| A A A |
<
 
>  

Stefan Olzacki

Rocznik 1930

Sołtysem we wsi był szewc Lechman, stary Mazur. Wszyscy mówili na niego Lejman. Razem z sołtysem mieszkała jego córka, której mąż Pawelsky zginął na froncie wschodnim, i dwójka wnuków: Horst i Brunhilda. Lejman pełnił również funkcję przewodniczącego komitetu rodzicielskiego dlatego jako nowy kierownik szkoły byłem jego częstym gościem. Kiedyś wieczorem, już po kieliszku albo i dwóch nachylił się do mnie i powiedział:
- My chcieli Polski, ale nie takiej.

Ziemia odzyskana
Upłynęło ponad 60 lat od czasu zasiedlenia przez Polaków terenów poniemieckich sięgających do Odry i Nysy oraz Prus Wschodnich przyznanych Polsce przez Wielką Trójkę w Poczdamie w roku 1945. Na ziemie zachodnie i północne ruszyły z całej Polski kolumny osadników, a wraz z nimi bandy szabrowników rabujących majątki pozostawione przez uciekających i wysiedlanych Niemców. Zagospodarowanie obszarów uzyskanych w wyniku II wojny stało się dla nowej władzy jednym z najważniejszych zadań. Miało bowiem nie tylko znaczenie ekonomiczne, ale przede wszystkim propagandowe. Oto bowiem po wielu stuleciach wracaliśmy na stare słowiańskie ziemie, Ziemie Odzyskane.
W listopadzie 1945 roku zostało powołane Ministerstwo Ziem Odzyskanych z Władysławem Gomułką na czele. Głównym zadaniem ministerstwa było zorganizowanie akcji przesiedleńczej, ukrócenie szabrownictwa – także tego uprawianego przez Rosjan – oraz koordynowanie wysiedlania ludności niemieckiej rozpoczętego w styczniu 1946 roku.
Również mieszkańcy powiatu makowskiego, który wyjątkowo ucierpiał w wyniku działań wojennych, ruszyli na Ziemie Odzyskane, głównie na północ: Warmię i Mazury. Akcja przesiedleńcza była szeroko propagowana w powiecie, chętnych do wyjazdu nie brakowało. Początkowo ludzie wyjeżdżali na własną rękę. Sami wyszukiwali sobie gospodarstwa i tam się osiedlali. W maju 1945 roku powstał Powiatowy Komitet Przesiedleńczy, którego zadaniem było zaprowadzenie ładu w tych chaotycznych migracjach. Na ziemie północne zostali wysłani zwiadowcy wyszukujący dogodne do zasiedlenia tereny. W tym samym roku zorganizowano pierwszy transport osadników z przewodnikami. Miejscem zbiórki był Krasnosielc – tu zgromadziły się wszystkie rodziny, które zdecydowały się na przesiedlenie. W dalszą drogę osadnicy ruszyli w kolumnie, pożegnał ich wójt gminy Krasnosielc Przybyszewski. Tak zorganizowany wyjazd odbył się tylko raz. Później mieszkańcy wyjeżdżali indywidualnie. Do końca roku 1946 na Ziemie Odzyskane przeniosło się z terenu powiatu makowskiego około szesnastu tysięcy ludzi. Część z nich powróciła na dawne miejsca, nie potrafiąc przystosować się do nowych warunków.

Na progu nowego świata
Mieszkałem w Rakach, wsi w powiecie makowskim. Nie byłem osadnikiem. Na Ziemie Odzyskane zagnał mnie głód wiedzy i chęć zdobycia wykształcenia. Gdy skończyła się wojna, miałem niecałe piętnaście lat i ukończone dwie klasy szkoły powszechnej. W czasie wojny uczęszczałem na tajne nauczanie prowadzone przez panią Polcię – Apolonię Bednarowską. Dzięki temu kiedy tylko uruchomiono szkołę w Rakach, w lutym 1945 roku zdałem pomyślnie egzamin do klasy V, do połowy sierpnia tego roku ukończyłem klasę VI. W klasie VII przeniosłem się do szkoły w Drążdżewie, ponieważ uczono tu języka rosyjskiego, a w Rakach wykładano tylko język polski. 11 stycznia 1946 roku byłem już uczniem Gimnazjum Rolniczego w Szczytnie. Powstało ono w styczniu 1946 roku. Nauka trwała trzy lata i kończyła się tzw. małą maturą. Jak podawało ówczesne „Życie Olsztyńskie”, szkoła powstawała z niczego: brak było budynków, mebli, pomocy szkolnych. Miejscowe władze i społeczeństwo odnosiły się z dużą obojętnością do tworzącego się gimnazjum. Mimo tych przeciwności szkoła powstała i rozpoczęła działalność. Informacje o naborze rozesłano do wielu miejscowości, jedno z tych pism dotarło do Krasnosielca. Wójtem był wtedy Szewczak z Drążdżewa, który miał dwóch synów Mirosława i Stanisława uczęszczających do tutejszej szkoły. Wójt postanowił wysłać synów na nauki do Szczytna. Do wyjazdu namówił też Jurka Olzackiego, mnie oraz Jana Walendziaka. W przededniu wyjazdu cały swój dobytek zapakowałem do drewnianej walizki pozostawionej u nas w domu przez któregoś z uciekających Niemców. Matka zawiązała do tobołka pierzynę i poduszkę, gdzieś na dnie spoczywała flaszka wódki, ot tak, na wszelki wypadek.
Wyruszyliśmy 10 stycznia 1946 roku o trzeciej nad ranem wozem na żelaznych kołach zaprzężonym w dwa konie. Powoził stryj Wacław Olzacki, ojciec Jurka. Byliśmy podekscytowani. Dla nas podróż do odległego o blisko 100 kilometrów Szczytna była niczym wyprawa na biegun północny, tak samo długa i uciążliwa. Na szczęście pogoda nam sprzyjała, mróz był niewielki, a drogi przejezdne. Przed południem dotarliśmy do Chorzel, ktoś pokazał nam rów graniczny pomiędzy Polską i byłymi Prusami Wschodnimi. Gdy go minęliśmy, wkroczyliśmy do nowego świata. Brukowana dotychczas droga przeszła w asfalt, drewniane chałupy zniknęły. Domy były murowane, z czerwonej cegły, pokryte dachówką. Powiało obcością. Za Opaleńcem skręciliśmy do wioski Piwnice i zrobiliśmy sobie przerwę w podróży. Zapukaliśmy do pierwszej napotkanej chałupy. Drzwi otworzyła Mazurka, całkiem dobrą polszczyzną zaprosiła nas do środka. Była miła, gościnna, zagotowała wodę, zrobiła gorącą herbatę. Powyciągaliśmy swoje zapasy i pokrzepialiśmy się przed dalszą drogą. Rozmawialiśmy na różne tematy, kiedy jednak zaczęliśmy o polityce i wysiedlaniu ludności pochodzenia niemieckiego, rozżalona kobieta wykrzyknęła:
– Jesce nam słonecko zaświci.
Zapamiętałem te słowa na całe życie.
Od Wielbraka można było próbować dostać się do Szczytna koleją, ale Rosjanie rozebrali i wywieźli tory, i kolej nie chodziła. Ruszyliśmy więc dalej furmanką.

Szczytno, ówczesna ul. Stalina (obecnie Odrodzenia), 1946 r., fot. Henryk Hermanowicz


Na miejsce dotarliśmy długo po zmroku, odnaleźliśmy ulicę Polną, przy której mieściła się szkoła oraz internat, szybko zakwaterowaliśmy się i zmęczeni poszliśmy spać. Następnego dnia stryj z samego rana ruszył w drogę powrotną, a my udaliśmy się na zwiedzanie szkoły i miasta. Usytuowana była blisko torów kolejowych, naprzeciwko znajdował się tartak i młyn, a dalej stacja PKP. Budynek był dwupiętrowy, murowany, z czerwonej cegły, z ozdobnymi gzymsami. Na parterze mieściły się dwie sale lekcyjne, kuchnia, stołówka i świetlica. Na pierwszym piętrze mieszkał wychowawca pan Krukowski z żoną, a na drugim znajdował się internat: cztery pokoje z czterema lub pięcioma łóżkami. Wszystko jednak było mocno zniszczone.
Do szkoły należały również: obora, stodoła, kawałek pola, ogród warzywny i sad, a także narzędzia i inwentarz. Było to przecież gimnazjum rolnicze. Wyglądało na to, że na potrzeby edukacyjne zaadoptowane zostało jakieś poniemieckie gospodarstwo, i to niegdyś bardzo zamożne. Na wiosnę podczas kopania zagonów w warzywniaku jedna z łopat stuknęła o coś metalowego. Zamarliśmy ze strachu, bo pomyśleliśmy, że to jakaś zagubiona bomba lub mina. Ostrożnie odgarnęliśmy ziemię i naszym oczom ukazała się wielka metalowa skrzynia. Wyciągnęliśmy ją i otworzyliśmy. Wypełniona była piękną elegancką porcelaną. Zanieśliśmy skarb do wychowawcy i więcej już nie słyszeliśmy o naszym znalezisku.
W styczniu oprócz chłopców z Raków i Drążdżewa było u nas jeszcze siedmiu innych chłopaków. Przez jakiś czas gimnazjum liczyło więc tylko 12 uczniów i 5 pedagogów, razem z dyrektorem i nauczycielem matematyki Stanisławem Jurewiczem. Dopiero później zaczęli przybywać nowi chłopcy i do końca roku klasa liczyła 22 uczniów. Warunki w budynku były fatalne. Brakowało ogrzewania i bieżącej wody. Mycie niezależnie od pory roku odbywało się pod pompą znajdującą się na środku podwórka. Za potrzebą ganiało się do wygódki za oborą. Całe miasto również robiło nieprzyjemne wrażenie – było zrujnowane, obce i nieprzyjazne. Po kilku dniach pobytu, oderwani od rodzinnych domów, chcieliśmy uciekać. Tyle tylko że nie mieliśmy czym wrócić. Kolej nie działała, komunikacja autobusowa w ogóle nie funkcjonowała. Więc zostaliśmy, niektórzy z nas, tak jak Jurek Olzacki i Jan Walendziak, już na stałe.

Mycie pod pompą, lipiec 1946 r.

Pierwsi maturzyści
Powoli przystosowywaliśmy się do nowych warunków. Drewno do ogrzewania wyciągaliśmy z tartaku, zrobiliśmy w płocie dziurę i zakradaliśmy się tam co kilka dni. Pewnego dnia zaprzęgliśmy konie do furmanki i objechaliśmy opuszczone poniemieckie biura. Dzięki temu w internackich pokojach pojawiły się solidne drewniane szafy. Czuliśmy się coraz swobodniej. Kiedyś na obiad dostaliśmy całe śledzie, tłuste i smaczne. Objedliśmy ryby i zaczęliśmy rzucać się łbami – to była świetna zabawa. Jednak wychowawca pan Krukowski nie zrozumiał naszego poczucia humoru. Za karę nie dostaliśmy kolacji i musieliśmy siedzieć w świetlicy nad książkami do dziesiątej wieczorem.

Uczniowie gimnazjum z nauczycielami w lipcu 1946 roku. Nauczyciele od lewej: Matuszewski – biolog i nauczyciel przedmiotów zawodowych, Tuszyńska – nauczycielka języka francuskiego, późniejsza dyrektorka gimnazjum, Jurewicz -dyrektor szkoły i Krukowski – humanista.

Kiedy przywrócono komunikację kolejową, wybraliśmy się w odwiedziny do domu. Czasy były ciągle niespokojne, toteż do pociągu doczepiono dwa wagony pełne uzbrojonego wojska. Mieliśmy wysiąść w Jastrzębce, ale pociąg nie zatrzymywał się tam. Umówiliśmy się więc, że w Jastrząbce wyskoczymy w biegu. Tak zrobiliśmy – na szczęście nikomu nic się nie stało. Do domów dotarliśmy na piechotę.
Nauka w gimnazjum przebiegała szybko. W ciągu półtora roku ukończyliśmy trzy klasy. W połowie lipca 1947 roku byliśmy pierwszymi maturzystami na całych Mazurach – zdobyliśmy tak zwaną małą maturę. Świeżo upieczeni maturzyści mogli w tamtych czasach zajmować stanowiska instruktorskie lub kształcić się w liceach zawodowych. Bracia Szewczakowie, Jurek Olzacki i Janek Walendziak wyjechali do Kętrzyna i wstąpili do liceum spółdzielczego. Wahałem się, czy pójść za kolegami, czy zostać na miejscu. Ostatecznie wybrałem dalszą naukę w Państwowym Liceum Pedagogicznym w Szczytnie. Wtedy nasze drogi rozeszły się już na zawsze. Gimnazjum Rolnicze funkcjonowało do lat pięćdziesiątych XX wieku. Później w całym budynku urządzono duże przedszkole, które znajduje się tu do chwili obecnej. Wychowankami tego przedszkola była trójka wnuków Jurka Olzackiego, absolwenta dawnego gimnazjum.

Teatr
Państwowe Liceum Pedagogiczne powstało zaraz po zakończeniu wojny. Kiedy w roku 1947 wstępowałem w jego mury, trafiłem od razu do klasy trzeciej. Liceum mieściło się w dużym budynku nad samym jeziorem, tuż obok zamku. Była to stara przedwojenna szkoła. Na poddaszu znajdowała się piękna aula, w której odbywały się szkolne uroczystości i różne występy. (Kiedyś gościł tu nawet Chór Czejanda*). Oprócz liceum w gmachu mieściło się jeszcze gimnazjum koedukacyjne i czteroklasowa podstawowa szkoła ćwiczeń, w której licealiści odbywali praktyki zawodowe. Dyrektorem liceum i jednocześnie wychowawcą klasy trzeciej był magister Mysłowski. Języka polskiego uczył pan Korkozowicz. W latach siedemdziesiątych spotkałem pana Korkozowicza w Zakopanem, w jadalni ośrodka wczasowego ZNP. Długo wspominaliśmy szkolne lata w Szczytnie. W szkole działała grupa teatralna, dawaliśmy przedstawienia u siebie w auli dla wszystkich mieszkańców miasta. Jeździliśmy z występami do Pasymia, Dźwierzut i po okolicy – starą odkrytą ciężarówką. Występy wszędzie się podobały, pisała nawet o nich lokalna prasa. Tyle że w publikacjach podawano, że zamiast młodzieży licealnej występowała młodzież partyjna. Dyrektor Mysłowski poirytowany takimi manipulacjami zabronił dalszych wyjazdów. Największym naszym osiągnięciem był występ w olsztyńskim Teatrze im. Stanisława Jaracza podczas festiwalu Gody wiosenne. Licealiści ze Szczytna wystawili sztukę ludową „Swaty”.
Przez pół roku działało koło fotograficzne prowadzone przez samego Henryka Hermanowicza, jednego z najbardziej znanych polskich fotografów. Miał on swój zakład przy ul. Stalina (obecnie ul. Odrodzenia). Zajęcia odbywały się raz w tygodniu i były podzielone na część teoretyczną i praktyczną. Zdjęcia wykonywaliśmy w plenerze, były to widoki zamku. Fotografie wywoływał Hermanowicz w swoim laboratorium, potem wspólnie omawialiśmy je na zajęciach koła.

Wystawa Ziem Odzyskanych
Największym wydarzeniem w życiu szkoły był wyjazd do Wrocławia na wystawę Ziem Odzyskanych w lipcu 1948 roku. To dopiero była wyprawa. Po raz pierwszy wyjeżdżaliśmy tak daleko. Pojechali wszyscy uczniowie i nauczyciele. Szkoła zarezerwowała dla siebie cały wagon kolejowy. Najpierw dojechaliśmy do Olsztyna, dalej z przesiadkami do Wrocławia. Jechaliśmy całą noc. Wrocław przywitał nas stertami gruzów, porozkopywanymi ulicami i sterczącymi ruinami kamienic. Ale miasto tętniło życiem, z okazji wystawy zjechała tu chyba cała Polska. Tak przynajmniej nam się wydawało. Zakwaterowano nas w internacie którejś ze szkół. Warunki były niezłe, jedzenie dobre. Wystawa odbywała się w Hali Ludowej. Na jej zwiedzaniu spędzaliśmy całe dnie. Chodziliśmy też nad Odrę, wypoczywaliśmy, bawiliśmy się. Z całego pobytu we Wrocławiu najlepiej zapamiętałem samą halę i stojącą przed nią iglicę. I rzesze ludzi, wśród których przeważała młodzież tryskająca radością i entuzjazmem, śpiewająca i tańcząca na ulicach. A wystawa jak wystawa. I tak wiedzieliśmy, że nasza mazurska szkoła i my sami byliśmy częścią tego dorobku Ziem Odzyskanych. Pobyt trwał trzy dni, powrót był nie mniej ekscytujący niż sam wyjazd. Najzabawniejszy był postój w Olsztynie. Dworzec kolejowy zrujnowany. W pobliżu stała niewielka budka, w której można było kupić gorącą herbatę w blaszanych kubkach. Z tymi kubkami porozsiadaliśmy się na kamieniach i śmialiśmy się do rozpuku, nawet nie wiadomo z czego. Po prostu byliśmy młodzi i szczęśliwi. Cała wycieczka opłacona była z funduszy szkolnych.
W maju 1949 roku Państwowe Liceum Pedagogiczne ukończyło pierwszych 26 absolwentów, wśród nich i ja. Jedna osoba nie zdała matury. Komisji maturalnej przewodniczył wizytator Pietkiewicz. Obserwatorami byli: Karol Małłek, dyrektor Uniwersytetu Ludowego w Rudziskach oraz przedstawiciel ludu pracującego Jan Sielski, robotnik fabryki drzewnej.

Maturzyści Państwowego Liceum Pedagogicznego w Szczytnie w 1949 roku z dyrektorem Mysłowskim.

Dziewiętnastoletni dyrektor
W trakcie dwuletniej nauki otrzymywałem stypendium państwowe (w sumie 18,500 zł). W zamian za to zobowiązany byłem do odbycia służby nauczycielskiej na Warmii i Mazurach. Trafiłem do Faryn w gminie Rozogi jako kierownik tutejszej szkoły podstawowej. Miałem wtedy niespełna 19 lat, niektórzy uczniowie najstarszej klasy niemalże dorównywali mi wiekiem. Zanim znalazłem się w Farynach, odbyłem miesięczny staż na półkoloniach w Pasymiu razem z czterema innymi maturzystami. To były wyjątkowo udane wakacje. Pełniłem dodatkowo funkcję zaopatrzeniowca i w tej roli spisywałem się bardzo dobrze, bo jedzenie mieli naprawdę znakomite: mięso, kiełbasę, jajka, warzywa – prawdziwe rarytasy. Raz w tygodniu jeździłem do Szczytna, rozliczałem się z wydatków i pobierałem gotówkę na następny tydzień.
Po beztroskich wakacjach w Pasymiu Faryny napełniły mnie prawdziwym przerażeniem, podobnie jak niegdyś pierwsze dni na Ziemiach Odzyskanych. Był to daleki, obcy świat zagubiony w środku mazurskich lasów. Nikogo tu nie znałem i zupełnie nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. W wiosce nie było prądu, nawet jednego telefonu czy radia. Po przyjeździe zostałem pierwszym prenumeratorem gazet. Ale listonosz wcale nie był zadowolony z tego powodu, bo musiał prawie codziennie dowozić gazety rowerem z odległych o sześć kilometrów Rozóg. Nieraz wypomniał mi to. Komunikacja z Farynami była bardzo słaba. Nie kursowały autobusy, jedynie dwa razy dziennie kolejka wąskotorowa. Blisko połowę mieszkańców stanowili Mazurzy, niektórzy z nich byli dawnymi żołnierzami Wermachtu. Wieczorami rozbrzmiewały we wsi niemieckie pieśni. Drugą część stanowili osadnicy, przeważnie Kurpie spod Myszyńca –być może ze względu na stosunkowo łatwy dla nich dojazd, bo przechodząca przez Faryny wąskotorówka kursowała do Myszyńca. W szkole słychać było przedziwną mieszankę językową mazursko-kurpiowską. Ludność mazurska była wyznania ewangelickiego, swój zbór mieli w Rozogach. Polacy na niedzielną mszę udawali się do Pup (Spychowa), gdzie znajdowała się kaplica. Najbliższy kościół parafialny mieścił się w odległym o 20 kilometrów Klonie, ale Kurpie z Faryn śluby brali aż w Myszyńcu. Kaplica w Farynach zbudowana została wiele lat później, na ten cel przerobiono jedną z opuszczonych mazurskich chałup. Dzisiaj jest tu parafia. Na skraju wsi w lesie znajdował się przedwojenny cmentarz ewangelicki. W tamtych czasach Polacy jeszcze nie mieli tutaj swojego cmentarza, bo i pochówków było niewiele. A jeśli się już zdarzył, to osadnicy wywozili zmarłych na rodzinne cmentarze. Mazurzy byli wyjątkowo serdeczni i bardzo przyjaźnie odnosili się do przybyszów. Nie pamiętam, by za mojego pobytu zdarzały się tu zatargi na tle narodowościowym czy religijnym. Jednego razu byłem nawet poproszony na chrzciny do mazurskiego domu. Kiedyś zaczepiła mnie starsza Mazurka, dowiedziała się, że pochodzę z Mazowsza. Mąż jej zginął na froncie koło Pułtuska, więc wypytywała mnie, gdzie się znajduje i jak daleko jest od Faryn. Zdarzało się, że tutejsze dziewczyny wychodziły za mąż za polskich chłopców. Jednak kiedy przyszedł czas wysiedleń, zostawiły polskich mężów i domy, zabrały dzieci i wyjechały do Niemiec.

Stefan Olzacki (w środku) z dwoma autochtonami, Helmutem i Horstem. Faryny 1951 rok


Sołtysem we wsi był szewc Lechman, stary Mazur. Wszyscy mówili na niego Lejman. Razem z sołtysem mieszkała jego córka, której mąż Pawelsky zginął na froncie wschodnim, i dwójka wnuków: Horst i Brunhilda. Lejman pełnił również funkcję przewodniczącego komitetu rodzicielskiego dlatego jako nowy kierownik szkoły byłem jego częstym gościem. Kiedyś wieczorem, już po kieliszku albo i dwóch nachylił się do mnie i powiedział:
- My chcieli Polski, ale nie takiej.
Większość autochtonów myślała o tym, by jak najszybciej znaleźć się za Odrą, tu, na własnej ziemi, zaczęli czuć się obco. W roku 1950 razem z sołtysem chodziliśmy po wsi, zbierając podpisy pod Apelem Sztokholmskim nawołującym narody do pokoju. Lechman dokument podpisał, ale większość Mazurów nie chciała. By jednak dobrze wypaść przed władzą, sołtys sam podpisał się za pobratymców, ale powiedział, że za żonę nie podpisze. Dobrze było chodzić z sołtysem po mazurskich domach, bo zawsze czekał tam na nas jakiś poczęstunek. Tacy już byli ci Mazurzy, bardzo gościnni.
Szkoła w Farynach była stara, poniemiecka. Obok niej stał piękny dom nauczycielski, jednak tuż przed moim przyjazdem budynek ten spłonął. Zamieszkałem w wynajętym przez gminę pokoju. Za kwaterę płaciła gmina, posiłki opłacałem z własnej pensji. Oprócz mnie był jeszcze jeden nauczyciel pan Litwińczuk, starszy pan pochodzący zapewnie gdzieś z Kresów, bo śmiesznie zaciągał. Każdy z nas miał dwie klasy. Ja klasy pierwszą i trzecią, a Litwińczuk drugą i czwartą. Były to klasy łączone. Oprócz tego prowadziliśmy jeszcze kursy wieczorowe – jeden dla analfabetów i drugi repolonizacyjny dla mazurskiej młodzieży pozaszkolnej. Nowa władza przywiązywała dużą wagę do tych szkoleń i dobrze płaciła za ich prowadzenie. Zarobiłem wtedy kilka tysięcy złotych, co było poważną sumą. W roku 1951 przybyła do Faryn nowa nauczycielka pani Wolikowska. Była to prawdziwa światowa dama, żona przedwojennego dyplomaty. Nie wiadomo jakim zrządzeniem losu trafiła do maleńkich Faryn. Lubiła opowiadać o swoim dawnym życiu. Największe wrażenie na mnie zrobiły jej opowieści o podróżach statkiem do dalekich krajów, do których mąż był wysyłany na placówki dyplomatyczne. Pani Wolikowska była niezwykle sumienna i bardzo życzliwa. Raz w miesiącu nauczyciele z całej gminy przyjeżdżali do Rozóg na szkolenia partyjno-polityczne, chociaż większość z nich do partii nie należała. Trzeba było robić notatki, ale mnie się nie chciało. Aż pewnego razu prowadzący zajęcia zarządził kontrolę notatek, no i zrobiło się nieprzyjemnie. Wtedy siedząca za mną pani Wolikowska trąciła mnie w ramię i ukradkiem podsunęła mi zeszyt. Okazało się, że prowadziła dwa, swój i za mnie. To była naprawdę dobra kobieta.

Faryny żyły z lasu. Już przed wojną było tu duże, dobrze zagospodarowane leśnictwo, a większość mężczyzn ze wsi pracowała w lesie. Po wojnie leśnikami byli sami Polacy. Ludności tubylczej raczej nie dopuszczano do stanowisk, tylko dwóch Mazurów było gajowymi. Inni pracowali jako zwykli robotnicy leśni. Leśnicy ściągali tu z całej Polski. W roku 1950 przybył do Faryn Tadeusz Lubka pochodzący ze Śląska. Szybko zaprzyjaźnił się ze mną i przyjaźń ta trwała aż do śmierci Tadeusza w roku 2001. Wkrótce dołączył do nas Kazik Mazurkiewicz, który mieszkał u starej Mazurki Kalinki. Nikt we wsi nie potrafił przyrządzić tak dobrze dziczyzny jak stara Kalinka. Do dzisiaj wspominam jej smak. Tworzyliśmy razem naprawdę zgraną kompanię. Byliśmy młodzi, energiczni, pełni szalonych pomysłów. Razem jeździliśmy do Świętajna na pochody pierwszomajowe i pikniki. Początkowo spotykaliśmy się na wspólnym czytaniu książek. Czytaliśmy na głos, po kolei, Trylogię, „Pięcioksiąg Sokolego Oka”. Potem zaczęliśmy organizować wieczorki dla wszystkich mieszkańców wsi, na których wystawialiśmy jednoaktówki, skecze i kuplety przez nas układane. O każdym ze wsi potrafiliśmy powiedzieć coś żartobliwego, ale nikt się nie obrażał i wszyscy dobrze się bawili. Wkrótce zaczęto zwać nas hultajską trójką. Na trzech mieliśmy dwa rowery. Jeden rower marki Bałtyk dostał Tadeusz od swojej matki. Przysłała mu go pociągiem aż z Tarnowskich Gór. Drugi skombinował gdzieś Kazik. Ja jeździłem na ramie u Tadeusza. Leśnicy chętnie zapraszali nas na swoje uroczystości rodzinne, bo każde spotkanie ubarwialiśmy śpiewami i opowiadaniem kawałów. W goście przychodzili śmy z butelką wódki i piosenką: „O północy się zjawili jacyś dwaj cywili”. Był też jeden leśniczy Rybicki, do Faryn przybył wraz z rodziną. Przed wojną Rybicki służył w granatowej policji. Po wojnie raczej nie chwalił się tą służbą. Tutaj był szanowanym panem leśniczym i aktywnym członkiem POP. Kiedy przeszłość Rybickiego wyszła na jaw, stracił i pracę i członkostwo w partii. Rybicki miał córkę Marię, wszyscy wołali na nią Maryla. Wpadła w oko Tadeuszowi i wkrótce zostali małżeństwem. Ślub brali w kościele parafialnym w Klonie. Pojechali tam furmankami, dla pary młodej wyszukano jedną bryczkę. Towarzyszył im orszak ślubny złożony z dwunastu druhen i dwunastu drużbów. To był naprawdę piękny widok, kiedy tak w kościele utworzyli szpaler i młoda para przechodziła między nimi. Gdy wracali, w najgęstszym lesie zaczaili się na nich robotnicy leśni. Ścięli wielką sosnę i zatorowali drogę. Weselny orszak musiał zatrzymać się przed przeszkodą, wtedy robotnicy wyskoczyli z ukrycia i obsypali nowożeńców życzeniami. Przyjęcie weselne trwało całą noc. Tadeusz i Maryla pozostali w Farynach już na zawsze. Oboje spoczywają na tutejszym polskim cmentarzu. Dzieci wyprowadziły się do Szczytna.

Powrót do domu
W roku 1951 dobiegła końca moja służba nauczycielska na Warmii i Mazurach. Złożyłem podanie do kuratorium warszawskiego o przeniesienie do pracy gdzieś na Mazowsze, bliżej domu. Jednak kurator nie wyraził na to zgody, tam nauczycieli nie brakowało, a tu nikt nie chciał przyjść dobrowolnie. Przepracowałem jeszcze rok w Farynach i zrezygnowałem z pracy w szkolnictwie, przeszedłem do spółdzielczości, podobnie jak mój kuzyn Jurek Olzacki. Wróciłem do rodzinnych Raków, znalazłem pracę księgowego w gminnej spółdzielni, najpierw w Krasnosielcu, potem w Szelkowie. W roku 1972 osiadłem razem z rodziną na stałe w Makowie Mazowieckim. Z całej piątki, która 10 stycznia 1946 roku wyruszała z Drążdżewa na Ziemie Odzyskane pozostali na nich Jerzy Olzacki i Jan Walendziak. Po skończeniu liceum spółdzielczego Jerzy pracował w gminnych spółdzielniach w Morągu i Pasymiu, potem osiadł na stałe w Szczytnie. Mieszka tu do dzisiaj. Również jego dzieci pozostały na Mazurach, w Szczytnie i Pasymiu. Pozakładały swoje rodziny i są drugim pokoleniem polskich osadników. Jan Walendziak już nie żyje. Bracia Szewczakowie pokończyli dodatkowo szkoły wojskowe i powrócili w rodzinne strony. Stanisław nie żyje, a Mirosław mieszka w Drążdżewie. Czasami zaglądałem do Faryn, ale niezbyt często, bo dojazd z Makowa nadal jest niedogodny. W 1992 roku zabrałem tam trójkę swoich wnuków. Oprowadziłem ich po wsi, pokazałem szkołę, w której uczyłem i opowiedziałem im swoją historię. I chociaż nie byłem prawdziwym osadnikiem, to dla nich pozostałem bohaterem – kowbojem, który 60 lat temu razem z innymi zdobywał polski „Dziki Zachód”.

odzieĹź reklamowa, Sitodruk Warszawa
design: studiobakalie.pl