| A A A |
<
 
>  

Jarosław Hyk

Rocznik 1962

Opowiada o demosnstracji w rocznicę podpisania porozumień sierpniowych W 1982 roku, podczas której został przejechany przez samochód ZOMO.


Wrocławski gawrosz

W 1980 zdałem maturę i zacząłem studia na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Rok później, jesienią, rozpoczęły się strajki studenckie, a wraz z nimi moja przygoda z NZS-em. Wszystkie wrocławskie uczelnie strajkowały. My oczywiście też. Zajmowałem się redagowaniem i drukowaniem publikacji, ulotek. 12 grudnia 1981 roku odbieraliśmy teleks z Komisji Krajowej NSZZ Solidarność, który nagle zatrzymał się. Zadzwoniliśmy więc do centrali odblokowywania teleksów, a tam dowiedzieliśmy się, że centrala jest zajęta przez wojsko, że jest stan wojenny. Potem rozmowa została przerwana. To było dokładnie pół godziny przed wprowadzeniem stanu wojennego o godz. 23.30. Postanowiliśmy ostrzec liderów Solidarności z Wrocławia. Odnajdywaliśmy ich adresy i chodziliśmy do nich. To właśnie stan wojenny przesądził o moich dalszych losach, o wieloletniej działalności opozycyjnej. Moje środowisko znajdowało się wówczas pod silnym wpływem tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w kopalni Wujek oraz w czasie pacyfikacji Politechniki Wrocławskiej. Trudno było wówczas postrzegać stan wojenny inaczej niż przez pryzmat mordu dokonanego przez funkcjonariuszy ZOMO na bezbronnych górnikach. Sądzę, że większość z nas po prostu nie chciała ulegać poczuciu bezsilności wobec brutalnych ścieżek zdrowia, przez które na mrozie i bez odzienia musieli przechodzić wyrwani ze snu strajkujący studenci Politechniki. Na wielu moich kolegów wieść o tym, że zginęli górnicy Wujka, a w czasie pacyfikacji Politechniki zginął jej pracownik Tadeusz Kostecki - nie zadziałała odstraszająco, ale stała się jednym z głównych motywów do kontynuacji oporu przeciwko juncie generała Jaruzelskiego. Odpowiadając na apel liderów uczelnianej Solidarności, zakończyliśmy strajk na Akademii Rolniczej i postanowiliśmy jednogłośnie przyłączyć się do strajku wrocławskich robotników. Do strajkujących załóg Mostostalu i Pafawagu oprócz studentów Akademii Rolniczej dołączyli również studenci innych uczelni Wrocławia, w tym również ci, którym udało się uniknąć aresztowania w trakcie pacyfikacji Politechniki. W Mostostalu zainstalowaliśmy jedną z pierwszych drukarni stanu wojennego - tutaj po raz pierwszy użyliśmy terminu „konspiracja”. Tuż przed pacyfikacją zakładów pojawiło się wojsko i postawiło ultimatum strajkującej załodze: jeśli w ciągu najbliższej doby nie zakończy strajku, milicja i wojsko użyją siły. Rozsądek nakazywał nam opuścić zakład, aby kontynuować naszą ledwie rozpoczętą, konspiracyjną działalność wydawniczą. Opuściliśmy więc Mostostal i znaleźliśmy lokal, w którym znowu mogliśmy drukować bibułę. Od tego dnia zapach drukarskiej farby, wielkie torby i plecaki wypełnione bibułą, trwale przyczernione dłonie, amok nieprzespanych nocy, konspiracyjne spotkania, adrenalina, przygoda i dyskusje po świt stały się dla nas codziennością i niepostrzeżenie wprowadziły nas w zupełnie inny świat. Świat, który choć istniał w PRL-u, to jednak sprawiał, że dla nas PRL istnieć przestał, tak jakby nas już nie dotyczył, tak jakby stracił nad nami panowanie. Po prostu czuliśmy się wolni i mocno związani ze sobą, byliśmy jak ze starego porzekadła o Polakach i Węgrach – „... i do szabli, i do szklanki”.

Zamach

Na 31 sierpnia 1982 roku w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych szykowaliśmy manifestację, która miała być największą w historii PRL-u. Byłem wyczerpany przygotowaniami do niej - drukowanie ulotek wzywających do manifestacji kosztowało nas wiele nieprzespanych nocy. Zmęczenie i zasady konspiracji nakazujące nam unikać bezpośrednich starć z siłami bezpieczeństwa podpowiadały mi, abym 31 sierpnia pozostał w domu. Jednak poczucie lojalności wobec potencjalnych manifestantów nakazywało mi pójść na tę manifestację. Uznałem, że skoro innych do tego nakłaniam, będąc w pełni świadomym zagrożeń, jakie się z tym wiążą, to nieobecność byłaby z mojej strony przejawem tchórzostwa, hipokryzji i zwykłej dezercji. Kpiarska drwina z czasów Powstania Warszawskiego: „Ja bym za ojczyznę życie oddał, tylko mi zdrówko nie pozwala” - pasowałaby wówczas do mnie jak ulał. Poszedłem więc, mimo że miałem złe przeczucia i najzwyczajniej w świecie bałem się. To, co zobaczyłem tamtego dnia na ulicach Wrocławia, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Ogromne tłumy na ulicach, mnóstwo ZOMO, wojska, milicji. Gdy zgromadzony na placu 1-go Maja tłum zignorował wezwanie oficera milicji do rozejścia się, wyraźnie zniecierpliwieni funkcjonariusze ZOMO bez wahania rozpoczęli swój brutalny atak na manifestantów. Poszły w ruch milicyjne pały, armatki wodne i gazy łzawiące. Ale zgromadzeni tam ludzie jakoś nie bardzo przejęli się agresją rozwścieczonych zomowców, bezzwłocznie gotując im odpowiednią replikę. W pierwszym odruchu podzielony na mniejsze grupy tłum poczęstował napastników gradem kamieni. Później do kamieni dołączyły petardy zbierane skrupulatnie przez manifestantów, aby zawadiacko odrzucić je zomowcom. Na ulicach poczęły wyrastać barykady budowane naprędce z wszelkich napotkanych w pobliżu przedmiotów - ławek, kubłów na śmieci itp. Pojawiły się pojedyncze przypadki nowych, nieco bardziej wyszukanych rodzajów broni: proce na kulki od łożysk, butelki z benzyną, stalowe kolce do przebijania opon. Opancerzony transporter, który butnie wjechał na pl. 1-go Maja, szybko tę butę stracił. Wkręcona w koła płachta nasączona benzyną sprawiła, że ten groźnie wyglądający pojazd zginął nagle w kłębach czarnego dymu i w językach ognia. Widok ten manifestanci przyjęli z aplauzem. Do walczących tłumów dołączyli też mieszkańcy okolicznych budynków, zrzucając z okien na zomowców różne domowe wiktuały: słoiki z powidłami, części mebli, doniczki z kwiatami. To musiało mocno rozwścieczyć zomowców, bo zaczęli na oślep strzelać petardami w okna, nie oszczędzając nawet pobliskiego szpitala, wzniecając tam pożar. Gdy zmierzałem w kierunku pl. 1-Maja, widok niezliczonych tłumów wrocławian przeplatanych kordonami różnorodnych formacji militarnych utwierdził mnie w przekonaniu, że mam nikłą szansę na odnalezienie kolegów. Osamotnienie, brak snu i upał początkowo wprawiały mnie w zły nastrój i brak pewności siebie. Jednak gdy dołączyłem do grupy demonstrantów rzucających kamieniami w kierunku zomowców strzelających petardami spod sklepu mięsnego z naprzeciwka, dość szybko odzyskałem wigor. Zaś komentarz młodej manifestantki: - Chyba do mięsnego rzucili żeberka, dlatego tak się zaciekle bronią, sukinsyny - wprawił mnie w dobry humor i przywrócił mi pewność siebie. Niestety byliśmy za daleko i kamienie nie dolatywały, dlatego podszedłem bliżej, coraz głębiej wchodząc na jezdnię.

Moment przejechania Jarosława Hyka
przez ciężarówkę ZOMO.
fot. Wojciech Wójcik

Po chwili zobaczyłem nadjeżdżającą kolumnę pojazdów ZOMO, więc postanowiłem wykorzystać okazję i obrzucić ją kamieniami. Kiedy rzuciłem kilka kamieni w kierunku pierwszej, prowadzącej kolumnę ciężarówki, postanowiłem wycofać się, aby znowu nazbierać kamieni. Gdy wykonywałem obrót w prawo, widok, jaki napotkał mój wzrok, poraziłby każdego. Tuż przed sobą zobaczyłem maskę kolejnej milicyjnej ciężarówki, bez cienia skrupułów jadącej wprost na mnie. Sparaliżowało mnie. Byłem przekonany, że nieuchronnie nadchodzi mój koniec, że nie mam żadnych szans. Szok sprawił, że uderzenie zderzaka w brzuch nie przysporzyło mi bólu ani nawet cienia strachu. Trzaśnięcie głową o bruk przyjąłem z równą obojętnością, jakby na potwierdzenie faktu, że swoje ciało mogę już spokojnie spisać na straty. Byłem już pod samochodem, gdy poczułem gwałtowne szarpnięcie za rękę. Zaczepiłem chyba o rurę wydechową i ten bezlitosny pojazd ciągnął moje ciało po bruku. Pamiętam, jak obraz podwozia stawał się coraz mniej wyraźny i coraz ciemniejszy - jakby zapadał zmierzch. Nie potrafię ocenić, jak długo pozostawałem nieprzytomny. Pierwsze, co pamiętam, to rozpościerający się jakby zza mgły widok przerażonych ludzi pochylonych nade mną.
- Lepiej go nie ruszać, on może mieć uszkodzony kręgosłup - usłyszałem zatrwożony głos demonstranta. Chyba ideologiczny - pomyślałem, dodając sobie otuchy. W tym właśnie momencie dotarła do mnie groza sytuacji, w jakiej się znalazłem. Uświadomiłem sobie, że leżę tutaj obolały i unieruchomiony na jezdni w samym centrum zamieszek, a ta na pozór przyjemna chłodna wilgoć na moim ciele to nie woda, lecz krew. Poczułem przeraźliwy strach i ogromną chęć życia. Przerażała mnie bezradność tych ludzi. Obawiałem się, że wśród nich nie znajdzie się nikt, kto będzie w stanie zachować zimną krew i zabrać mnie stąd. Wszak w każdej chwili teren ten mogli zająć zomowcy i nadzieja na przeżycie okazałaby się płonna. Poczułem, jak mocno drży moje ciało, a serce wdziera mi się do gardła. Postanowiłem spróbować się podnieść, aby pokazać tym ludziom, że wcale nie myślę umierać, więc warto mi pomóc. Na reakcję nie musiałem długo czekać. Dwaj mężczyźni chwycili mnie mocno za bary i zdecydowanym ruchem unieśli w górę.
- Na ulicy Ziemowita jest przychodnia, tam mnie zanieście - prosiłem ich drżącym głosem. Niestety, drogę do przychodni zagradzał gęsty kordon milicjantów.
- K..., wszędzie zomowcy! Połóżmy go w tych krzakach, później po niego wrócimy - ryknął jeden z moich wybawców.
- Nie! Jak mnie tutaj znajdą, to mnie dobiją, a jak nie znajdą, to i tak się wykrwawię na amen - odparłem błagalnym głosem. Wlekli mnie więc z coraz większym trudem dalej, w kierunku ul. Podwale. Tam usiłowali zatrzymać przejeżdżające w panice pojazdy. Długo nie było chętnych do pomocy, a niektórzy na nasz widok wręcz dodawali gazu. Wreszcie zatrzymał się jakiś samochód ciężarowy. Gdy znalazłem się w jego kabinie, poczułem wielką ulgę i wręcz pewność, że z tych tarapatów wyjdę jednak cało. Ożywiłem się wyraźnie, a wiozących mnie robotników poprosiłem o papierosa - wmawiając sobie, że właściwie nic takiego się nie stało. Po chwili jednak poczułem przenikliwy chłód i ciemność w oczach. Panicznie wówczas bałem się utraty przytomności - z obawy, że mógłbym się już nie ocknąć. Wychyliłem więc głowę za okno, łapczywie wdychając każdy powiew powietrza, choćby zmieszanego z gazem. Do szpitala trafiłem na wpół przytomny. Chyba nie wyglądałem dobrze. Pielęgniarka nie wiedziała, czy w ogóle ma mnie wpisywać do książki, a jeśli tak, to co ma napisać.
- No jak to co? - ryknął lekarz i zaklął siarczyście. Pisz: „przejechany przez ZOMO!”. Ku zdumieniu wszystkich obrażenia jakich doznałem, nie okazały się zbyt groźne. Stłuczone nerki, krwiomocz, wstrząs mózgu oraz ogólne potłuczenia i zranienia ciała to doprawdy drobne rany w przypadku potrącenia przez samochód ciężarowy. Śmiało mogę mówić o wielkim szczęściu. Po dwóch tygodniach hospitalizacji i kilku miesiącach rekonwalescencji byłem gotowy do dalszej walki z reżimem.

Poznałem świat bezpieki

W kwietniu 1983 roku, do drzwi mojego mieszkania zastukali funkcjonariusze SB. Wypytywali mnie o demonstrację z 31 sierpnia, czy w niej uczestniczyłem i czy odniosłem jakieś obrażenia. Zasłaniałem się niepamięcią. Rodzice też zapewniali, że o niczym nie wiedzą. Esbecy oświadczyli więc, że zabierają mnie na komendę. Wówczas rodzice oznajmili stanowczo, że chcą jechać razem ze mną. Funkcjonariusz, z wystającym zza marynarki rewolwerem oświadczył, że to absolutnie nie możliwe i że oni nie mogą udzielać żadnych informacji, bo to jest ''sprawa wagi państwowej". Byłem święcie przekonany, że zostałem zdekonspirowany przez SB i być może nie jestem jedynym aresztowanym tego dnia. Nachodziły mnie różne myśli: ''a może będą chcieli zmusić mnie do podpisania współpracy z SB, szantażując więzieniem za udział w zamieszkach". W siedzibie Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych pokazano mi fotografie, na których bez trudu rozpoznałem siebie, rzucającego kamieniami w samochód ZOMO. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że w istocie chodzi tu o szantaż mający zmusić mnie do zdrady. Fotografie, dokumenty ze szpitala i ewentualne zeznania funkcjonariuszy byłyby dla komunistycznego sądu wystarczającym dowodem, pozwalającym skazać mnie za tzw. ''czynną napaść na funkcjonariuszy MO". W odpowiedzi na natarczywe pytania SB-ków, czy rozpoznaję siebie na zdjęciu i czy byłem ranny w czasie zamieszek, odpowiadałem uparcie, że nic nie pamiętam, a fotografia jest zbyt niewyraźna. Po dwóch może trzech godzinach takich przekomarzań, ku memu zdumieniu funkcjonariusze, jakby czytając w moich myślach zaczęli przekonywać, że owszem zależy im bardzo na tym abym potwierdził, że 31 sierpnia zostałem przejechany przez samochód ZOMO, ale wcale nie po to abym został pociągnięty do odpowiedzialności za udział w zamieszkach. Natomiast jaki mają w tym cel - na razie nie mogą mi tego ujawnić, a sprawa jest bardzo nietypowa i wręcz ''wagi państwowej". Moja ciekawość i niepokój sięgały zenitu, a moje poprzednie przypuszczenia były zupełnie pozbawione logiki. Wszak gdyby faktycznie zamierzali wytoczyć mi sprawę o udział w demonstracji, to moje zeznania lub ich brak nie miałyby dla nich żadnego znaczenia. A gdyby chcieli nakłonić mnie do współpracy z SB, to raczej chwaliliby się jakimi to niezbitymi dowodami dysponują przeciwko mnie i dawno by mi przedstawili alternatywę: albo więzienie, albo współpraca. Poza tym, wypytywaliby mnie o działalność w podziemiu, a oni zachowywali się tak, jakby w ogóle nie przypuszczali, że prowadzę taką działalność. Byłem totalnie zdezorientowany, zagubiony i zaskoczony tą niejasną, dziwną i nieznaną mi dotąd sytuacją. Byłem przygotowany na zupełnie inne okoliczności i nie wiedziałem jak się zachować. Postanowiłem więc rozwikłać tę tajemniczą zagadkę i rozładować napięcie wytworzone przez przebiegłych funkcjonariuszy SB. Przyznałem w końcu, że owszem to ja jestem na zaprezentowanych mi fotografiach. Jakże później żałowałem, że uległem chęci rozładowania atmosfery niepewności, że z taką łatwością dałem się zmanipulować SB-kom. Dalsze wydarzenia potoczyły się szybko i sprawnie, bez chwili na zastanowienie. Zażądano, abym swoje przeżycia z demonstracji poświadczył na piśmie, a wszystkiego się dowiem i przekonam, że nic mi nie grozi. Oświadczyli, że stałem się ''ofiarą paskudnego paszkwilu na Zachodzie", rzucając mi przed oczy gazetę Paris Match z olbrzymim tytułem na pierwszej stronie ''La Morte Pologne Gawroche" i kadrami z filmu rejestrującego jak rzucam kamieniami w pojazd ZOMO i jak padam pod kołami kolejnej milicyjnej ciężarówki. Wprowadzono mnie pośpiesznie do innego pokoju, nie uprzedzając o niczym i nie pytając mnie o zdanie. Tam już czekali: wyraźnie znudzona i popijająca ''z gwinta" PRL-owskie tanie wino ekipa dziennika telewizyjnego, z redaktorem Markiem Barańskim na czele, rzecznik prasowy KG MO płk Lipiński, dwóch umundurowanych funkcjonariuszy MO i przywieziony przez SB-ków podobnie jak ja, lekarz pogotowia ratunkowego. Operator kamery z cynicznym uśmieszkiem wyciągnął do mnie rękę z butelką cuchnącego wina. Odwróciłem głowę z niesmakiem i chwilę potem komunistyczna machina propagandy poszła w ruch. Na początek, zgrywający ''inteligenta" red. Barański wydukał parę zdań tytułem wprowadzenia. Przedstawił najpierw mnie, później lekarza, a na końcu milicjantów - jadących podobno 31 sierpnia ową nieszczęsną ciężarówką. Potem zadał kilka pytań mnie, kilka lekarzowi i wreszcie seria pytań naprowadzających na jedynie słuszne odpowiedzi, do milicjantów. Opowiedziałem w kilku zdaniach o moich przeżyciach z manifestacji. Lekarz zrelacjonował diagnozę medyczną i przebieg leczenia. Milicjanci natomiast, nieporadnie wyrazili swoje zaskoczenie informacją, że kogoś przejechali. Potem długo zapewniali z jaką to wnikliwą ostrożnością, w czasie demonstracji 31 sierpnia 1982, jeździli po ulicach Wrocławia. Jak to się starali nikogo nie przejechać, a lecący na nich grad kamieni uniemożliwiał im widoczność. Nakręcony materiał po ''obróbce" ukazał się w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Spektakl na ten temat dla dziennikarzy zachodnich, zaprezentował także rzecznik rządu Jerzy Urban, na konferencji prasowej. Komuniści triumfowali, a mnie nie pozostało nic innego, jak powiedzieć sobie: ''jeden zero dla SB" i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Doświadczenie to nauczyło mnie, że w kontaktach z funkcjonariuszami SB i MO, jedyną racjonalną postawą jest milczenie, opór i cierpliwość, bez względu na okoliczności. Historia ta uświadomiła mi też, że na działania SB muszę być przygotowany każdego dnia, że ich atak pojawia się zazwyczaj znienacka i w nieodpowiedniej chwili. Po paru dniach spotkałem się z kolegami z opozycji i zrelacjonowałem im w szczegółach tę moją pierwszą potyczkę z SB. Zgadzali się oni ze mną, że ''dałem się wpuścić w maliny". Ale też usłyszałem słowa otuchy: ''teraz możesz spokojnie drukować bibułę, chodzić na zadymy, a oni ci nic nie zrobią - z obawy przed opinią publiczną na Zachodzie". ''Ta historia, na parę lat może być dla ciebie parasolem ochronnym" - dywagowali koledzy. Po kilku latach, słowa moich kolegów okazały się prorocze. Zdobyte zaś przeze mnie doświadczenie, pozwoliło mi stanąć na wysokości zadania w kolejnym starciu z komunistyczną bezpieką. W 1987 r aresztowano mnie pod zarzutem przynależności do Solidarności Walczącej, druku i kolportażu nielegalnych wydawnictw oraz współdziałania z Bogdanem Makarskim, wobec którego SB usiłowała sfingować proces o podłożenie ładunku wybuchowego w budynku KW PZPR w Gdyni. W czasie aresztowania funkcjonariusze SB przeprowadzili rewizję w moim miejscu zamieszkania i zarekwirowali kilkadziesiąt książek drugiego obiegu i kolekcję prasy podziemnej. Zatrzymano również mojego brata - Mirosława Hyka. Zatrzymano nas wówczas bez nakazu prokuratorskiego, ani żadnego protokołu z rewizji i przesłuchania. Wszystkie działania SB były nieformalne i bezpodstawne, nawet z punktu widzenia ówczesnego PRL-owskiego prawa. Przesłuchanie w WUSW przy pl. Muzealnym we Wrocławiu trwało około 10 godz. W czasie przesłuchania grożono mi kilkunastoletnim więzieniem, biciem i ''zmiękczaniem" poprzez przykucie do kaloryfera na 7 dni bez jedzenia i picia. Stosowano wobec mnie terror psychiczny poprzez nagłe markowanie ciosów pięścią w twarz oraz kopanie krzesła na którym siedziałem, tak abym uderzał klatką piersiową o kant stołu. Czynności te powtarzano wielokrotnie, za każdym razem gdy w odpowiedzi na pytania SB-ków milczałem lub gdy oznajmiałem, że odmawiam zeznań. Na stole, na wprost mnie ustawiono fotografię Bogdana Makarskiego, na którą funkcjonariusze wskazywali palcem wykrzykując: cyt. ''chyba cię pojebało, za tego chuja pójdziesz siedzieć aż do emerytury. Ty popierdolony fanatyku, jak wyjdziesz to już nikt nie będzie pamiętał o twoim bohaterstwie. Jeśli w ogóle przeżyjesz więzienie, bo nie myśl że będziesz robił za politycznego. Kryminalni zajebią cię na śmierć, oni lubią takich jak ty". Bez przerwy przekonywali mnie, że jestem jedynym ''upartym", bo pozostali od razu zaczęli śpiewać, gdy się dowiedzieli o jaką poważną sprawę tutaj chodzi. Gdy na chwilę zostawiali mnie w pokoju samego, dochodziły do mnie ledwo słyszalne odgłosy bitego człowieka zza ściany. Byłem wówczas przekonany, że słyszę krzyki Bogdana Makarskiego. Doprawdy nie wiem, czy tak mi się tylko wydawało pod wpływem ogromnego stresu, czy też odgłosy te sfingowano, aby mnie złamać. Po paru godzinach takiego przesłuchania byłem w kiepskim stanie psychicznym i fizycznym. Nie pozwolili mi skorzystać z toalety, wołali: ''lej w majtki, będziesz ścierał podłogę". Miałem pełny pęcherz i czułem silny ból podbrzusza, ale zawziąłem się na nich i postanowiłem, że nie pozwolę się upokorzyć, choćby mi miał pęknąć pęcherz. Makarskiego nie bito w czasie przesłuchania, jak to zrelacjonował po wyjściu z więzienia. W przesłuchaniu brało udział kilkunastu funkcjonariuszy, po kilku na zmianę, którym dowodził SB-ek przedstawiający się jako kpt. Jankowski. Po wielu godzinach przesłuchania, SB-cy wyszli nagle z pokoju, a po pół godzinie wrócili, wyrażając swoje zaskoczenie, że złapali ''taką gwiazdę, tego słynnego wrocławskiego gawrosza, który rzuca się pod samochody ZOMO", a kpt. Jankowski nakazał mnie wyprowadzić. Byłem pewny, że prowadzą mnie ''na dołek". Ku memu zaskoczeniu, jakimś bocznym wyjściem wypuścili mnie na wolność. Po wyjściu z siedziby WUSW spotkałem mojego brata. Okazało się, że SB-cy prawdopodobnie nie skojarzyli mnie z ''wrocławskim gawroszem" przejechanym na manifestacji 31 sierpnia 1982 roku. Dowiedzieli się o tym od mojego brata. Albo też udawali tylko swoje zaskoczenie. Aresztowano wówczas, albo zatrzymano na przesłuchanie, chyba kilkadziesiąt, w większości nieznanych mi osób. Wszystkich wypuszczono poza Bogdanem Makarskim. Jego zwolniono po miesiącu, na skutek amnestii. SB-kom nie udało się nikogo zmusić do składania zeznań przeciwko Makarskiemu, więc postawiono mu zarzut przestępstwa skarbowego, polegającego na ''nielegalnym handlu pamiątkami po byłej Solidarności". Pomysłodawcą takiego zarzutu był, wg relacji pani adw. dr Aranki Kiszyny, prok. Andrzej Kaucz. Ładunek wybuchowy faktycznie eksplodował w budynku KW PZPR w Gdyni, nie wyrządzając przy tym istotnych szkód. Nie trudno się domyśleć, że prawdopodobnie podłożyli go funkcjonariusze SB. Byłem też wielokrotnie zatrzymywany w czasie happeningów Pomarańczowej Alternatywy i manifestacji ulicznych. W tym, w czasie wizyty Papieża we Wrocławiu, kiedy SB-cy zrobili mi ''sesję zdjęciową" z transparentem SW, który nieśliśmy już wychodząc z kościoła przy ul. Bujwida. Transparent trafił na spotkanie z Papieżem, a ja do aresztu w Komendzie MO przy ul. Jaworowej i przed Kolegium ds. Wykroczeń. Zatrzymano mnie również w Gdańsku w 1987 r., nazajutrz po kolejnej wizycie Papieża. Na prośbę ks. Stanisława Orzechowskiego miałem wówczas czuwać nad bezpieczeństwem Krystyny Frasyniuk, która była wtedy w mocno zaawansowanej ciąży. Po mszy na Zaspie wzięliśmy udział w manifestacji, odwiedziliśmy Lecha Wałęsę i nocowaliśmy u Mariusza Wilka. To oczywiście musiało wzbudzić w miejscowych SB-kach zainteresowanie moją osobą. Nazajutrz, gdy spacerowałem z kolegami po Gdańskiej Starówce, zatrzymano nas i zamknięto w areszcie KMMO Stare Miasto. Gdy odmówiłem podania miejsca mojego noclegu, funkcjonariusz SB uderzył mnie pięścią w twarz. Oddzielono mnie od kolegów i zamknięto w osobnej celi. Po kilku godzinach przyjechał młody i elegancki oficer SB z WUSW w Gdańsku, który rozkazał oddać nam dokumenty i natychmiast nas wypuścić. Wyjaśnił nam, że bardzo zależy im teraz na tym, aby nie wywoływać zatargów z Kościołem i dlatego zwraca się szczególnie do mnie, abym przyjął jego przeprosiny w imieniu WUSW w Gdańsku i puścił w niepamięć ten przykry incydent i abym, jak się wyraził: ''nie robił afery z czegoś co dla zawodowca takiego jak Pan to drobiazg, a dla nas teraz to każde takie głupstwo może przeszkadzać w tym co waży o losach kraju". Od czasu sprawy Makarskiego nie doznałem jakiś szczególnych represji ze strony SB i MO, poza podobnymi ''drobiazgami", a większość moich krótkich pobytów w aresztach wspominam mile (w ''dołku" zazwyczaj była świetna atmosfera, a ze złodziejami zamknęli mnie tylko raz i też nie było najgorzej). Poddawano mnie jedynie inwigilacji. Pod moim domem od czasu do czasu ''dyżurowali" SB-cy, którzy śledzili mnie nie kryjąc się z tym specjalnie. Raz zaczepili mojego kolegę Witolda Terendę, którego zaraz po spotkaniu ze mną, wciągnęli siłą do bramy i wypytywali o czym rozmawialiśmy i co takiego ode mnie dostał i gdzie ''to coś" schował. Działalność opozycyjną kontynuowałem nieprzerwanie do 1989 roku. Czynny udział w wydarzeniach tamtych lat pozwolił mi zawiązać wiele autentycznych przyjaźni, które przetrwały do dzisiaj. Zdobyłem również cenny zakres wiedzy historycznej, politycznej i społeczno-gospodarczej, której nie można było wtedy znaleźć w szkołach, bibliotekach i oficjalnych publikacjach. Ukształtowały się wówczas moje poglądy, charakter i stosunek do otaczającej nas rzeczywistości. Szeroki dostęp do publikacji drugiego obiegu, pozwolił mi poznać różnorodne nurty polityczne i dokonać świadomego wyboru swoich przekonań politycznych. Poglądów tych nie zmieniłem do dzisiaj. Wiążą się one z nurtem konserwatywno-liberalnym, zakładającym umiarkowany konserwatyzm światopoglądowy i jak najdalej posunięty liberalizm gospodarczy.

Rycerze Okrągłego Stołu

Symptomy przyszłego kompromisu Solidarności z komunistycznym reżimem docierały do nas już pod koniec 1986 roku. Rozpoczął się wtedy okres pogłębiających się różnic i ostrych polemik wewnątrz wyraźnie już podzielonej, skłóconej i infiltrowanej przez Służbę Bezpieczeństwa opozycji. Solidarność Walcząca artykułowała swój sprzeciw wobec jakichkolwiek rozmów opozycji z komunistami chyba najwyraźniej i z największą konsekwencją. Ale jednocześnie było to ugrupowanie przejawiające największą otwartość względem innych organizacji opozycyjnych i niepodległościowych, w tym również wobec Solidarności pod wodzą Lecha Wałęsy. Otwartość ta, szczególnie w przypadku ówczesnych liderów NSZZ Solidarność, nie znalazła bynajmniej odwzajemnienia. Pod koniec lat osiemdziesiątych nasza organizacja stała się obiektem coraz ostrzejszych ataków, zarówno ze strony władz komunistycznych, jak i socjalistycznych liderów Solidarności. Służba Bezpieczeństwa wyraźnie uaktywniła swoją działalność operacyjną skierowaną przeciwko Solidarności Walczącej. Liczne aresztowania członków naszej organizacji oraz propagandowe akcje SB zwieńczone zostały najpoważniejszym ciosem wymierzonym w Solidarność Walczącą, jakim było aresztowanie, a następnie podstępne wydalenie z kraju naszego przywódcy Kornela Morawieckiego. Równolegle postępowały działania niektórych liderów Solidarności, coraz skuteczniej umniejszające rolę Solidarności Walczącej w środowiskach opozycyjnych i jej siłę oddziaływania na opinię publiczną zarówno w kraju, jak i zagranicą. Prezentowano nas fałszywie jako fanatycznych i mało postępowych antykomunistów, ślepo zmierzających do konfrontacji, a nawet do wojny domowej. We Wrocławiu - kolebce Solidarności Walczącej - chyba największą aktywnością w tej materii wykazała się długoletnia „doradca” Władysława Frasyniuka Barbara Labuda. Znamienne jest, że Barbara Labuda nadal z uporem maniaka przedstawia Solidarność Walczącą jako organizację zwolenników walki zbrojnej. W tej atmosferze nagonki na ludzi zdecydowanie odrzucających PRL przyszło nam borykać się z wdrażaną właśnie w życie koncepcją Okrągłego Stołu. Nasze pierwsze reakcje były różne: od oskarżeń o zdradę, po chęć aktywnego poparcia. Przeważały jednak opinie zdroworozsądkowe, że tej machiny już nie zatrzymamy, ale nasz radykalizm będzie wzmacniał pozycję negocjacyjną strony solidarnościowej. Osobiście na rozmowy Okrągłego Stołu patrzyłem wówczas z wielkim dystansem i niepewnością. Pomimo uzasadnionych powodów do frustracji nie kierowały mną jednak uprzedzenia. Poczynania liderów Solidarności: Wałęsy, Frasyniuka, Geremka, Michnika względem Solidarności Walczącej oceniałem surowo, ale też nie odrzucałem pochopnie ich koncepcji „małych kroków”, której ukoronowaniem był Okrągły Stół. Uważałem wówczas, że żadna jednoznaczna ocena tego wydarzenia nie może być obiektywna. Okrągły Stół nosił wszak w sobie zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki. Skutkiem pozytywnym było niewątpliwie odzyskanie przez Polskę niepodległości i uruchomienie lawiny, która zmiotła komunizm z mapy Europy. Trudno też pominąć rolę Okrągłego Stołu w przystąpieniu Polski do NATO i Unii Europejskiej. Źródłem negatywnych aspektów Okrągłego Stołu były m.in.: nadmierna skłonność Solidarności do ustępstw, infiltracja struktur opozycji przez SB, uprzedzenia i osobiste animozje przedstawicieli Solidarności względem działaczy innych organizacji opozycyjnych, niska reprezentatywność polityczna strony solidarnościowej - przeważająca większość przedstawicieli była lewicowymi działaczami opozycji. Negatywne skutki porozumienia Okrągłego Stołu ujawniły się dość szybko w wolnej Polsce.

Wolna Polska

Ogromnie mnie ucieszyła, ale byłem też zawiedziony. Widziałem ochronę ludzi dawnego systemu i kontynuację wielu tamtejszych praktyk. Nie akceptowałem tego. Obawiałem się, że Polska w pełni nie przekształci się w kraj należący do świata zachodniego, że będzie ciągnąć za sobą PRL. Obawy te pogłębiały przede wszystkim wyraźnie już ukształtowane i dominujące trendy polityczne. Ludzie opowiadający się za zmianami szybkimi i radykalnymi zepchnięci zostali na margines życia społecznego. Wciąż dominowała koncepcja „długiego marszu” oraz nader powściągliwych reform gospodarczych i społecznych. Wszelkie, nieliczne wówczas, wołania o zdecydowane zerwanie z dziedzictwem PRL-u były nie tylko głosem rzuconym w próżnię, ale stawały się też obiektem skutecznych ataków podporządkowanych już nowej doktrynie politycznej postkomunistycznych mediów. Wizja Polski zawarta w dwóch słowach - demokracja i kapitalizm, ustąpić musiała nowej doktrynie politycznej zwanej transformacją ustrojową. Koncepcja ta w pewnym sensie nawiązywała do dawnej strategii Solidarności polegającej na rezygnacji z celów dalekosiężnych na rzecz osiągania celów minimalistycznych, ale realnych w danej rzeczywistości. Strategia ta, słuszna poniekąd w okresie niewoli, okazała się zgubna w warunkach odzyskanej niepodległości. Na skutek tego ówcześni kreatorzy przemian nie nakreślili jasnej wizji przyszłości Polski, licząc na długotrwały kredyt zaufania społecznego zdobyty dzięki zasługom na rzecz wolności i niepodległości oraz na podtrzymanie tego zaufania poprzez propagandę medialną. Przeprowadzane wówczas reformy okazały się powierzchowne, chaotyczne lub wybiórczo traktujące odziedziczone po komunizmie dziedziny życia społecznego i gospodarczego. Sytuacja ta dzięki niezadowoleniu społecznemu wytworzyła podatny grunt dla rozwoju nowych, często destrukcyjnych lub irracjonalnych sił politycznych, wyrosłych zarówno z dawnych środowisk komunistycznego establishmentu, jak i dawnej, radykalnej opozycji antykomunistycznej. Po stronie postkomunistycznej rosły w siłę dwa zasadnicze nurty antyreformatorskie - szybko rozwijający się nurt socliberalny i raczkujący jeszcze nurt populistyczny. Po stronie postsolidarnościowej zaś, obok dotychczasowego obozu okrągłostołowego, powstawać zaczęły różnorodne nurty quasi-prawicowe, eksponujące patriotyzm, chrześcijańskie wartości, interesy narodowe i ludową retorykę, przy jednoczesnej woli zachowania etatystycznych i socjalistycznych rozwiązań systemowych w gospodarce, a niekiedy opowiadające się wręcz za autorytaryzmem. Tym sposobem ukształtowała się w Polsce niezwykle chwiejna i jałowa scena polityczna, sprzeczna z demokratycznymi i wolnorynkowymi aspiracjami Polaków. Procesom tym towarzyszyło utrwalenie wielu negatywnych zjawisk w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym, takich jak: rozmycie odpowiedzialności za komunizm, nadmierna redystrybucja dochodu narodowego, bezrobocie, biurokracja, korupcja, nepotyzm, przestępczość zorganizowana oraz osłabienie zasad etycznych w rywalizacji gospodarczej i politycznej. Ujawniły się słabość i miałkość nadmiernie rozbudowanych i skostniałych, często odziedziczonych po PRL, struktur państwa. Kompromitacją okazała się również znaczna część kompozycji prawnej naszego kraju, z konstytucją na czele. Destrukcyjna ordynacja wyborcza doprowadziła z kolei do niebotycznego upartyjnienia państwa, osłabiając morale służby publicznej i demokratyczne instrumenty sprawowania władzy. W efekcie tego Polska, która rozpoczęła dekompozycję systemu komunistycznego w Europie, dość szybko spadła z pozycji lidera państw wychodzących z komunizmu. Ustąpiła ona miejsca takim krajom, jak: Estonia, Słowacja i Czechy. Państwom, które po odzyskaniu niepodległości zdecydowały się na znacznie odważniejsze, szersze i szybsze reformy społeczno-gospodarcze, niż miało to, i ma do tej pory, miejsce w Polsce. Najpoważniejszym natomiast skutkiem negatywnym nakreślonej przeze mnie w uproszczeniu drogi przyjętej przez III Rzeczpospolitą jest długotrwałe zdyskredytowanie w oczach wielu wyborców i polityków liberalnych reform gospodarczych. Reform, których brak może na długo przesądzić o spowolnionym tempie rozwoju naszego kraju również i w IV Rzeczypospolitej. Rzeczypospolitej, o której nie chcielibyśmy znowu mówić: „A mogło być tak pięknie!”.

 

 

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl