – feu comme ci – comme ça ” niedbałym machnięciem ręki określając pozycję i kąty ostrzału, a następnie odwrócił konia ogonem do nieprzyjaciela. Wycofywaliśmy się naszym oddziałem w ariergardzie. Droga prowadziła szczytem nasypu, którego skarpy zasłane były butelkami po winie. Francuscy mieszkańcy pospiesznie wynosili z piwnic zapasy doskonałego wina i rozdawali żołnierzom, żeby nie dostali go „Boches”. Niejeden wielki francuski wódz, jakich my, Polacy znaliśmy z historii i podziwialiśmy, popłakałby się ze wstydu widząc ten „odwrót”. To nie była armia, tylko bezładnie uciekająca banda pijanych żołnierzy. W ten niezbyt chwalebny sposób dotarliśmy do miasteczka Pontoise położonego malowniczo w zakolu rzeki Olse. Od razu zauważyliśmy, że miasto otoczone wysokim kamiennym murem schodzącym aż ku rzece, stanowi doskonały punkt oporu. Obsada naszego działa natychmiast przystąpiła do dzieła: wykuliśmy w murze otwór i wsunęliśmy weń lufę naszej dwudziestki piątki. Przez otwór mieliśmy doskonały widok na położoną po drugiej stronie rzeki drogę, pola i zabudowania. Obecni w mieście francuscy komandosi wskazali nam cel – grupę zabudowań zajętych przez Niemców. Przystąpiliśmy raźno do ostrzału. Nasze działko okazało się nadzwyczaj celne i skuteczne – po chwili zabudowania zaczęły płonąć i walić się, cały przeciwległy brzeg zasnuł się dymem i pyłem. Wstyd powiedzieć, ale były to chyba jedyne strzały oddane do nieprzyjaciela przez 246 batalion francuskiej piechoty!

Nasz ostrzał trwał może przez pół godziny, kiedy nagle miastem wstrząsnęła potężna, bliska eksplozja. O 50 metrów od stanowiska naszego działka francuscy saperzy wysadzili most. Uprzedzony o tym, dzielny 246 Batalion zdążył już odbić się na południowy zachód – nas, polską załogę działa, zapomniano o tej akcji uprzedzić.

W ciągu dwóch tygodni naszego „odwrotu” Niemcy zajęli Paryż. My wraz z 246 Batalionem obeszliśmy miasto od północnego zachodu i zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Longimour, w pobliżu Versaille. Dowódca zapewnił nas, że jesteśmy bezpieczni i nakazał odpoczynek. Roztasowaliśmy się na trawnikach pięknego parku miejskiego i znużeni posnęliśmy. Rankiem obudziły nas warkotliwe niemieckie okrzyki – okazało się, że w nocy dowódca poddał 246 Batalion piechoty Niemcom. Staliśmy się jeńcami. Przy bramie parku Niemcy ustawili kocioł i wydawali kawę. Każdy, kto posiadał manierkę mógł otrzymać swoją porcję. Ja nie miałem manierki i niemiecki żołnierz wylał chochlę mojej kawy na ziemię. Za bramą formowano nas trójkami, po czym popędzono na północ. Niemcy jechali na rowerach, my musieliśmy biec. Każdy, kto odstawał od szeregu, otrzymywał razy pałką. Francuscy cywile rzucali nam chleb, długie, wąskie bagietki, które były natychmiast rozrywane przez jeńców. Z tej właśnie perspektywy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem Paryż. Przepędzono nas przedmieściem St. Germain, potem przed katedrą Notre Damme du Pont. Pod Łukiem Triumfalnym przemaszerowaliśmy przed Hitlerem i jego sztabem.

Szpital i nauka francuskiego

Z Paryża popędzono nas na północny wschód w kierunku miasta Bethune. W tamtym czasie było jeszcze dosyć łatwo uciec i wielu Francuzów korzystało z tej okazji. Podobnie zresztą kilku Polaków zamieszkałych wcześniej we Francji i znających doskonale język francuski. Dla osób nie znających języka byłoby to niebezpieczne, gdyż Francuzi mogli wziąć ich za niemieckich szpiegów. Z tych właśnie powodów nie próbowałem ucieczki. Byłem już wtedy chory. Mój żołądek na przemian głodzony lub karmiony jakimiś niestrawnymi ochłapami, odmówił w końcu posłuszeństwa. Czułem się coraz gorzej, z coraz większym trudem przychodziło mi maszerować, nogi słabły, przed oczami tańczyły czerwone plamy. W końcu przewróciłem się i nie miałem już siły wstać. Z pomocą przyszli mi francuscy sanitariusze, zabrali mnie na nosze i zanieśli do znajdującego się w pobliżu tymczasowego szpitala Czerwonego Krzyża. Był to częściowo zrujnowany budynek, który przed wojną służył jako seminarium duchowne dla księży. Po zajęciu Bethune przez Niemców zburzona część budynku została uprzątnięta, a pozostała jego część przeznaczona na szpital. Lekarzami byli francuscy doktorzy, pielęgniarki pochodziły z Belgii, należały do organizacji Religieux de la Misericorde w mieście Mons.

W szpitalu okazało się, że moja choroba (dezynteria) była bardzo popularna wśród jeńców, cierpiało na nią większość pacjentów szpitala. Po raz pierwszy w czasie wojny miałem czyste łóżko z białą pościelą. Moje brudne ubranie zabrano mi i spalono, dokumentów nie miałem, ponieważ zniszczyłem je wcześniej, by nie ujawniać Niemcom mojej tożsamości. Byłbym w szczególnym niebezpieczeństwie, gdyby Niemcy dowiedzieli się, że jestem zawodowym żołnierzem z Polski i że uprzednio służyłem w polskiej armii.

Z lekarzami i siostrami początkowo porozumiewaliśmy się na migi, ale już po paru tygodniach zacząłem nieźle rozumieć francuski i mogłem jako tako się z nimi porozumieć. Wszyscy, zarówno lekarze jak i niższy personel medyczny, byli francuskimi lub belgijskimi patriotami przepełnionymi nienawiścią i urazą do Niemców.
Członkowie personelu oczywiście wiedzieli od początku, ze jestem Polakiem, utrzymywali to jednak w tajemnicy przed niemieckimi strażnikami. Dla tych ostatnich byłem po prostu szeregowcem Tebinką z 246 korpusu piechoty francuskiej; nie mogli stwierdzić, że nie znam francuskiego, gdyż także go nie znali. Tymczasem moja nauka języka postępowała wielkimi krokami. Od „migania” szybko przeszedłem do posługiwania się prostymi zdaniami. Urocze pielęgniarki i współtowarzysze niedoli zapewniali mi codzienną intensywną konwersację. Po kilku tygodniach pobytu w szpitalu byłem w stanie porozumiewać się swobodnie po francusku, a co istotniejsze mogłem w oczach Niemców uchodzić za Francuza. Francuskich wojskowych Niemcy kierowali do obozów jenieckich, jako Polak trafiłbym zapewne w łapy gestapo.

Przychodziłem do zdrowia bardzo szybko, co stanowiło pewien kłopot: coraz bardziej realnym stawało się odesłanie mnie do obozu. Pomysłowi opiekunowie starali się ukryć prawdziwy stan mego zdrowia. Urocze siostrzyczki co dzień fałszowały wykres temperatury, w pewnym momencie nawet sprowadzono do mnie księdza, który udzielił mi ostatniego namaszczenia. Jednakże te numery nie mogły zbyt długo zwodzić Niemców – w końcu wciąż żyłem i byłem zdrowy jak ryba.

Ucieczka

W tamtym okresie Ruch Oporu jeszcze nie istniał w swej zorganizowanej formie, ale istniała silna wola oporu wśród przygnębionych i zawstydzonych niechlubną klęską Francuzów. Młodziutki Rene Senechal (późniejszy pseudonim „The Kid” – „Dzieciak”) należał do takich właśnie patriotów. Bywał w naszym szpitalu w przebraniu sanitariusza. Pewnego dnia znaleźliśmy się we dwóch odosobnieni w załomie szpitalnego korytarza i Rene zapytał lekko, czy chciałbym uciec do Anglii. Nie wahałem się ani sekundy, tym bardziej, że zostałem już przydzielony do Stalagu nr 112 w Le Mons i za kilka dni miałem zostać tam odesłany.
- Kilka razy w tygodniu ląduje w okolicy brytyjski samolot – rzekł Rene. – Zabiera angielskich żołnierzy sił alianckich odciętych w Belgii. W tym tygodniu będzie lądował i będzie miejsce dla ciebie.
To była wspaniała, podniecająca perspektywa – znaleźć się w ciągu paru dni z dala od Niemców, w wolnej, przyjaznej Anglii. Rene Senechal obmyślił cały plan ucieczki i wtajemniczył mnie w tę jego część, którą musiałem wykonać sam.

Budynki, gdzie mieścił się szpital, stanowił czworoboczny kompleks dawnego seminarium duchownego, częściowo zrujnowany w czasie niemieckich bombardowań. Niemcy załatali jako–tako dziury, wywieźli gruz i zabezpieczyli zrujnowaną część; w ocalałych pomieszczeniach urządzili szpital. Kompleks z trzech stron przylegał do ruchliwych ulic nieustannie obserwowanych przez niemieckie patrole, ale czwarty bok kompleksu nie mógł być tak dobrze strzeżony, gdyż stykał się ze zwykłą, nieuporządkowaną zabudową miasta. Do muru dziedzińca przylegały wprost domy mieszkalne, ogrody, a także budynek teatrzyku rewiowego, który ożywiał się dopiero wieczorem. Za dnia był wyludniony i nie pilnowany. To tamtędy miała przebiegać droga mojej ucieczki. Dziedziniec szpitala był wprawdzie strzeżony – cały czas przechadzał się po nim uzbrojony wartownik – ale tam właśnie suszono szpitalne pranie. Przez całą szerokość dziedzińca przeciągnięto sznury ustawicznie zawieszone suszącymi się poszwami, prześcieradłami, odzieżą. Rene wybrał czas, kiedy wartę pełnił stary, przygłuchy i niedowidzący Austriak. Zaczaił się wraz ze mną wśród prześcieradeł, a kiedy strażnik przeszedł obok nas i powędrował w przeciwległy kąt podwórza, ścisnął mocno moje ramię i szepnął: "Allez!". Przekradliśmy się pomiędzy sznurami i znaleźliśmy się pod wysokim murem. Rene podsadził mnie, uchwyciłem się metalowych żerdek parkaniku biegnącego w koronie muru, podciągnąłem się i po chwili z łomotem wylądowałem po drugiej stronie w czyimś ogrodzie. Rene przemknął z powrotem do szpitala i z okna drugiego piętra dał mi znak: wszystko w porządku, nikt nie zauważył. Aby dostać się na zaplecze teatrzyku musiałem pokonać jeszcze jeden mur, ale nie tak wysoki jak szpitalny i nie najeżony ostrym parkanem. Wzniesiony z cegieł miał ze dwa i pół metra wysokości, tak, że nie mogłem tak po prostu przezeń przeleźć. Wypatrzyłem w kącie ogrodu przyklejoną do muru komórkę i bez wahania wspiąłem się na nią. Jakież było moje przerażenie, gdy to, co wziąłem za komórkę okazało się zakurzonym inspektem! Szklany dach z trzaskiem pękł pod moimi nogami – na szczęście w ostatniej chwili uchwyciłem się muru i wisiałem tak w powietrzu machając rozpaczliwie nogami. Z domu wybiegli wściekli właściciele, ale o dziwo, na widok przerażonego młodziutkiego żołnierza we francuskim mundurze bez słowa zawrócili do domu zamykając za sobą drzwi. Podciągnąłem się na rękach i przerzuciłem przez mur. Znalazłem się szczęśliwie na zapleczu teatrzyku. 

Skradając się cicho jak kot podszedłem do uchylonych tylnych drzwi budynku i nasłuchiwałem chwilę. Wewnątrz panowała zupełna cisza – wślizgnąłem się więc do środka. W mdłym świetle padającym przez otwarte drzwi ujrzałem stołek, a na nim złożone ubranie. Wszystko przebiegało zgodnie z planem Rene Senechala. Przebrałem się i już jako cywil ruszyłem przez niewielką widownię, foyer i wyszedłem z budynku. Znalazłem się w cienistym zaułku. Był pusty, jedynie kilka metrów od wyjścia, pod drzewem, stała samotna dziewczyna trzymająca dwa rowery. Uśmiechnęła się do mnie. Wsiedliśmy oboje na rowery i pojechaliśmy. Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w centrum miasta, przed zakładem fotograficznym. Ku memu zaskoczeniu czekał już tam Rene Senechal.
- Austriacki wartownik usłyszał brzęk tłuczonego szkła – powiedział. – Ale nie mógł się zorientować, skąd ten hałas dobiega. Porozglądał się, połaził po podwórzu i w końcu machnął ręką.

Podziękowałem mu serdecznie pełen podziwu dla jego odwagi i pomysłowości. Rene był wspaniałym, inteligentnym organizatorem, o czym miałem się jeszcze niejednokrotnie przekonać. Pomimo młodego wieku posiadał pewne rzadkie i na ogół przypisywane podeszłemu wiekowi cechy: pewność siebie i spokój. Przed zakładem fotograficznym zostawiliśmy rowery pod opieką Rene i poszliśmy dalej na piechotę. Młoda Francuzka zaprowadziła mnie na Rue de Lille, gdzie pod numerem 188 mieszkali państwo Jacquin Delaplace, sympatyczne małżeństwo w średnim wieku, oboje zatrudnieni w niedaleko położonej papierni. Przyjęli mnie serdecznie. Zgodnie z planem Rene Senechala miałem pozostać u nich aż do momentu, gdy miejscowi ludzie zaangażowani w opór przeciwko Niemcom zasygnalizują przybycie brytyjskiego samolotu. Zdawało się to kwestią kilku dni.

Dziewczyna

Po paru dniach, zamiast upragnionego wezwania do ucieczki, przyszła wiadomość o odkryciu przez Niemców ukrytego w lasach lądowiska! Niemcy urządzili zasadzkę i przechwycili samolot, pilot dostał się do niewoli. Ta droga ucieczki została odcięta, a perspektywa szybkiego znalezienia się na Wyspie okazała się niespełnionym marzeniem. Nie oznaczało to bynajmniej, że Rene zaniechał planu zorganizowania mi ucieczki, trzeba było jednak czasu, by przetrzeć inny kanał. Na razie pozostawałem u państwa Delaplace. Ze względu na moje i ich bezpieczeństwo nie wychylałem nosa poza drzwi ich domu. Jedyne urozmaicenie stanowiło dyskretne przyglądanie się zza firanek przechodniom na ulicy. Co najmniej raz dziennie ulicą przejeżdżała na rowerze młoda dziewczyna, którą znałem jeszcze z okresu pobytu w szpitalu. Nasza znajomość była dość oryginalna.

W swoim czasie odkryłem w zrujnowanej części budynku szpitalnego wychodzące wprost na ulicę okno. Dziewczyna, której imienia nie znałem i nie poznałem do dziś, zatrzymała się kiedyś pod tym oknem i na migi dała mi znak, żebym opuścił sznurek. Nie miałem przy sobie sznurka, ale od czego pomysłowość! W kilka minut przedostałem się do pomieszczeń gospodarczych szpitala i zwędziłem sznur do bielizny. Kiedy opuściłem go z okna, dziewczyna błyskawicznie przywiązała do niego koszyk, a ja równie szybko wciągnąłem go na górę. Owoce, papierosy, kawa... rarytasy dla karmionych czarnym chlebem jeńców! Tą drogą dziewczyna dostarczała nam kontrabandę dość długo, zanim Niemcy zorientowali się i zamurowali niestrzeżone okno. Przez cały ten czas nie mogliśmy ze sobą rozmawiać z oczywistych względów – kiedy dziewczyna podnosiła na mnie wzrok wymawiałem bezgłośnie „merci” a ona się uśmiechała. Teraz, uwięziony w mieszkaniu państwa Delaplace, zapragnąłem gwałtownie zbliżyć się do nieznajomej, zamienić z nią kilka słów, poznać jej imię. Byłoby to złamaniem zakazu opuszczania domu, ale... ulica jak ulica, przechodziło nią sporo ludzi, niemieckie patrole pokazywały się rzadko. Raz kozie śmierć. Zaczaiłem się w domu i gdy ujrzałem jadącą na rowerze dziewczynę, pobiegłem na dół. Dziewczyna zdążyła już minąć dom, ruszyłem więc w ślad za rowerem. Byłem już dobrze rozpędzony, gdy nagle ujrzałem w perspektywie ulicy wojskową ciężarówkę, z której wysypywali się uzbrojeni niemieccy żołnierze! Wpadali do domów wywlekając z nich przerażonych cywilów, młodych mężczyzn. Zatrzymałem się jak wryty, twarzą w twarz z francuskim policjantem, który najwyraźniej asystował tej łapance. Musiał dostrzec na mojej twarzy przerażenie i bezradność – odwrócony do Niemców plecami, wykonał dłonią powolny, jednoznaczny gest – uciekaj, ale nie biegnij. Odwróciłem się i poszedłem w przeciwnym kierunku. Powrót do państwa Delaplace byłby czystą głupotą, za kilka minut Niemcy odkryliby tam moją obecność i nie dość, że sam wpadłbym, pociągnąłbym za sobą tych dzielnych ludzi. Minąłem ich dom i poszedłem w kierunku przedmieścia.

Wiedziałem, że oboje państwo Delaplace pracują w położonej na tym właśnie przedmieściu papierni Bethincazy. Trafiłem tam dosyć łatwo pytając o drogę przechodniów. W drzwiach papierni natknąłem się wprost na niemieckiego wartownika. Biorąc przykład opanowania od Rene wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów i po niemiecku poprosiłem o ogień. Niemiec wyjął z kieszeni blaszaną zapalniczkę, przyjął ode mnie papierosa i podał mi ogień. "Danke schon" - powiedziałem wchodząc beztrosko do budynku.

Państwo Delaplace pracowali w dużym wypełnionym hukiem maszyn pomieszczeniu. Pani Delaplace pośpiesznie zaprowadziła mnie na górę do magazynu. Opowiedziałem jej o łapance, ukryłem tylko powód, dla którego wyszedłem z domu. W magazynie znajdowały się poukładane wysoko ogromne role gotowego papieru – wczołgałem się pomiędzy nie, a pani Delaplace zamaskowała dodatkowo moją kryjówkę papierami. "Jutro przyjedziemy z dobrym śniadaniem" - obiecała. Byłem już zmęczony przeżyciami tego dnia, tak, że szybko zasnąłem.

Nazajutrz państwo Delaplace pojawili się wcześniej niż inni pracownicy papierni, zgodnie z obietnicą z dobrym śniadaniem. Poprzedniego dnia Niemcy przeszukali ich dom przewracając wszystko od piwnic po strych. Fakt, że zdołałem uciec, to wielkie szczęście - i dla mnie i dla nich. Pozwoliłem im myśleć, że byłem tak przewidujący i czujny, by w porę dostrzec niebezpieczeństwo (dopiero kilka lat po wojnie wyznałem im prawdziwy powód mojego wyjścia z ich domu i uśmialiśmy się wszyscy serdecznie).

Niestety, wtedy nie mogło być mowy o dalszej ucieczce. Podstawowy problem stanowił brak jakichkolwiek dokumentów, którymi mógłbym się wylegitymować. W tej sytuacji przy pierwszym żądaniu okazania papierów, czy to przez Niemców, czy francuskiego policjanta - zostałbym aresztowany. W dodatku właśnie Niemcy wprowadzali w mieście godzinę policyjną. Nie było rady – musiałem pozostać tam do chwili, kiedy Rene Senechal załatwi dla mnie papiery.

Gnieżdżenie się wśród bel papieru nie było zbyt przyjemne ani wygodne, w dodatku w ciągu dnia musiałem tkwić bez ruchu, jak sardynka w puszce. Dopiero po wyjściu personelu i zamknięciu papierni mogłem trochę rozprostować kości, skorzystać z toalety, zjeść przyniesiony przez panią Delaplace posiłek. Ale pal sześć niewygody, istotne, że wciąż byłem wolny.

Niezastąpiony Rene Senechal załatwił dla mnie papiery w ciągu kilku dni. Nie wiem jak tego dokonał, ale papiery były prawdziwe, o r y g i n a l n e, podpisane przez burmistrza Bethune. Nazywałem się teraz Etienne Prevost Delorme, byłem studentem zamieszkałym na stałe w Ottawie – jednym słowem Kanadyjczykiem! Była to rozważna decyzja Rene: mój francuski w tym czasie był już nie najgorszy jednak nie pozbawiony obcego akcentu - mógł zwieść Niemca, ale nie francuskiego policjanta. Obywatelstwo kanadyjskie zapewniało brytyjską opiekę konsularną we wszystkich krajach niepozostających w stanie wojny z Anglią i nie okupowanych przez Niemcy.


Sylvette

Ukrywanie się w papierni było niewygodne, męczące, w dodatku cały czas istniała groźba, że moją tam obecność odkryje ktoś niepowołany, dlatego z radością powitałem przybycie Rene Senechala, który przyniósł mi wyczekiwaną wiadomość - nadszedł wreszcie moment ucieczki. Rene zabrał mnie z kryjówki i w biały dzień poprowadził przez centrum Bethune. Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy bezpiecznie do położonego naprzeciw dworca kolejowego garażu. Jego właścicielka, Sylvette Leleu, była przystojną brunetką o ostrych, zdecydowanych rysach twarzy. Jej wygląd nie mylił. W czasie naszej ucieczki okazała się osobą o stalowych nerwach i nadludzkiej wręcz odwadze. Mąż Sylvette, Gilbert, lotnik, zginął nad terytorium Niemiec w czasie lotu rozpoznawczego, dwaj mali synkowie przebywali z dziadkami w Lille, kiedy od strony Belgii wkroczyli Niemcy. Sylvette pojechała po nich do Lille, ale była zmuszona zawrócić natknąwszy się na linię frontu, która odcięła ją od rodziny. Pozostała w Bethune prowadząc z powodzeniem garaż, gdzie handlowała nowymi i używanymi samochodami, częściami zamiennymi i benzyną zatrudniając dwunastu pracowników. Po powołaniu do wojska jej księgowego zaangażowała do pracy Rene Senechala, którego znała od dziecka. Podobnie jak wielu późniejszych uczestników Ruchu Oporu spontanicznie podjęła działalność przerzucając do Paryża zbiegów z pobliskiego obozu jenieckiego, wojskowego szpitala czy ukrywających się żołnierzy odciętych w Belgii sił alianckich. Dzięki odwadze i pomysłowości zorganizowała wraz z Rene kilkaset ucieczek. Ale o tym miałem się dowiedzieć dużo później.

Sylvette powitała nas ubrana w strój pielęgniarki; na podwórzu warsztatu stała już przygotowana karetka sanitarna, jak się okazało, nasz środek transportu do Paryża. Sylvette Leleu zabrała mnie do domu, gdzie osobiście na mojej twarzy wykonała artystyczny makijaż: ciemne kręgi wokół oczu, twarz, szyję i ręce osypała mi białym pudrem tak, że wyglądałem jak pierwszorzędny nieboszczyk. Następnie wraz z Rene ułożyli mnie na noszach wewnątrz sanitarki, okryli kocem i przypięli pasami.
- Jesteś ciężko chory i nieprzytomny – powiedziała do mnie Sylvette. – Nie otwieraj oczu i nie odzywaj się. I niczego się nie bój, papiery mamy w porządku.
A jednak trochę się bałem. Najniebezpieczniejszym momentem było przekroczenie ściśle strzeżonej niemieckiej linii operacyjnej znajdującej się kilkanaście kilometrów za Bethune w kierunku Paryża.
Ruszyliśmy. Moja rola była tak ograniczona, że nie pozostawało nic innego jak modlić się o powodzenie wyprawy – toteż modliłem się gorąco. Po pewnym czasie ambulans zatrzymał się i usłyszałem szczekliwe niemieckie głosy. Madame Leleu wysiadła i zażądała widzenia z oficerem dowodzącym. Przyszedł bardzo szybko i zbadawszy papiery nakazał otwarcie ambulansu. Mój wygląd sprawił, że oficer cofnął się – bardziej niż czegokolwiek Niemcy obawiali się chorób zakaźnych. Przez chwilę z odległości paru metrów oglądał wnętrze ambulansu, po czym nakazał zamknąć drzwi. Bez dyskusji przyjął od pani Leleu talon i zezwolił na pobranie benzyny. Usłyszałem, że żołnierze usuwają z szosy żelazne krzyżaki, po czym ruszyliśmy w dalszą podróż. Gdy dotarliśmy do szosy wiodącej do Paryża, Sylvette zatrzymała ambulans i otworzyła tylne drzwi.
- Już po wszystkim – oznajmiła odpinając krępujące mnie rzemienie. – Chodź, usiądziesz w szoferce.

Z ulgą wyszedłem na drogę. Ręce, nogi, plecy, a nawet kark tak zdrętwiały mi przez ubiegłe godziny, że teraz poruszałem się sztywno i niezdarnie. W połączeniu z fizjonomią umrzyka musiało wyglądać to komicznie, bo Sylvette roześmiała się, po czym podała mi chusteczkę, bym wytarł twarz. Starłem mój trupi makijaż i wsiadłem do szoferki ambulansu. Dalsza podróż była już przyjemnością.

Jechaliśmy wśród przepięknych letnich krajobrazów Pikardii: stoki pocięte szachownicą uprawnych pól, sady owocowe i łąki z pasącymi się stadami bydła – wszystko to boleśnie przypominało mi krajobraz mojego rodzinnego Podkarpacia. Pogoda była piękna, słoneczna i ciepła, toteż poczułem zaskoczenie, gdy raptem wjechaliśmy w obszar gęstej mgły.
- To sztuczna mgła - objaśniła m-me Leleu zwalniając. – Niemcy maskują w ten sposób swoje lotniska wojskowe.
W przeczuciu, że ta informacja może się kiedyś przydać, zapamiętałem cyfry określające w kilometrach odległość do Paryża wypisane na przydrożnych słupach. Istotnie, w kilka miesięcy później ta informacja miała okazać się ważna.

Paryż zajęty przez hitlerowców, pomimo pięknej pogody zrobił na mnie przygnębiające wrażenie. Na gmachach publicznych, placach, nawet na zwykłych kamienicach łopotały czerwone sztandary ze swastyką w białym polu, mnóstwo niemieckich mundurów na balkonach, w autach, w ulicznych kafejkach. Powróciło poczucie zagrożenia, nienawiści, strach przed niewolą. M-me Leleu prowadziła ambulans ostrożnie, ale pewnie – najwidoczniej dobrze znała Paryż i wiedziała, dokąd zmierza. Zatrzymaliśmy się na Rue du Veronne przed dużą zadbaną kamienicą oznaczoną numerem 58. Sylvette kazała mi zaczekać i znikła w bramie. Ulica była ruchliwa, obok ambulansu przechodziło sporo niemieckich żołnierzy. Miałem wprawdzie moje „kanadyjskie” papiery, ale mimo to czułem się nieswojo. Wcisnąłem się jak najgłębiej mogłem w kąt szoferki i starałem się być niewidzialny. Po długiej jak wiek półgodzinie m-me Leleu wróciła najwyraźniej zdenerwowana i zła. Wsiadła i ruszyliśmy.
- Nie mają tu miejsca dla ciebie – powiedziała tylko.

Później dowiedziałem się, że na Rue du Veronne w mieszkaniu pani de la Bordonney ukrywało się wówczas dwóch brytyjskich podoficerów i to oni nie zgodzili się na moje towarzystwo, podobno w obawie, że mogę być podstawionym kolaborantem. Sylvette Leleu wiedziała dobrze, kim jestem, ponadto jak większość Francuzów nie darzyła estymą Anglików, a już z pewnością brytyjscy wojskowi nie należeli do gatunku mogącego wzbudzić sympatię; ścięła się z nimi ostro. Ale o tym miałem dowiedzieć się później. Na szczęście adres przy Rue du Veronne nie był jedynym konspiracyjnym kontaktem Sylvette. Zawiozła mnie na ulicę Barrault, gdzie pod numerem 10 mieszkała Agnes Humbert – profesor sztuki w Musee de l’Homme. Tam zostałem przyjęty natychmiast i bez dyskusji. Sylvette przedstawiła mnie pani Humbert, po czym otoczyła mnie ramionami, ucałowała serdecznie i życzyła szczęścia.

Francuski Ruch Oporu

Agnes Humbert mieszkała przy rue Barrault pod nr 10, kilka minut spacerku od mieszczącego się w Palais de Chaillot muzeum etnologii Musee de l’Homme. Prócz pani Humbert pracownikami muzeum byli: Yvonne Oddon, bibliotekarka, Simone Martin-Chauffier, Germaine Tillion, Leo Harper „Pat” Kelley (Amerykanin), Jacqueline Bordelet, a także Anatol Lewitzky i Pierre Walter – późniejsi przywódcy podziemia.
To oni właśnie stworzyli francuski "Resistance", wraz z Sylvette Leleu, Rene Senechalem ( przydomek „Dzieciak” – miał wówczas 17 lat ) oraz Borisem Vilde, pierwszym przywódcą Ruchu.

Ruch Oporu narodził się spontanicznie: wielu myślących patriotów nie mogących przejść do porządku dziennego nad niesławną klęską Francji zaczęło działać na własną rękę przeciwko niemieckim przepisom, nakazom, rozkazom i zakazom. Działania te wynikały z rodzących się potrzeb: uciekinierom pozbawionym dokumentów trzeba było je fabrykować, zagubionych lub rannych żołnierzy brytyjskich przeprawiać przez Kanał na Wyspę, pomagać w ucieczkach z obozów jenieckich i wojskowych szpitali. Sylvette Leleu i Rene Senechal wykonywali tę pracę w Bethune z własnej woli i inicjatywy, podobnie pracownicy Musee de l’Homme w Paryżu. Człowiekiem, który nadał ich pracy ramy organizacyjne był Boris Vilde. W chwili, gdy go poznałem, miał 32 lata. Z pochodzenia Niemiec urodzony w Petersburgu, sam świadomie wybrał ojczyznę – Francję. Dla ocalenia jej honoru uczynił więcej, niż francuscy politycy, dowódcy i żołnierze. Wraz z garstką podobnie jak on myślących patriotów, skupionych w Musee del’Homme stworzył francuski „Resistance”. Był jego pierwszym przywódcą. Zapłacił cenę najwyższą – został zamordowany przez Niemców w styczniu 1942 roku. Losy Borisa i grupy Musee del’Homme opisał Martin Blumensen w książce „The Vilde affair”.

Borisa Vilde poznałem szybciej niż przypuszczałem. Któregoś ranka Madame Humbert powiedziała do mnie:
- Idziemy. Twoi przyjaciele już na ciebie czekają.
U szczytu schodów prowadzących do lokalnej stacji metra oczekiwał już Rene w towarzystwie wysokiego przystojnego mężczyzny około trzydziestki.
- Boris Vilde – przedstawił się nieznajomy podając mi rękę.
- Mój zwierzchnik – dodał Rene.
Domyśliłem się, że to właśnie ów No1 Ruchu Oporu. Nie zdążyłem jednak przyjrzeć mu się dokładnie ani zamienić z nim kilku słów, bo dołączyła do nas reszta grupy: dwie młode Francuzki, dwóch Francuzów i dwóch brytyjskich sierżantów, oczywiście w cywilu. Jednym z Francuzów okazał się być Joffrey de la Bordonnaye, z którym później zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. To do jego matki należał apartament przy rue de Veronne, skąd odesłano z kwitkiem Sylvette Leleu bezpośrednio po naszym przyjeździe do Paryża.

Po przybyciu na dworzec pożegnaliśmy się z panią Humbert, Borisem Vilde i Rene Senechalem. Nigdy więcej nie spotkałem Borisa Vilde ani pani Humbert. Rozdzieliliśmy się dla bezpieczeństwa na trzy grupy, tak, aby każdy cudzoziemiec znajdował się w towarzystwie Francuzów. Szczególne niebezpieczeństwo stanowili Brytyjczycy, którzy pomimo kilkutygodniowego pobytu we Francji nie uważali za rozsądne nauczyć się choćby kilku zdań po francusku. Na szczęście bez przeszkód dojechaliśmy do celu: małej miejscowości położonej kilkadziesiąt kilometrów za Limoges, w pobliżu linii demarkacyjnej. Było już późne popołudnie. Tam przejął naszą grupę miejscowy przewodnik. W położonym na uboczu gospodarstwie, w szopie, czekały na nas rowery. Dojechaliśmy do granicy, która w tym miejscu przecinała las i ukrywszy rowery w zaroślach wyciągnęliśmy się na trawie w oczekiwaniu na zmierzch. Nasz przewodnik był doskonale zorientowany w zwyczajach strażników – wiedział, o jakiej porze patrolują granicę i kiedy się zmieniają. Po zapadnięciu ciemności wysunął się z naszej grupy i zniknął w zaroślach, by upewnić się, że patrol przejedzie o znanej mu porze. Niedługo później wrócił do nas. Po półgodzinnym marszu, bez żadnych trudności dotarliśmy na stację kolejową w niewielkiej mieścinie już po stronie Vichy. Stamtąd bezpiecznie, pociągiem, dojechaliśmy do miejscowości Perigueux w prowincji Dordogne. Na stacji w Perigueux oczekiwało już wysłane po nas z Chatteau de Chaterac. Zamek

Chaterac to rodzinna posiadłość rodziny de Bordonnaye, jego gospodarzami byli rodzice Geoffroya – książę i księżna de Bordonnaye. Położony w otoczeniu ziem przynależnych do majątku, a zatem odosobniony, duży, luksusowy zamek stanowił w owym czasie ważny ośrodek Ruchu Oporu – był punktem przerzutowym na trasie ucieczek do Hiszpanii. A nasza droga ucieczki wieść miała właśnie przez Hiszpanię.

Tu kilka słów objaśnienia. Generał Francisco Franco, dyktator sprawujący w Hiszpanii władzę absolutną, na równi z Hitlerem i Mussolinim wyznawał i uprawiał faszyzm w najgorszym jego wydaniu. Od 1936 roku, kiedy po obaleniu Republiki objął władzę jako szef państwa, rządu, a w rok później przywództwo faszystowskiej „falangi” – rozprawiał się bezkompromisowo z wszelką opozycją. W myśl zasady: „kto nie jest z nami ten przeciwko nam” niszczył nie tylko tych, którzy mu się sprzeciwiali, ale również tych, którzy go nie popierali. Jego budząca grozę Guardia Civil tropiła każdy najmniejszy przejaw wolnomyślicielstwa. W ten sposób rozproszyła się lub wyginęła cała szeroka warstwa postępowej inteligencji – ci, którzy nie chcieli lub nie zdołali emigrować zostali zamęczeni w więzieniach i obozach koncentracyjnych w niczym nie ustępujących niemieckim. Przed wojną sprawy te znajdowały się w kręgu zainteresowań demokracji europejskich, po wybuchu wojny oczywiście zeszły na daleki plan. Istotne było, że Franco mimo przyjaznych gestów i świadczonych Hitlerowi uprzejmości do wojny po stronie Niemiec nie przystąpił – Hiszpania zachowała status państwa neutralnego. Nie oznacza to wcale, że dla przerzucanych przez jej granicę uciekinierów stanowiła strefę bezpieczną – przeciwnie. Uprzedzono mnie, że w razie wykrycia mojej prawdziwej tożsamości, czyli pochodzenia z kraju znajdującego się pod niemiecką okupacją, zostanę natychmiast wydany Niemcom. Zakonotowałem sobie dobrze, że muszę trzymać się mocno mojej nowej, kanadyjskiej tożsamości, w żadnej sytuacji nie przyznawać się do polskiego pochodzenia i żołnierskiej przeszłości, gdyż byłby to mój koniec.

Kiedy dziś patrzę na naszą hiszpańską wyprawę, uderza mnie nasza ówczesna naiwność, lekkomyślność, głupota. Zabrakło wśród nas kogoś takiego właśnie jak Rene – sprytnego, przewidującego, bez złudzeń i skrupułów. Rene Senechal nigdy nie wyjechał z okupowanej Francji. Nigdy nie skorzystał z żadnego z kanałów przerzutowych, które sam organizował i którymi przepuścił tysiące zbiegów. Działał na terenie Francji do stycznia 1942 roku, kiedy to Niemcy rozpracowali ówczesne dowództwo Ruchu Oporu. Został rozstrzelany 23 marca wraz ze swoim przywódcą Borisem Vilde i pięcioma innymi uczestnikami Organizacji: Anatolem Lewitzkim, Julesem Andrieux, Leonem Nordmanem i Pierre Walterem. Egzekucja miała miejsce w fortecy Mount Valerien pod Paryżem. Wszyscy rozstrzelani tego dnia zostali pochowani na paryskim cmentarzu Ivry, w alei „bandytów”, która faktycznie była i do dziś pozostaje aleją bohaterów. Rene miał osiemnaście lat.

Do Hiszpanii

Wieczorem 9 grudnia 1940 roku do naszej grupy dołączył miejscowy przewodnik i wyruszyliśmy szlakiem ucieczkowym przez Pireneje. Prócz Geoffroya i mnie do grupy należeli dwaj podoficerowie angielscy, ci sami, którzy wyruszyli z nami z Paryża – starszy sierżant Stanley i sierżant Tommy, dalej Francuz z Bethune, którego imienia ani nazwiska nie pamiętam i dwie młode Francuzki. Jedną z nich, drobną, szczupłą dziewczynę imieniem Giselle pamiętam dobrze do dziś. Po kilku godzinach wspinaczki nasz przewodnik zatrzymał się i poinformował nas, że w tym właśnie miejscu przebiega hiszpańska granica i że dalej musimy radzić sobie sami. Poczuliśmy się zagubieni wśród lasu i ostro sterczących wokół skał. Było ciemno, tak, że wiodąca w dół ścieżynka ledwie rysowała się w mroku – wydało nam się, że sami nie potrafimy odnaleźć drogi. Przewodnik nie chciał jednak słyszeć o dalszej wędrówce, nawet propozycja sporej sumy pieniędzy nie była w stanie go skusić. Po prostu bał się, a że bał się nie bez przyczyny, mieliśmy się niebawem przekonać na własnej skórze. Na razie wskazał nam ledwie widoczną w ciemnościach ścieżkę wijącą się w dół wśród olbrzymich głazów: trzymając się tej ścieżki powinniśmy wkrótce trafić na szosę wiodącą do Barcelony. Udzieliwszy nam tej wskazówki zawrócił i zniknął w mroku. Zostaliśmy sami – zmęczeni wspinaczką, zagubieni w nieznanym kraju. Naradziliśmy się cicho. Jeżeli pod naszymi stopami rzeczywiście przebiega hiszpańska granica, to istnieje ryzyko natknięcia się na jakiś graniczny patrol. Rozsądek nakazywał oddalić się stamtąd jak najszybciej – i tak też uczyniliśmy. Ścieżka wiła się teraz cały czas w dół. Staraliśmy się posuwać cicho, mimo to co jakiś czas spod czyichś stóp osuwały się kamienie. Przystawaliśmy i wsłuchiwaliśmy się przez chwilę w oddalający się łoskot, w strachu, że usłyszymy jakieś głosy, zobaczymy latarki straży granicznej. Ale panowała cisza. Mimo tych przeszkód posuwaliśmy się teraz o wiele szybciej, niż w czasie wspinania się w górę. Przy okazji stwierdziłem, że schodzenie wcale nie jest łatwiejsze ani mniej męczące niż wspinaczka. Po przejściu kilku kilometrów wszystkich bolały stopy i uda, z radością powitalibyśmy choćby kawałek płaskiego terenu. W dodatku niepokoiło nas, że nie doszliśmy jeszcze do szosy – może zbłądziliśmy? Postanowiliśmy zmienić kierunek marszu na południowy i już po kilkunastu minutach doszliśmy do szosy. Na ustawionej przy drodze tablicy informacyjnej odczytaliśmy z ulgą nazwy „Figueras i Barcelona” i uspokojeni zawróciliśmy do naszej ścieżynki. Teraz marsz stał się nieco łatwiejszy, ale teren wciąż opadał i nie byliśmy zaskoczeni, kiedy drogę zagrodziła nam rzeka. Co robić? Próbować przeprawy wpław, czy zawrócić do szosy i przejść mostem? Byliśmy wyczerpani całonocnym marszem, obciążeni ekwipunkiem i nie znaliśmy głębokości rzeki. Sądząc z prędkości nurtu, przeprawa mogła być niebezpieczna. W dodatku był grudzień... Postanowiliśmy zaryzykować i dostać się do mostu.

Zmęczenie dawało się już wszystkim we znaki. Szczególnie cierpiały kobiety, powoli zaczęły odstawać w marszu. Geoffroy, który przewodził naszej grupie, zarządził następujący szyk: na przedzie Anglicy i Francuz, za nimi kobiety, my dwaj zamykaliśmy pochód. Posuwając się bezdrożem rozciągnęliśmy się w długi wąż. W ciągu pół godziny czoło pochodu dotarło do szosy, podczas gdy Geoffroy i ja byliśmy jeszcze daleko w tyle. Od razu weszli na most, a ich kroki w nocnej ciszy zadudniły na cementowej nawierzchni głośnym echem. Kiedy z Geoffroyem wychynęliśmy z zarośli, ujrzeliśmy przerażającą scenę: z małego domku przy moście wypadli dwaj uzbrojeni po zęby karabinierzy, za nimi trzeci z lampą naftową w rękach. Wszyscy z naszej grupy prócz nas zostali natychmiast wzięci pod lufy karabinów. Cofnęliśmy się w zarośla i rozpoczęliśmy gorączkową naradę – co robić? Wszystkie pieniądze przeznaczone dla całej grupy mieliśmy my dwaj! Nie przyszło nam jakoś do głowy, że Hiszpanie i tak je nam odbiorą. Postanowiliśmy połączyć się z grupą i wyszliśmy z zarośli na szosę. Pojawiając się nagle z ciemności przestraszyliśmy strażników tak, że o mały włos nie wygarnęli do nas z karabinów. Oczywiście ich pierwszą czynnością było odebranie nam papierów i pieniędzy. Zachowywali się głośno, pokrzykiwali i popychali nas lufami – prawdopodobnie żeby sobie samym dodać odwagi.


Odprowadzili nas marszem do pobliskiej miejscowości Figueras, gdzie zostaliśmy stłoczeni wszyscy razem w celi lokalnego więzienia. Celka nie była obliczona na taką ilość więźniów, tak, że leżąc pokotem na podłodze przywieraliśmy ciasno do siebie. Malutka Giselle drżąc z zimna i strachu tuliła się do mnie. Je t’aime – szeptała cichutko, a ja nie potrafiłem dla niej nic zrobić, w żaden sposób ochronić ją przed czekającym nas nieznanym niebezpieczeństwem... mogłem tylko odrobinę ogrzać ją swoim ciałem. Rankiem kobiety zostały zabrane z celi i już więcej nie widzieliśmy ich.

Po wojnie pojechałem do Francji z zamiarem przebycia szlaku mojej wojennej wędrówki, a przede wszystkim odnalezienia ludzi, dzięki których odwadze i poświęceniu przeżyłem. W Bethune dowiedziałem się, że Giselle została pochwycona w czasie ponownej próby przejścia przez Pireneje, wydana w łapy gestapo i rozstrzelana. Dzielna, wspaniała kobieta, odważniejsza od większości mężczyzn. Do dziś zajmuje wiele miejsca w moich wspomnieniach. Wciąż czuję się, jakbym ją zawiódł – choć wówczas naprawdę byłem bezsilny i w żaden sposób nie potrafiłbym jej ocalić.

Patrząc z perspektywy czasu na to, co nas spotkało już w kilka godzin po przekroczeniu hiszpańskiej granicy, można dojść tylko do jednego wniosku: nasza wyprawa nie była w ogóle przygotowana. Nikt z grupy nie przeszedł wcześniej szlaku, nikt nie znał hiszpańskiego, nie udzielono nam nawet podstawowych informacji - ot, choćby takiej, że wszystkie mosty są strzeżone. Na trasie ucieczkowej do Barcelony stanowiliśmy grupę pionierską, puszczoną na żywioł. Mam nadzieję, że nasze smutne doświadczenia stanowiły nauczkę i przestrogę dla następnych grup wyprawianych tym szlakiem.

Z Figueras następnego dnia przewieziono nas do Barcelony.
Zostaliśmy skuci kajdanami po dwóch. Mnie skuli razem z Geoffroyem. Wśród głośnych krzyków i popychania karabinami Hiszpanie załadowali nas na otwartą kibitkę i powieźli w nieznanym kierunku. Ani Geoffroy, ani ja nie byliśmy dotąd nigdy skuci kajdanami i zrobiło to na nas przerażające wrażenie. Przewidywaliśmy najgorsze – że mogą nas gdzieś po drodze po prostu rozstrzelać. Ale nie – po kilkunastu godzinach jazdy kibitka dowiozła nas do więzienia w Cervera, niedużej miejscowości położonej przy drodze do Barcelony. Jak się później okazało, miejscowe więzienie pełniło funkcję obozu etapowego, gdzie więźniów przesłuchiwano, po czym decydowano o ich dalszym „przydziale”. Od razu odebrano nam buty i paski do spodni, dając w zamian sznurki i słomiane sandały. Samo więzienie było straszne - brudne, zimne i ciasne. Jako posiłek dostawaliśmy jakieś cuchnące pomyje – początkowo nie byliśmy w stanie ich przełknąć, później głód zmusił nas do jedzenia i zaczęły się biegunki. Nic dziwnego, że z dnia na dzień traciliśmy siły. Rankiem musieliśmy stawać do apelu, bez względu na stan zdrowia. Drapaliśmy się więc po ścianie, podpieraliśmy jeden drugiego, byle tylko zdążyć – bo opóźnień nie tolerowano. Strażnicy wyposażeni w zwykłe drewniane kije zaganiali nas do szeregu bijąc brutalnie gdzie popadnie. Codziennie poddawano nas przesłuchaniom. Pamiętając o udzielonej mi we Francji przestrodze uparcie trzymałem się mojej kanadyjskiej tożsamości i fikcyjnego życiorysu: jestem studentem, który próbuje dostać się z okupowanej Francji pod opiekę brytyjskiej ambasady.

Więzienie w Saragossie 

Na szczęście pobyt w Cervera nie trwał długo, zaledwie kilkanaście dni. Opuściliśmy więzienie z ulgą, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co jeszcze nas czeka, myśleliśmy, że najgorsze już za nami. Znowu skutych dwójkami, karabinierzy upchnęli nas na otwartej platformie pociągu towarowego. Tym razem nasi strażnicy nie ukrywali celu naszej podróży: wielkie więzienie w Saragossie.

Już oglądane z daleka, z platformy pociągu, więzienie wywarło na nas przygnębiające wrażenie: wyniosła średniowieczna twierdza o najeżonych blankami murach, otoczona szeroką fosą, przez którą przerzucony był wąski zwodzony most. Wprawdzie nikt z nas nie nabrał jeszcze dość wigoru, by myśleć o ucieczce, ale wszyscy pomyśleliśmy to samo: stąd nie ma ucieczki. Karabinierzy przepędzili nas przez zwodzony most i znaleźliśmy się w długim, wąskim korytarzu przedzielonym w poprzek namalowaną na cemencie białą linią. Na rozkaz strażników zatrzymaliśmy się przed tą linią i zdjęliśmy ubranie. Nadzy oczekiwaliśmy, aż strażnicy je przetrząsną – powoli, dokładnie, sztuka po sztuce. Wydobywali i odczytywali każdy papierek, obmacywali szwy. Kiedy w końcu przegląd został zakończony, zezwolili nam przekroczyć białą linię i ubrać się. Następnie zaprowadzono nas do celi. Właściwie nie była to cela, a ogromna sala o cementowej podłodze i kilku maleńkich, okratowanych okienkach pod stropem, przepuszczających tak niewiele światła, że zdawała się zupełnie ciemna. Wewnątrz kłębił się tłum więźniów, stłoczonych tak ciasno, że musieliśmy się wśród nich przepychać. Jak się wkrótce przekonaliśmy, byli to więźniowie sumienia, sam kwiat hiszpańskiej elity intelektualnej. Nie było tam żadnych łóżek, prycz, nawet słomy na podłodze – stłoczeni jak bydło mogliśmy nocą leżeć tylko na boku przywierając ciasno jeden do drugiego. W środku nocy strażnik wrzaskiem wydawał komendę i wszyscy, cała sala, przewracaliśmy się na drugi bok. Już po kilku godzinach na moich bokach zrobiły się pęcherze, które po paru dniach przekształciły się w otwarte odleżyny. Jakże musieli cierpieć ci, którzy przebywali tam od miesięcy!

Jedyny ustęp znajdował się w rogu sali, w tym samym rogu ustawiono beczkę z wodą do picia. Było to dla nieszczęsnych więźniów miejsce spotkań i dyskusji. Cały dzień stali do niego w długiej kolejce. Z więzionymi tam Hiszpanami porozumiewaliśmy się z łatwością, gdyż byli to przeważnie ludzie wykształceni, władający kilkoma językami. O reżimie Franco i terrorze stosowanym wobec własnych obywateli dowiedzieliśmy się od nich rzeczy wprost niemieszczących się w głowie. Więźniowie w Saragossie trzymani byli bez sądu, bez oskarżenia, bez procesu i wyroku, chociaż prawo hiszpańskie nie dozwala (przynajmniej wówczas nie dozwalało) przetrzymywać oskarżonych bez procesu dłużej niż sześć miesięcy. Siepacze generała Franco łatwo radzili sobie z tym drobnym prawnym problemem: zwolnionego po sześciu miesiącach więźnia wypuszczali tylnym wyjściem z twierdzy, a gdy ten dotarł do zwodzonego mostu przed główną bramą – aresztowali go ponownie. Hiszpańscy współwięźniowie uświadomili nam też, że ponad naszą salą znajduje się miejsce, gdzie co noc wykonywane są egzekucje. Dobiegające jakby z dala stłumione trzaski, krzyki lub śpiew – odgłosy, jakie często słyszeliśmy nocą – to echa dokonujących się nad grubym stropem zbrodni.

Swoiście przestrzeganym prawem było również konstytucyjne prawo więźniów do religijnej posługi. Uczestniczyłem w dwóch więziennych mszach, gdyż pobyt nasz w Saragossie trwał nieco ponad dwa tygodnie. W niedzielny ranek do sali wpadało kilkunastu uzbrojonych w drewniane kije strażników. Wrzeszcząc i waląc kijami na oślep ustawiali więźniów w równych szeregach, twarzami w kierunku celebry, która odbywała się, jak przypuszczam, na wewnętrznym dziedzińcu twierdzy. Po wyrównaniu szeregów co do centymetra usłyszeliśmy z dala odgłos trąbki oznajmiającej rozpoczęcie mszy. Nam, więźniom, nie wolno było nawet drgnąć, każde najmniejsze odstępstwo od postawy „baczność” natychmiast karano razami pałki. Na koniec wszyscy musieliśmy podnieść prawe ręce w faszystowskim pozdrowieniu i odśpiewać hymn narodowy:
„A la bandera salutare uno
Espana libre!
Espana grande!
Viva Espana!
Viva Franco!”
Klawisze obserwowali pilnie, czy wszystkie ręce wzniesione są równo. Biegali pomiędzy szeregami więźniów waląc kijami te ręce, które według nich nie utrzymywały się dostatecznie wysoko. Po zakończeniu mszy dostawaliśmy jeszcze pałkami ot tak sobie, dla rozgrzewki, po czym ku naszej ogromnej uldze klawisze opuszczali salę. Niedziela była dniem szczególnym także ze względu na świąteczny obiad, jakim raczono więźniów: oprócz codziennych pomyj każdy otrzymywał cztery solone sardynki.
Jak już wspomniałem, nasz pobyt w Saragossie trwał nieco ponad dwa tygodnie. Gdy wywlekano nas z ogólnej sali, nikt nie miał pojęcia, co nas czeka. Równie dobrze mogła to być wolność jak egzekucja. Hiszpańscy towarzysze niedoli od początku pocieszali nas, że jako cudzoziemcy raczej nie zostaniemy zamordowani. Oni sami znajdowali się w sytuacji o wiele gorszej – o nich nigdy nie upomni się żadna ambasada. Cierpieli męki więziennej codzienności i tortury w czasie przesłuchań wiedząc, że tylko śmierć może wyzwolić ich z tej gehenny. Kiedy odchodziliśmy, prosili: opowiedzcie o nas światu! Powiedzcie światu...
Próbowaliśmy, ale świat nas nie słuchał.

 

Obóz Miranda de Ebro

I znów skutych dwójkami załadowano nas na odkryte wagony. Pilnujący karabinierzy poinformowali, że jedziemy do Miranda de Ebro. Do więzienia?... Nie, do obozu pracy. Pamiętam, że ta dźwięczna nazwa zabrzmiała w moich uszach egzotycznie, obiecująco. Nikt z nas nie znał jeszcze złowrogiej wymowy tej nazwy, zła sława największego w Europie Zachodniej obozu koncentracyjnego jeszcze do nas nie dotarła.

Obóz Miranda de Ebro zajmował kilkadziesiąt hektarów podmokłego, malarycznego terenu położonego w zakolu rzeki, która stanowiła jego naturalną granicę z dwóch stron. Z dwóch pozostałych obóz otaczały zasieki z drutu kolczastego, z których co kilkadziesiąt metrów wyrastała wieżyczka obserwacyjna. Od strony rzeki wieżyczek nie było, zupełnie jakby zwierzchnictwo nie brało pod uwagę możliwości ucieczki wpław. Ebro rozlewa się w tym miejscu szeroko pomiędzy bagnistymi brzegami i bez pomocy z zewnątrz ucieczka byłaby niemożliwa. A na pomoc z zewnątrz kto jak kto, ale my, cudzoziemcy, z pewnością nie mogliśmy liczyć.

Zakwaterowano nas w prymitywnym, zbitym z desek baraku, jednym z dziesiątek ustawionych na terenie obozu. Zostaliśmy przydzieleni do „balion de trabajadores” i natychmiast zapędzeni do pracy. Dziwna to była praca! Z koszami na ramionach, popędzani kijami przez strażników ustawialiśmy się w szeregu naprzeciw niewielkiej kupy kamieni. Na rozkaz zdejmowaliśmy kosze, na rozkaz inna grupa więźniów napełniała kosze kamieniami, na rozkaz dźwigaliśmy kosze i przemierzaliśmy całą szerokość obozu, by w końcu wysypać kamienie na inną kupę. I tak dzień po dniu. Ta bezsensowna praca wymagała sporej siły fizycznej, a my, więźniowie z Saragossy, mieliśmy niewiele sił. Do jedzenia tutaj dostawaliśmy takie same czarne pomyje jak w poprzednich więzieniach, gnębił nas brud, wszy i biegunki. Codziennie każdy z nas w czasie „pracy” fasował razy kijem. Wieczorami wyczerpani, obtłuczeni, głodni – zastanawialiśmy się, czy ktokolwiek z Ruchu Oporu dowiedział się o naszej wpadce? Czy ktokolwiek podjął starania by powiadomić o naszym losie ambasadę brytyjską? Zdawało nam się, że świat o nas zapomniał.

Obóz Miranda de Ebro zaplanowany i urządzony był tak, by zabijać - i rzeczywiście wielu więźniów zmarło na naszych oczach. Hodowane w obozie świnie otrzymywały lepsze i obfitsze pożywienie, niż ludzie. Mogliśmy to stwierdzić naocznie, gdyż trasa naszych codziennych wędrówek z koszami kamieni wiodła obok świńskiej zagrody. Pewnego dnia wydarzył się przykry incydent: jeden z „pracujących” z nami więźniów, Francuz z Bethune, nie mogąc opanować głodu rzucił kosz z kamieniami na ziemię i zaczął wybierać garściami żarcie z koryta. Pilnujący nas kapral natychmiast przyskoczył do niego i zbił go kijem do nieprzytomności. Potem nieszczęsnego Francuza zamknięto na całą dobę w izolowanej klatce.

Trzy najbliżej rzeki położone baraki zajmowali polscy więźniowie. Słysząc często ich rozmowy nie marzyłem o niczym innym jak przywitać się z nimi serdecznie, poczuć znów w ustach słodki smak polszczyzny. Serce tak mi się rwało do rodaków, że wieczorami często podkradałem się pod ich baraki, żeby chociaż posłuchać ich mowy. Niebawem przekonałem się, że moje nieśmiałe podchody, kręcenie się w pobliżu polskich baraków może skończyć się ujawnieniem mojej tożsamości. Natknąłem się bowiem wprost na polskiego oficera, którego znałem z widzenia z obozu w Coetquidan. Zaskoczony przyjrzał mi się i spytał niepewnie: Poldek? Potrząsnąłem głową udając, że nie rozumiem, a on skinął ze zrozumieniem głową i odszedł. Rozpoznał mnie z pewnością, nie miałem złudzeń. Przez pewien czas żyłem w strachu: a nuż wygada? Nie wygadał.

Niebezpieczeństwo nadeszło z zupełnie innej, niespodziewanej strony. Jeden z brytyjskich podoficerów, sierżant imieniem Tommy bardzo źle znosił warunki obozowe, w dodatku musiała w nim narastać jakaś do mnie pretensja, o której nie miałem pojęcia. Dziś myślę, że był to po prostu bardzo powszechny wśród Anglików rasizm, poczucie własnej wyższości, które sprawiło, że moją mistyfikację, podszywanie się pod kanadyjskie obywatelstwo odbierał jak osobistą obrazę. W każdym razie pewnego wieczora, kiedy do naszego baraku wszedł hiszpański kapral, Tommy wybuchnął: „On nie jest żadnym Kanadyjczykiem, to Polak! Polak! To oszust!” – krzyczał histerycznie wskazując na mnie. Drugi Brytyjczyk, Stanley, przyskoczył do niego i z całej siły rąbnął go pięścią w twarz. Szczęśliwie Tommy nie nauczył się dotąd nawet tylu słów po hiszpańsku, by zrozumiale sformułować donos, a Hiszpan nie znał angielskiego i nie pojął, o co chodzi. Biorąc cały incydent za jakąś nieistotną kłótnię pomiędzy więźniami machnął ręką i przeszedłszy przez barak wyszedł z drugiej strony.
- Po powrocie podam ciebie do sądu polowego – powiedział Stanley do młodszego stopniem kolegi.

W kilka dni po tym przykrym wydarzeniu do obozu przybył konsul brytyjski. Musiał czekać przed wjazdem ponad pół godziny, zanim otwarto bramę i wpuszczono jego samochód. Wcześniej widzieliśmy powitanie konsula niemieckiego: szeroko otwarta brama, orkiestra obozowa grająca niemiecki hymn... Jakaż różnica!
No cóż, w obu wypadkach były to jedynie gesty w stronę Hitlera, gesty, które generalissimusa Franco nie kosztowały nic. Jak się okazało, konsul przybył do Miranda de Ebro po naszą grupę. Strażnik wywołał z listy nazwiska obu Brytyjczyków, Francuza z Bethune i Geoffroya – mojego nazwiska na liście nie było...
Przez chwilę miałem nadzieję, że to przeoczenie, ale ta nadzieja szybko zwiędła i przerodziła się w zwątpienie, strach... Z jakichś przyczyn konsulat brytyjski postanowił nie interweniować w mojej sprawie, chociaż jako obywatel kanadyjski powinienem zostać objęty jego opieką. Cała moja mistyfikacja wydała mi się daremna, a nawet głupia. Polacy w Miranda de Ebro z niewiadomych przyczyn cieszyli się pewnymi przywilejami: nie byli zmuszani do tak ciężkiej pracy i mogli raz w tygodniu wychodzić na przepustkę. Ale bardziej niż te przywileje ciągnęła mnie do nich zwykła ludzka tęsknota, pragnienie znalezienia się wśród swoich. Geoffroy najwyraźniej wyczuł, co się ze mną dzieje, bo przed odjazdem szepnął:
- Nie ujawniaj się. Zrobię wszystko, żeby ciebie stąd wyciągnąć. Mój dziadek jest generałem, urzęduje teraz w Londynie...
Uścisnęliśmy się i Geoffroy wsiadł. Ze łzami w oczach patrzyłem za samochodem wiozącym ku wolności moich towarzyszy. Zostałem sam.
 

Bieg ku wolności

Dni teraz upływały mi w zupełnej izolacji. Stan mojego umysłu przypominał wahadło – od szalonej nadziei do czarnej rozpaczy. Chociaż był dopiero marzec zrobiło się na tyle ciepło, że mogłem kąpać się w rzece, a co równie istotne, prać ubranie. Przy stałym niemal rozstroju żołądka i sporych utrudnieniach w dostępie do „toalety” z moimi portkami bywało różnie. Taką „czystościówkę” mogłem urządzać tylko w niedziele, gdyż był to dzień wolny od „pracy”.

Tamtej niedzieli w połowie marca po mszy porannej poszedłem nad rzekę. Wykąpałem się, wyprałem ubranie i rozłożyłem je na rozgrzanych słońcem kamieniach, żeby wyschło. Sam także rozciągnąłem się w słońcu. I raptem usłyszałem wywoływane przez głośniki obozowe moje kanadyjskie nazwisko. W szaleńczym pośpiechu naciągnąłem mokre ubranie i popędziłem do centrum obozu. Już z daleka ujrzałem znajome auto brytyjskiego konsula.
- Delorme Etienne Prevost – zameldowałem się konsulowi bez tchu.
- Jesteś wolny. Twoi koledzy powiedzieli mi o tobie wszystko. Wsiadaj! - Czy mógłbym się z kimś pożegnać? – spytałem. – To potrwa kilka minut!
Konsul skinął głową. Pobiegłem do polskich baraków i odszukałem kolegę z Coetquidan.
- Tak, to ja, Poldek – powiedziałem do niego. – Mam fałszywe kanadyjskie papiery. Nie mów o mnie przez parę tygodni.
Uściskaliśmy się i pognałem z powrotem. Biegłem tak szybko, jakbym kilka ostatnich miesięcy spędził w obozie sportowym, nie koncentracyjnym. Nic dziwnego – biegłem ku wolności.

W czasie podróży z Miranda de Ebro do Madrytu konsul poinformował mnie, że to generał de la Paulouse interweniował w mojej sprawie. Oczywiście wiedziałem, że zrobił to na prośbę swojego wnuka, Geoffroya de la Bordonnaye. Mój pobyt w Madrycie był krótki – zostałem zaopatrzony w odpowiednie dokumenty i skierowany do bazy sił brytyjskich w Gibraltarze. Spotkał mnie przy tym nie lada zaszczyt: konsul użyczył mi swojego auta z szoferem, tak, że do Gibraltaru zajechałem z fasonem.

W bazie wojskowej przyjął mnie oficer bezpieczeństwa, kapitan Fein. Złożyłem mu szczegółowy raport z całej mojej dotychczasowej wędrówki, pominąłem milczeniem tylko przykry incydent z sierżantem Tommym. Przekazałem kapitanowi informację na temat zakamuflowanego lotniska niemieckiego pod Paryżem. Zainteresował się tym żywo – na jego prośbę zrobiłem odręczny szkic, określiłem w kilometrach zapamiętaną odległość od Paryża, a także opisałem rodzaj kamuflażu: nisko zawieszona mgła. Natychmiast po przybyciu otrzymałem żołd, umundurowanie, buty. Czyste ubranie, buty. Może to niewiele dla kogoś, kto ma je na co dzień. Po upokorzeniach hiszpańskiej niewoli dla mnie oznaczały przywrócenie do ludzkiej godności. W kilka dni później zostałem ponownie wezwany do kancelarii. Kapitan Fein posadził mnie z honorami przy swoim biurku i poczęstował whisky.
- Pańska informacja okazała się bardzo cenna – powiedział trącając się ze mną szklanką. – Tamto lotnisko już nie istnieje.

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl